Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

piątek, 25 października 2013

Referendum, serial i Półwysep Koreański

Dzieje się coś nie w porządku. Platforma Obywatelska jest już coraz mniej obywatelska, ja wystąpiłem w serialu, a Korea Północna wystosowała gest przyjaźni w stronę sąsiedniej Republiki Korei. W tych trzech informacjach jedna jest zła, druga jest zabawna, a trzecia jest dobra - od Ciebie drogi czytelniku zależy dopasowanie etykiet do treści.

Reforma w systemie edukacji?


Tyle głosów zebrano za referendum, źródło: krytykapolityczna.pl
Wczoraj w Sejmie chaos - większość polityków musi podejmować decyzję w sprawie, o której ich rozeznanie na pewno nie jest bardzo dobre - tak samo jak w przypadku in vitro, związków partnerskich czy prawa aborcyjnego. Wnioskuje zatem, że to dla nich chleb powszedni. Chodzi o obronę sześciolatków, a mniej populistycznie o referendum edukacyjne. Należy wspomnieć, że w ramach społecznego działania w inicjatywie obywatelskiej o zorganizowanie referendum podpisało się prawie milion osób - to dziesięć razy więcej niż jest konieczne i tyle ile trzeba zebrać do działań legislacyjnych na poziomie europejskim (choć w tym przypadku osoby, które się podpisują muszą pochodzić z różnych państw).

Powodem siedmiogodzinnej debaty sejmowej, było w skrócie obniżenie obowiązkowego wieku szkolnego do sześciu lat. Tej decyzję  broniła minister edukacji narodowej Krystyna Szumilas, opowiadała się ona także za nie przeprowadzaniem referendum w tej sprawie. Nie muszę dodawać, że za jej plecami stała cała Platforma. Ciekawa była postawa koalicyjnego PSL, które "nie wiedziało czy ludzie będą wiedzieli" co wybierają w referendum i zostało na poziomie wątpliwości i konieczności konsultacji w sprawie. No, ale jak tu wysyłać takie dzieciaki do szkół, skoro nawet Najwyższa Izba Kontroli twierdzi, że nie ma na to warunków, tj. przystosowanej infrastruktury dla najmłodszych uczniów. Jednak od początku.

Już za dwa tygodnie na Wiejskiej odbędzie się głosowanie nad wnioskiem czy przeprowadzić referendum, w którym znajdą się pytania:
  1. Czy jesteś za obowiązkiem szkolnym dla sześciolatków?
  2. Czy jesteś za obowiązkiem przedszkolnym dla pięciolatków?
  3. Czy chcesz przywrócenia pełnego kursu historii i innych przedmiotów w liceum ogólnokształcącym?
  4. Czy jesteś za przywróceniem ośmioletniej podstawówki i czteroletniej szkoły średniej?
  5. Czy jesteś za powstrzymaniem procesu likwidacji szkół publicznych i przedszkoli?
Jak więc widać, to bardzo ważne tematy, bo dotyczące edukacji, która z kolei jest elementem napędowym społeczeństwa, a następnie gospodarki. Nie jestem jednak pedagogiem aby stwierdzać o istocie przemian na płaszczyźnie edukacyjnej, więc mogę oceniać i analizować wszystko przez pryzmat własnych doświadczeń i racjonalności planowanych działań.

Osobiście jestem za tym, aby zostało zorganizowane referendum - to na pewno. Jest to prawo gwarantowane konstytucyjnie, będące fundamentem społeczeństwa obywatelskiego o którym stanowi artykuł 4 konstytucji RP:
ust. 1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.
ust. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio.

Jednakże znając niesamowitą niechęć Polaków do wypowiadania się w sprawach, które mogą ich bezpośrednio nie dotyczyć, nie wróżę sukcesu inicjatywie referendalnej, bo aby referendum było wiążące udział w nim musi wziąć więcej niż połowa osób uprawnionych do głosowania - w przeciwnym razie będzie miało ono jedynie charakter opiniotwórczy.

Jak wyglądało to w Sejmie? Od samego początku PO chciała odrzucenia wniosku o referendum, a opozycja wręcz przeciwnie. Jan Hartman z Twojego Ruchu stwierdził, że ministerstwo edukacji nie daje sobie rady z reformowaniem szkolnictwa, referendum jest więc konieczne. Z kolei minister Szumilas w radiowej Trójce stwierdziła, że reformy wiążą się z kosztami i cięciem etatów dla nauczycieli. Obie strony na pewno mają rację.

A widzę to tak...

Unikając całej narracji z dnia wczorajszego wypowiem się na ten temat bazując na własnej wiedzy i doświadczeniach. Oczywiście nie musisz się ze mną zgadzać drogi czytelniku. Osobiście jestem za tym, aby historia była w szkołach w pełnym wymiarze (tak samo jak język polski i matematyka) bo czym jest naród bez znajomości własnej historii i tradycji? W tym temacie będę oczywiście rozumiał niechęć humanistów do matematyki i matematyków do historii, ale na tym właśnie polega edukacja - nie każda wiedza jest łatwa. Jednak jeżeli treści są dobrze i ciekawie prezentowane to nawet całki i wojna trzydziestoletnia mogą być ciekawe.

to dzieje się każdego dnia, źródło: www.schoolangels.com.au
Z całego serca jestem także za przywróceniem ośmioletniej podstawówki i czteroletniego liceum. Gimnazja w Polsce to najgorszy z pomysłów edukacyjnych, w którym miałem nieprzyjemność uczestniczyć. Trzy lata z przypadkowymi osobami pochodzącymi z różnych szkół, posiadającymi różne podejście do nauki dało w kość niejednemu z uczniów i nauczycieli. Ten etap wspominam najgorzej, bo nigdy nie dostałem tyle razy w gębę co w gimnazjum, nigdy nie byłem postawiony w tak wielkim dyskomforcie psychicznym co w gimnazjum, no i z lekcji w gimnazjum też zupełnie nic nie wyniosłem. Po co po sześciu latach wprowadzać jeszcze dodatkowe trzy w innej instytucji z innymi nauczycielami i innymi rówieśnikami z klasy? To chybiony pomysł, który dezintegruje system nauczania, a dzieciaki wpędza w wielopłaszczyznowe zamieszanie. Z kolei cztery lata liceum nie dość że dają solidniejsze przygotowanie do matury, to sprzyjają konsolidacji więzi między uczniami i nauczycielami - korzyści są obopólne. Bez względu na koszty decyzyjne i finansowe cofnijmy beznadziejną reformę, która wprowadziła gimnazja!
Na ostatnie pytanie referendalne odpowiedziałby oczywiście "TAK", bo likwidowanie jakiejkolwiek szkoły publicznej jest działaniem niekonstytucyjnym i zaprzecza idei dostępu do edukacji.

Autor na ekranie

W pewnym momencie swojego życia ustaliłem, że nie można się wahać przed podejmowaniem decyzji, bowiem w przyszłości można żałować, że nie zrobiło się "tego" lub "owego". Napędzany tą myślą zgłosiłem się na kasting do seriali i reklam. Jako, że moje dochody są w opłakanym stanie każdy grosz się przydaje, a skoro można zarobić "samym sobą" (jakkolwiek źle to nie brzmi) to czemu by nie spróbować. Tak więc, dostałem "rolę mówioną" w serialu "Wawa non stop", i szczerze powiedziawszy nie obchodziło mnie za bardzo o czym jest ten serial. Wszystko wyszło całkiem dobrze, odegrałem swoją rolę, a znajomi i rodzina nie mogli się nadziwić, że jestem w telewizji. Osobiście zawsze myślałem, że na ekranie znajdę się tylko jako ochotnik lotu na Marsa. Zresztą słowa są zbędne, wystarczy bacznie obejrzeć serial i skupić się na znalezieniu mnie w 25 minucie i pozostałej części ODCINKA.

I co z tą Koreą?

Zamykając wątek, warto napisać kilka słów o Półwyspie Koreańskim, którego wydarzenia namiętnie śledzę. Dzisiaj Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna (czyli Północ) wypuściła 6 Koreańczyków z Republiki Korei (Południe). To bardzo miły i niespotykany gest ze strony reżimu Pjongjangu, jednak należy szukać tutaj drugiego dna, bo "Pustelnicze Królestwo" nie robi niczego bezinteresownie. Przyczyną takiego zachowania może być chęć burzenia muru między podzielonym narodem, ale równie dobrze Kim Dzong Un może dążyć do "zmiękczenia" Seulu w ramach negocjacji "atomowych", zwiększenia obrotów i przywilejów w specjalnej strefie ekonomicznej w Kaesong oraz przywrócenie turystyki w regionie Gór Diamentowych - czytaj: pieniądze dla KRLD. 
 
żołnierze z Północy i Południa stojący na granicy przy neutralnej miejscowości Panmunjeom, źródło: english.yonhapnews.co.kr

Działań Korei Północnej nie sposób przewidzieć, mogę to stwierdzić po latach obserwacji i analiz. Jednak widoczne są pewne tendencje dzięki którym prognozować można przyszłe wydażenia w regionie Azji Wschodniej. Może po miesiącach napięć młody przywódca Północy, przy aprobacie ze strony reszty aparatu politycznego, będzie w stanie przełamać trwający już ponad sześćdziesiąt lat impas w kontaktach miedzykoreańskich. No ale jeżeli jesteś zainteresowany moimi uwagami, analizami i spostrzeżeniami dotyczącymi Półwyspu Koreańskiego, to muszę Cię odesłać drogi czytelniku do portali, które wyszczególniłem po prawej stronie bloga - tam szerzej o "koreańszczyźnie".

No i miłego weekendu.



piątek, 18 października 2013

Ręce precz od...

W ramach natłoku obowiązków zapomniałem napisać o czymś ważnym i związanym z Kościołem katolickim. Znowu wyjdę na antyklerykała i zasmucę mocno wierzących rodziców, no ale co tu zrobić, kiedy władze kościoła mówią i robią takie świństwa. Osobiście uważam tą instytucję za jedną z bardziej tajemniczych i koteryjnych, a ostatnie afery nie mogą być już zakryte przez prospołeczne i semireformatorskie działanie papieża Franciszka I. Kościół katolicki pomimo niewielkich zmian wciąż tonie w aferach i nieścisłościach - ciągle to ogromny konserwatywny moloch, którego funkcjonariusze coraz bardziej gubią się w działaniach.

Wiem co piszę drogi czytelniku, bo zdążyłem dość dokładnie poznać tą organizację. Byłem blisko związany z naszym kościołem, bo sprawowałem funkcję ministranta prze 5 czy 6 lat i miałem nawet zostać lektorem. Wybrałem jednak inaczej, ale wiedza i doświadczenie zostało. W owym czasie poznałem co prawda wielu inteligentnych i szlachetnych ludzi, w tym księży, jednak nie zmienia to faktu, że branie za pewnik zapisów i teorii sprzed kilku setek lub tysięcy lat i bezwarunkowe posłuszeństwo wobec "prawa bożego" to nic innego jak ograniczanie ludzkiej wolności i swobody myśli. Faktem jest, że społeczna nauka Kościoła katolickiego traci na sile wraz z kolejnymi aferami pedofilskimi w wykonaniu kapłanów i niejasną sytuacją finansową jednostek kościelnych. Nie poprawi tego nawet zapis liczbowy, w którym wg Instytutu Statystyki kościoła Katolickiego wierzący katolicy stanowią 60,8 proc. ludności naszego państwa.

Czasy kościoła, który walczył o wolność i ideały ramię w ramię z obywatelami miały swoją świetność po wyborze papieża Polaka i w późnym PRL-u. Ten obraz dawno przeminął, a instytucja straszy odkrywanymi tajemnicami, a w Polsce słowami abp. Józefa Michalika, których nikt nie chce po raz drugi prostować. 


abp. Józef Michalik w cieniu krzyża - źródło: wprost.pl
Wiele tych molestowań [dzieci przez duchownych] udałoby się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami były zdrowe. Słyszymy nie raz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga - to słowa przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski (KEP), abp. Michalika. W żaden sposób ich nie zmieniałem i nie modyfikowałem. Zadaję więc pytanie, jak bardzo ślepym trzeba być, aby winę za przestępstwo przenosić na rodziców, a dalej na samą ofiarę? Takie słowa w ustach przewodniczącego KEP brzmią jak śmiech w stronę wszystkich, którzy zostali wykorzystani seksualnie przez duchownych. No i osobiście nie słyszałem nic bardziej absurdalnego, od czasów, gdy promowano teorię, że za atakiem na WTC z 2001 roku stoi rząd Stanów Zjednoczonych.


Tłumaczenie arcybiskupa Michalika może i było szybkie, ale to i tak bez znaczenia, gdy skonfrontujemy to z jego ostatnią wypowiedzią podczas mszy świętej we Wrocławiu - pomimo przeprosin i sprostowań urzędnik Kościoła katolickiego dalej brnie w zaparte. Pornografia i fałszywa miłość w niej pokazywana, brak miłości rozwodzących się rodziców i propaganda ideologii gender - to według abp. Michalika przyczyny dotykania dzieci przez księży. Takie uproszczenia są nie tyle naiwne i niesmaczne, co nie pasujące do przewodniczącego poważanej struktury KEP, której zadaniem jest dbanie o wiernych i wizerunek kościoła.

Zastanawiam się, czy obiekt mojej analizy i krytyki zdaje sobie sprawę z tego, czym jest studium poświęcone społecznej i kulturowej roli płci (czyli gender) oraz czy wie, że nikt jeszcze nie udowodnił wpływu ruchów feministycznych na intensyfikację pedofilii wśród duchownych. Idąc w zaparte Michalik kultywuje postawę, która była kultywowana w Polsce kilkanaście lat wcześniej, w myśl której widziano pedofilię w Kościele katolickim jako problem marginalny, błahy i nie warty roztrząsania, a księży pedofilów traktowano nad wyraz łagodnie. Wchodząc w bardziej radykalny ton, chcę, aby państwo i prawodawcy pokazali, że egalitaryzm na tej płaszczyźnie funkcjonuje i wzięli Kościół za pysk, pokazując wszystkim, że tak robić nie można, a księżą grozi za to taki sam wymiar kary, co wszystkim innym, którzy dopuszczą się takiego czynu.

Rzecznik episkopatu ks. Józef Kloch nie chce nawet oceniać tego co zaszło, no i trochę słusznie, bo jak bronić tak oderwanej od rzeczywistości postawy. Zgadzam się pośrednio z prof. Andrzejem Jaczewskim, który na swoim blogu stwierdził, że jedną z przyczyn pedofilii jest brak rzetelnej edukacji seksualnej, którą blokuje nie kto inny jak Kościół katolicki. Jestem także jak najbardziej za otwartą dyskusją społeczną, a nawet medialną burzą w sprawie pedofilii w Kościele katolickim. Prawo musi być IDENTYCZNIE stosowane wobec każdego - nieważne czy jest to reżyser, ksiądz czy robotnik. 



Jak w każdej kontrowersyjnej sprawie, nawet przy tak jednoznacznej sytuacji znajdą się osoby, które będą przeciwne krytyce wypowiedzi Michalika. Tomasz Terlikowski (fronda.pl), na antenie radia TOK FM w rozmowie z Moniką Olejnik stwierdza, że "jeśli uczymy dzieci zabezpieczania, to mówimy im, że w takich działaniach (pedofilskich) nie ma nic złego". Zupełnie nie rozumiem analogii, ani trochę, nawet jak bardzo się skupię i postaram się zrozumieć tok rozumowania Terlikowskiego. Tak samo nie potrafię zrozumieć stwierdzenia, że pedofilia byłaby "utrudniona" w sytuacji, gdyby dorośli uczyli dzieci zachowań zgodnych z doktryną katolicką. Muszę chyba jeszcze dużo poczytać, bo mniemam, że owa doktryna jest panaceum nie tylko na pedofilię, ale także na problem AIDS, czy postrzeganie związków partnerskich. Tak mało jeszcze wiemy, a Kościół katolicki skrywa dla nas tak wiele niespodzianek.

niedziela, 13 października 2013

Mam na imię Radek

Nie, nie Sikorski, za którego plecami stoi sztab ludzi, którzy nie pozwoliliby mu na wpadnięcie w tarapaty i utratę twarzy. No i nie Radek Majdan, którego wszyscy znają i swojego czasu komentowali związek z Dorotą Rabczewską. Mowa o Radku Agatowskim, dwudziestosześcioletnim chłopaku z Sianożęt, który jest opóźniony umysłowo, i który o mały włos nie trafił do więzienia na kilka lat za popełnienie przestępstw, których nie rozumiał. Drogi czytelniku, ta historia na prawdę łapie mnie za serce i nie pozwala pozostać bezczynnym.

Radek Agatowski, fot. Michał Świderski
Polskie prawo jest dziurawe, niespójne i nierzadko represyjne wobec jednostek, które mają nikłe szanse na "wybronienie się" w konkretnych sprawach. Tak jest np. w przypadku wyroków za posiadanie niewielkich ilości narkotyków, gdzie od nastolatka po starca, każdy kto zostanie zatrzymany nawet ze śladową ilością substancji psychoaktywnych (znam przypadki, gdzie delikwent miał przy sobie 0,2 grama) wpada w wir niemałych kłopotów. Pseudopomoc w postaci możliwości odstąpienia prokuratora od wszczęcia śledztwa, gdy ilości substancji psychoaktywnych są śladowe i na własny użytek (art. 62a Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii) jest niewystarczająca i w skali problemu wydaje się cynizmem ze strony prawodawców - zastosowanie takowego "odstąpienia" wynosi 3 proc. we wszystkich sprawach. To jednak dopiero początek represyjności prawa w Polsce.

Prawo godzi też w osoby, które nie do końca rozumieją otaczającą rzeczywistość i wyroki, które zostały im przedstawione. Tak było w przypadku Radka, którego historia godna jest naświetlenia. Jako komentator opisujący otaczające realia, nie mógłbym pozostać bierny wobec człowieka, elementu, który jest częścią składową mojego bloga.


Radosław Agatowski to mężczyzna, który mentalnie ma 5-7 lat, a świat usłyszał o nim w połowie 2012 roku. W sierpniu ubiegłego roku Radek trafił do więzienia skazany na podstawie siedmiu prawomocnych wyroków - wszystkie wiązały się z kradzieżami. Radek został skazany na 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Powodem skazania było zawłaszczanie cudzego mienia, jednak nie chodzi o samochody, grunty czy pieniądze. Radek zbierał złom, by zarobić pieniądze i nikt nie powiedział mu, że przez cudze rowery, palety czy wózki, które sobie przywłaszczał, będzie miał problemy. Radek nie rozumie czym jest przestępstwo, tak samo nie wiedział co będzie się działo, gdy trafił do więzienia na 10 miesięcy.


Na portalu Facebook powstała strona "uwolnić Radka", która zebrała ponad 4.600 osób, które popierają uwolnienie Radka. Co więcej, można było na niej podpisać petycję o ułaskawienie ułomnego chłopaka. Szum zrobiły także media, które śledziły sprawę upośledzonego chłopaka.


Piszę o tym wszystkim, gdyż losy ludzi upośledzonych, w mniejszym czy większym stopniu, nie są mi obce. Mam kilku takich znajomych, którzy są wspaniałymi pełnymi życia ludźmi i nie wyobrażam sobie ich pobytu w więzieniu - to jak wpuścić dziecko na ring bokserski, gdzie znajduje się zawodowy pięściarz. Cała sprawa Radosława Agatowskiego pokazuje jak wiele niedociągnięć jest w polskim prawie. Nie można bowiem godzić się z sytuacją, gdzie osoby o takim stanie psychicznym będą odbywać wyroki w polskich więzieniach - to niehumanitarne i wielce krzywdzące. 




Jako osoba, która stara się unaoczniać patologie życia społecznego, jestem równocześnie orędownikiem zasad równości (konwergencja różnic w warunkach życiowych i dostęp do dóbr publicznych), sprawiedliwości (słabsze osoby powinny otrzymywać wsparcie ze strony wspólnoty), solidarności (poprzez podatkowo-transferowy system redystrybucyjny) oraz bezpieczeństwa socjalnego. Te zasady zostały niestety rozmyte w realiach AD 2013 i w najlepszym przypadku traktuje się je jedynie jako zapisy programowe ugrupowań politycznych.

Na całe szczęście rozpatrywanego przypadku i ku uciesze matki Radka, która nie wyobrażała sobie, aby jej syn trafił do zakładu karnego, po podpisaniu wniosku o ułaskawienie przez prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta i zatwierdzeniu go przez Bronisława Komorowskiego chłopak nie pójdzie za kraty. "Pan Radek Agatowski wymaga stałej pomocy i opieki innych osób. Dalszy jego pobyt w zakładzie karnym mógłby się wiązać z poważnym zagrożeniem dla jego życia i zdrowia" stwierdził prezydent RP. Sam Radek nie rozumie co to jest ułaskawienie, jednak cieszy się, że będzie mógł wrócić do domu i się wyspać i pobawić się ze swoją świnką morską. Mam jednak przeczucie, że takich spraw są setki i wiele jest Radków, którzy poprzez bezrefleksyjne zastosowanie prawa trafiają do więzienia za czyny, których do końca nie rozumieją. 



środa, 9 października 2013

Za 50 tysięcy lat

Pociąg przyjechał o czasie, a to ciekawe zjawisko w polskich realiach. Na stacji jak zwykle zapanowało poruszenie wśród ludzi, którzy dogrzani nieśmiałymi promieniami porannego słońca postanowili ruszyć w podróż do stolicy. Cele zróżnicowane, tak samo jak ubiory, nastroje i statusy społeczne. Ja sam ubrany inaczej niż zwykle, bo w jasną koszulę i płaszcz. W tym stroju czuje się troszkę jak w teatrze, gdzie przez wielopłaszczyznowe konwenanse muszę odgrywać jedną z setek ról. 

Jadę do pracy, a w zasadzie powinienem napisać "pracy". Pieniądze, które dostanę pod koniec miesiąca nie starczą mi na opłacenie rachunków, zrobienie porządnych zakupów, nie mówiąc już o jakichkolwiek przyjemnościach. Czuję się troszkę oszukany, bo kiedy studiowałem przez minione lata nikt nie powiedział mi w twarz, że humaniści traktowani są ogólnie gorzej, a ich "społeczna użyteczność" w Polsce jest niewielka. Wszyscy myślą, że humaniści to istoty niezdolne do analitycznego myślenia i wykonywania skomplikowanych zadań. Nic bardziej bzdurnego, bo człowiek jako maszyna z krwi i kości, z mózgiem jako procesorem, przy odpowiednim nakładzie wysiłku i chęciach jest w stanie opanować wszystko. Nikt nie rodzi się przegranym.

Jadąc pociągiem w gazecie czytam o kapsułach, w których zamyka się różne rzeczy, które mają być spuścizną dla przyszłych pokoleń - czymś na kształt wiadomości z opóźnionym terminem doręczenia. Artykuł mnie wciąga jak morski wir, za oknem przelatują budynki dobrze mi znane, na stacjach ludzie, których widzę pierwszy raz. Niesłychane konstelacje przypadku, który od kilku tygodni warunkuje moje życie.

Takie kapsuły czasu to nowoczesne grobowce Faraonów w zminiaturyzowanej wersji. Umieszcza się w nich co tylko dusza zapragnie - od cygar (należącego do Ulissesa Granta) po przesłania o nieprzemijalności miłości do ojczyzny.

Pociąg jedzie dalej. Kątem oka zerkam na krajobraz. Drzewa za oknem przybierają postawę obronną przed zimą. Ja i Ty drogi czytelniku, też musimy się przygotować na zapewne najsroższą porę roku od wielu lat, tak przynajmniej twierdzi mój kolega, który poświęcił swoje studia na analizowanie pogody. Ufam mu.

Sztuczny satelita zabierze na orbitę informacje o życiu na Ziemi zapisane na płytach DVD odpornych na promieniowanie, a ponadto diament zawierający kroplę krwi przypadkowo wybranego człowieka, flakonik z powietrzem, pojemniczek z wodą z oceanu, próbki gruntu, zegar astronomiczny, wizerunki ludzi wszystkich kultur oraz encyklopedię.

Tyle jesteśmy warci? Czy definiuje nas planeta, którą rozpieprzamy z roku na rok i wdrażając odnawialne źródła energii staramy się wmówić wszystkim, że jest inaczej? Jeżeli każdy nie włoży choć odrobiny trudu w przełamanie egoizmu, który na dobre zakorzenia się w społeczeństwach może być za późno na myślenie o przyszłych pokoleniach.

Pociąg się zatrzymuje, ale to jeszcze nie koniec podróży. Nowoczesne drzwi z fotokomórką nie są w stanie pojąć dlaczego ludzie ciągle przy nich stoją (dlatego się nie zamykają). Maszyna łapie opóźnienie, w zasadzie nie zależy mi na tym, bo i tak nikt nic nie powie jak nie dotrę na czas. Owczy pęd kieruje mnie do drugiego pociągu, który jedzie w docelowe miejsce. Maszynista bezradnie patrzy na wysiadających ludzi, a z jego twarzy da się wyczytać słowa "przykro mi", tak jakby utrata pasażerów i opóźnienie pociągu były jego własną porażką.

Satelita ma powrócić na ziemię za 50 tysięcy lat.

Za 50 tysięcy lat może po nas  zupełnie nic nie zostać. Obawiam się, że pomimo działań doraźnych może być także krucho z naszą planetą. Scenariuszy jest wiele, wszystko zależy od nas. Na początek muszę znaleźć inną pracę.
źródło: www.urbanghostsmedia.com



wtorek, 8 października 2013

Mój Ruch!

Oto zapomniana forma komunikacji ponownie wraca do łask. Nie wrzucałem tym razem z serwisu Youtube, żebyś nie pomyślał drogi czytelniku, że jestem "jutuberem".

video

środa, 2 października 2013

Ku ludzkim rozwiązaniom

Witaj drogi czytelniku. Świat zmian, w którym żyjemy, i który de facto od kilku lat jest wytłuszczony w leadzie bloga, zmusza nas do szukania różnych rozwiązań. Czasami są to proste wybory, których znaczenie rośnie z czasem lub wcale, innym razem decyzja, którą trzeba podjąć, bez względu na jej płaszczyznę, na zawsze zmienia nasze życie, bądź życie całej grupy ludzi. 

O decyzjach piszę często, co było zresztą widoczne w ostatnim artykule, który poświęciłem człowiekowi, który trudnymi decyzjami uwarunkował swoją rzeczywistość. Oczywiście o wiele łatwiej jest pisać o sprawach związanych z seksem, opiniami czy lifestylem,  jednak jako jednostka podejmująca decyzję, osobiście nie waham się, aby rozpocząć wątki trudne, niewygodne i czasami postrzegane przez Ciebie drogi czytelniku, jako nudne bądź zbyt wymagające. Mam nadzieje, że się mylę co do dwóch ostatnich przymiotników. Niemniej, podjąłem decyzję, aby w tym artykule znalazło się miejsce dla spraw ważnych z punktu widzenia społeczno-politycznego.

źródło: www.rugusavay.com
Słynna etnolożka i antropolożka Margaret Mead przedstawiła w ramach swoich badań trzy typy kultury - postfiguratywną, konfiguratywną i prefiguratywną. Każda z tych kultur warunkuje stosunek pokoleniowy. W pierwszym typie dzieci uczą się zachowań postaw i wartości od swoich rodziców, co jest naturalnym mechanizmem dla socjalizacji. Ten typ kultury był bardzo popularny w przeszłości, kiedy funkcjonowała silna grupa pierwotna - rodzina. Nie oznacza to jednak, że obecnie kultura postfiguratywna zniknęła całkowicie, bo wciąż funkcjonuje ona w tradycyjnych rodzinach, gdzie więzi społeczne są silne. W drugim typie kultury dzieci i młodzież uczy się zarówno postaw, jak i wartości od swoich rówieśników, którzy poniekąd stanowią także (choć nie zawsze) grupę pierwotną. Ten model jest dziś niezwykle popularny i charakteryzuje się stymulacją partycypacji młodych osób w określonych działaniach lub strukturach na zasadzie "owczego pędu" lub też obawy przed byciem wyalienowanym.

źródło: thehipstercomplex.com
Najciekawszą jest ostatnia kultura - prefiguratywna. Tutaj dorośli, którzy zostali już w przeszłości ukształtowani w ramach przebywania w określonych kręgach społecznych, ciągle uczą się od dzieci. Tak, tak drogi czytelniku, jest to możliwe i występuje w dzisiejszych czasach ze szczególnie dużą częstotliwością. Wystarczy przywołać przykład wiecznych chłopców, którzy nie mogą rozstać się z kompleksem Piotrusia Pana. Na "wychowanków" takiej kultury pasują Kuba Wojewódzki i nieżyjący już Michael Jackson, którzy nie chcieli przyjąć postaw i zachowań charakterystycznych dla osób w swoim wieku. Jednak nie tylko ci panowie są przykładem takiej kultury, należą do niej także mężczyźni i kobiety, którzy od swoich dzieci uczą się nowinek ze świata cyfrowego, są zafascynowani młodzieżowymi trendami w kulturze i pełnymi garściami czerpią z informacji i sposobów zachowań, które dostarczają im ich dzieci.

Niniejszy wstęp, choć obszerny, był konieczny, aby pokazać pewne modele, które funkcjonują w dzisiejszym świecie. Jednak warto zwrócić uwagę, że nie zawsze mają one możliwość realizacji na innych płaszczyznach.

Obecnie w ramach ery postkryzysowej (chodzi tu nie tylko o kryzys finansowy ale także związany z nim kryzys społeczny), gdzie neoliberalizm nie upadł i pomimo psucia społeczeństw i gospodarek trwa nadal, mamy do czynienia z zerwaniem równości i odpowiedzialności międzypokoleniowej. Rodzice, a czasami nawet dziadkowie mają pracę, której obecnie nie mogą dostać młodzi szczycący się wyższym wykształceniem i kilkoma językami obcymi. Poprzednie pokolenie stać na mniej lub bardziej dostatnie życie, w chwili, gdy ich potomstwo znalazło się w społeczno-ekonomicznej pułapce dzisiejszych czasów, gdzie pracą są staże i praktyki, a umowy śmieciowe to codzienność. Poprzez załamanie się rynków finansowych i presje demograficzną pensje "osłabły", a wykształcenie nic nie daje, ba czasami młodych nawet nie stać na wykształcenie, choć te konstytucyjnie gwarantuje państwo (art. 70 ust. 2) - tutaj pełna zgoda z Piotrem Szumlewiczem, doradcą i ekspertem OPZZ, który podkreślił tą tendencję. 

Różnice pokoleniowe na rynku pracy. The Silent Generation ( urodzeni w latach 1925-1945), Baby boomers (1946-1963), Generation X (1964-1979) i Millennials (1980-2000). Źródło:  G. Alvarado, "Generation Differences in Work Force", dostępne na slideshare.net 

Jednak po co trzymać się konstytucji, skoro w art. 20 ustawy zasadniczej widnieje zapis o społecznej gospodarce rynkowej, gdzie w obecnych realiach element "społeczna" został całkowicie pominięty i skapitalizowany na rzecz rynku - obywatel pozostał sam, a państwo oparło się nie na potencjale społecznym a interesach gospodarczych. To smutne, ale prawdziwe i to wcale nie koniec, bo 1 procent ludności kontroluje 40 proc. zasobów na ziemi. Taka sytuacja powoduje całą patologię na wszystkich płaszczyznach życia. System monetarno-rynkowy odsunął obywatela i spowodował podział klasowy, w którym jedni zostali wywyższeni, a drudzy, poprzez brak równości, solidarności i powszechności świadczeń, zostali pokrzywdzeni i zepchnięci na margines. Taki stan rzeczy rodzi przemoc i rozwarstwienie majątkowe, a te czynniki wpływają dosłownie na wszystko. 

źródło: psychosomaticmedicine.org
Trzeba też dodać, że związek stanu zdrowia z majętnością wynika nie tyle z samej biedy, co z poczucia bycia biednym - ta sytuacja generuje stres, który niszczy jednostki. To stres psychosocjologiczny, gdzie osoby z najniższego szczebla stratyfikacji posiadania cztery razy częściej umierają na choroby serca niż bogaci.


Trzeba zatem realizować konkretne cele społeczne, a nie pozostawiać w sferze teorii i planów. Wydaje mi się, choć mogę być w błędzie, że jest to zadanie dla ugrupowań centrolewicowych i lewicowych, które nie będą stawiały na partykularne zyski, a skupią się na jednostkach, które potrzebują nowego paternalizmu. Konieczna jest równość (nie tylko równość szans!), gdzie każdy wyposażony będzie w instrumenty do samorozwoju i realizacji planów, a gdy nie będzie potrafił z nich skorzystać, państwo mu w tym pomoże. 

Potrzeba także uniwersalności działań społecznych. W przypadku uniwersalizmu, według definicji socjaldemokratycznej, dostęp do gwarantowanych przez państwo świadczeń i usług nie jest warunkowany kryteriami dochodowymi. Jest to system bardziej efektywny niż ten, który opiera się na selektywizmie, bo kierowanie pomocy do wyznaczonych grup jest o wiele bardziej pracochłonne i skomplikowane - konieczne jest bowiem wdrożenie kryteriów przyznawania świadczeń, weryfikacji uprawnień do ich pobierania oraz rozbudowa administracyjnego aparatu biurokratycznego, którego utrzymanie jest niezwykle kosztowne. No i co najważniejsze, system uniwersalny nie stygmatyzuje jednostek.

W ramach egoizmu rynkowego i społecznego trzeba wypracować (lub uaktywnić już istniejące) instrumenty solidarnościowe. Należą do nich bezsprzecznie podatki, których niski poziom nie daje możliwości świadczenia przez państwo usług społecznych i socjalnych na wysokim poziomie. Niemniej, każda dyskusja dotycząca podniesienia podatków w Polsce kończy się tragicznie - wszystko ze względu na złe podejście do tematu i brak odpowiedniej edukacji społecznej. 

Ciekawym rozwiązaniem byłoby także wprowadzenie podatku od transakcji finansowych (międzynarodowych), który dałby możliwość ich ewidencjonowania i weryfikowania pod względem legalności. W takiej sytuacji można by uniknąć obłędu działań baków, które były przyczyną ostatniego kryzysu finansowego. Co więcej, pieniądze z tego podatku zasiliłby fundusz ratunkowy Unii Europejskiej. To stanowisko nie należy tylko do mnie - tak uważa również dr Kamil Liberadzki adiunkt Zakładów Przedsiębiorstwa w Instytucie Finansów Szkoły Głównej Handlowej.

Reasumując powyższe tezy i plany. Zarówno lewica, jak i prawica ma przed sobą ciężką walkę o dobro obywatela. Jednak to właśnie do socjaldemokracji należy najcięższe działanie, bo odbywające się w atmosferze tendencji nacjonalistycznych widniejących w krajach ogarniętych kryzysem. Politycy lewicy muszą zdobyć zarówno zaufanie społeczne w postaci poparcia w głosowaniach oraz przyzwolenie na wprowadzenie dalekosiężnych zmian społeczno-gospodarczych, które będą antidotum na zepsucie wywołane nieograniczonym i egoistycznym kapitalizmem. Pora wyzbyć się kompleksu Piotrusia Pana i zacząć działać ku ludzkim i proobywatelskim rozwiązaniom, bo inaczej pokonamy się sami.