Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Zwolnij, ale biegnij

O 12:20 na TVN 24 ze zwariowanego czasu mar sennych budzi mnie program Ewy Ewart o kobietach służących w libijskim wojsku. Nie jestem fanem jednej stacji telewizyjnej, ale to właśnie niebieski znaczek przypadł mi do gustu ze względu na "nową jakość" i konkrety (o ile w mediach można mówić o czymś takim), bo patos i "gorsza jakość" telewizji publicznych mnie nie kręci, no a po drugie trzeba wiedzieć co się ogląda a nie oglądać co się da. W każdym razie dowiedziałem się jak bardzo kobiety mogą wcielić się w męskie role, bez utraty swojego uroku i innych funkcji w społeczeństwie. W Libii wszyscy podczas kręcenia tego dokumentu służyli jeszcze "rewolucji", teraz wszystko ma się inaczej, powiem więcej - cały kraj przechodzi poważną próbę swojej historii.To nasuwa mi wiele pytań.  Czy obecnie wszystkie wierne Kadafiemu kobiety zdezerterowały, czy po prostu uznały, że nowa rewolucja wymaga poświęceń w postaci rezygnacji z lojalności wobec władcy. Co się stało z tymi kobietami? Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek ma takie pojęcie? No ale dość już o Libii, zostawmy sprawy Afryki Północnej w fazie in statu nascendi (łac. w trakcie powstawania) i obserwujmy ten stosunkowo łagodny pod względem nakazów religijnych kraj (przy Arabii Saudyjskiej Libia to raj dla kobiet).

Kiedy rozpoczyna się lato nasze libido działa w najnormalniejszy sposób - idzie w górę i napędza nasz organizm w magiczny sposób. Ja, jako przedstawiciel płci męskiej wymyśliłem sobie, że będę biegał po to, aby rozładować wszystko co gromadzi się we mnie w sezonie letnim - pomysł może banalny, ale pomaga. Niektórzy ćwiczą po to aby nabrać masy mięśniowej, zrzucić zbędne kilogramy, czy wyrzeźbić sylwetkę. No i właśnie tutaj, mój drogi czytelniku, ja jestem inny. Kiedy obudziłem się z rana po "prywatce", którą opuściłem ok trzeciej rano (czy wieczorem?) myślałem, że mój mózg jest czymś innym niż integralną częścią mnie. Czyli w skrócie syndrom poalkoholowy, totalny rozkład impotencja czynów i myśli. Czasami w takim stanie dostaje nadprzyrodzonych zdolności, które działają tylko w takim stanie. Może to i dziwne ale tak  właśnie jest - musiałem wybiegać toksyny i wypocić wszystkie związki, które wcześniej dostały się do moich organów. Zakładam więc wysłużone Najki i cały osprzęt biegacza i z domu schodami coraz szybciej zbiegam na parter, a dalej już przed blok i w trzewia miasta. Pierwsze metry, a dalej też kilometry przychodzą z trudem. Pot z dodatkiem innych substancji chemicznych z dnia poprzedniego zalewa mi oczy, ale biegnę. Po kilku kilometrach powtarzam sobie "zwolnij ale biegnij", bo nie mogę się zatrzymać. Jak bardzo chciałbym, aby każda instytucja, każdy człowiek zwalniał, ale biegł dalej w wyścigu życia. Oddech.

Tak jak wspominałem - inni mają jakiś swój cel w ćwiczeniach, ja biegam bez celu w syntetycznym ujęciu sportowym. Wiem, że muszę dobiec do jakiejś tam mety, wyznaczonego punktu, celu, który nie ma nic wspólnego z osiągnięciami sportowymi. Pot zalewa mnie po raz setny, czuje dziwne mrowienie. z tył czaszki Nie powinienem tyle pić, nie powinienem nadwyrężać wszystkich partii swojego organizmu- a jednak., stało się i stanie się jeszcze wiele razy. Pieprzony wpływ otoczenia, okropieństwo własnej hipokryzji (ależ jestem bezlitosny dla swoich słabości). No cóż, tak chyba ma być, po trochu każdy z nas jest zewnątrzsterowny.

* * *

Wczoraj koncert fortepianowy w Pruszkowie, następnie pokaz filmów. Wszystko w atmosferze komarów, których nienawidzę z całego serca. Koncert niesamowity, nie pamiętam kiedy ostatnim razem słyszałem coś takiego, miriady dźwięków, niesamowitość chwil, brawa, taki uśmiech, który wpełza mi na twarz tylko wtedy kiedy doceniam kunszt twórcy niesamowitych dźwięków. Niestety pruszkowski element niekulturalny również się pojawił i swoimi artykułowanymi, mniej lub więcej odgłosami przerywają moje chwile muzycznego katharsis. Tak niestety jest jak coś odbywa się za darmo, wtedy przychodzi każdy, niestety nie każdy przychodzi żeby uczestniczyć. Z filmami po koncercie było już gorzej, podobno nie zostało na nie zbyt wiele osób (sam ulotniłem się na "spotkanie" u kumpla). No ale w każdym razie program kulturalny w Pruszkowie można na chwilę odhaczyć. Oby działo się więcej i więcej. A ja cięgle biegnę, czasami zwalniam, ale biegnę, bo chyba o to chodzi.

PS. w dziale linki wrzucam recenzję książki, którą opublikowano w periodyku "Myśl polityczna i ekonomiczna" 1-2 2011

piątek, 26 sierpnia 2011

Oglądając pociągi

Życie większości z nas to ciąg rutyny i cyklicznych zachowań. Działania  i reakcje na określone stany, sytuacje, czy wzajemne interakcje są nam narzucane przez grupę społeczną, w której funkcjonujemy, kulturę, tradycję i inne czynniki, o których istnieniu przeważnie nie wiemy (bo kto by na to świadomie zwracał uwagę, chyba tylko socjolodzy i antropolodzy). Rutyna czasami pomaga nam żyć, co więcej pomaga ona również zorganizować czas, wakacje, przyszłość, a dalej całe życie. Nie wszyscy jednak potrafią przylegać do schematów, czują bowiem, że to co organizuje działania innych jednostek funkcjonujących w tym samym społeczeństwie, u nich wywołuje w najlepszym przypadku niesamowicie zły humor i brak apetytu na życie.

"Wybrać życie, pracę, sławę, rodzinę, wypasiony telewizor, pralkę, samochód, kompakt i otwieracz do puszek. Wybrać zdrowie, zdrowe żarcie, ubezpieczenie, korzystny kredyt, dom, przyjaciół, dres, torbę sportową, garnitur z bogatej oferty,  samodzielność i pytanie - kim Ty kurwa jesteś? Wybrać kapcie, gazetę, telewizor, niejadalne żarcie. I tak zdechniesz w zasranym wyrku zostawiając smród, który wąchać będą twoje bachory. Wybrać przyszłość, życie. I po co? Wybrałem coś innego." 
M. Renton, "Trainspotting"

Czy Renton miał rację? Na pewno w jakimś stopniu tak, ale nie mogę dokończyć i autoryzować jego monologu z jednego prostego względu. Mark Renton, był obleśnym, zakłamanym i zdradzieckim ćpunem.  On wybierając coś innego, wybrał prochy. Niemniej jednak cały proces, łańcuch, czy też schemat, który ukazuje w filmie "Trainspotting" (w książce zresztą też) jest i będzie aktualny. Kredyty, które bierzemy na wszystkie rzeczy, o których wspomina Mark Renton sprawiają, że wpadamy w rutynę i pułapkę spłacania, która tym razem destabilizuje nasze życie, wiąże pętle na szyi (kredyty na wiele lat) i wywołuje bezsenność, nudności, brak libido i inne paskudztwa związane z nadmiernym stresem. 

Człowiek jest z natury stworzony do tego, aby gromadzić dobra, aby piąć się po społecznej drabinie - szukać uznania i żyć umierać w chwale zachowując przy tym epikurejskie standardy (występują oczywiście wyjątki). Jak słusznie zauważył Maslow, wszystkie potrzeby występują w określonej hierarchii, w której te wystepujące na samym dole są najbardziej pierwotne i podstawowe. Z kolei te na szczycie występują w zależności od regionu, kraju, czy kultury. Przykładem może być Afryka, oraz kraje nazywane kiedyś dość niezręcznie "krajami trzeciego świata", w których większość mieszkańców chce zaspokoić 1 i 2 poziom piramidy, a 3 struktura stanowi zapewne maksimum, które ze względu na rozmaite uwarunkowania można tam osiągnąć (zaspokajanie poziomu 1 w krajach takich jak Somalia, Kenia, Dżibuti, czy Etiopia nadal jest wyzwaniem dla wszystkich). Przeciwieństwo krajów afrykańskich stanowią kraje rozwinięte, gdzie pierwsze trzy poziomy w piramidzie gwarantowane są automatycznie (pomoc socjalna, prawa człowieka, standardy sanitarne itp.) i tak naprawdę to dopiero poziom 4 i 5 to główny cel mieszkańców bogatszych państw. Jak bardzo się różnimy.

A my - ja i ty drogi czytelniku - oddychamy i cieszymy się szczęściem w państwach ładu. Zastanawia mnie jednak jak długo jeszcze będziemy kontynuować taki styl życia. Pewnie tak długo jak Amerykanie, którzy postawili na "życie na kredyt" i zasadę "zastaw się a postaw się". No i mają za swoje. Jak więc widać westernizacja wpływa nie tylko niszcząco na kulturę i tradycje rodzime, ale również na gospodarkę. Choć konsumpcja sama w sobie (z poziomu ekonomicznego) napędza koniunkturę, jednak z drugiej strony nieracjonalne kredyty niszczą rynki.

Budzę się w swoim pokoju i wiem, że już sporo osiągnąłem jako konsument. To tak naprawdę żaden powód do dumy, czy szczęścia. W moim pokoju stoją dwa laptopy, telewizor, wieża hi-fi, gitara, wzmacniacz, PS2 i PS3, PSP, głośniki kable i mnóstwo innego śmiecia, które służą, albo i nie służą mi dzielnie od wielu lat. Na szczęście na większość z tych "elektroprzyżądów" zapracowałem sam, swoją głową - kupiłem je za  pieniądze ze stypendiów. Nie mam co prawda pędu kupowania nowości (gier, filmów, płyt, ubrań itd.) niemniej jednak otacza mnie plątanina kabli i wspomnień w które kiedyś jeszcze inwestowałem. Cztery ściany wciągają mnie w wir przeszłości i przypominają jak kiedyś było inaczej. Nie było wszystkich powyższych elektrośmieci, nie było internetu, nie było portali społecznościowych. Byłem tylko ja i moja dziecięca wyobraźnia.  A później ja i ludzie z którymi "nie-elektronicznie" organizowałem sobie wolny czas.

Pamiętam jak u dziadka pisałem na starej ciężkiej maszynie "Optima" (z NRD) nieskładnie wystukując tuszowe potwory ortograficzne tak aby tworzyły dziwaczną całość. Nie miałem jeszcze żadnych umiejętności w pisaniu, jednak cała frajda z obserwowania pracujących wnętrzności Optimy dawała mi radość i subtelnie zabierała czas. Ta sama maszyna stoi teraz u mnie na podłodze. Napisałem na niej niedawno jeden jedyny list, który nawet wysłałem.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Wojny naszych czasów

Jeżeli w swoim życiu odcinamy się całkowicie od świata zwierząt, to robimy to ze względu na ukazanie swojej wyższości (intelektualnej) nad nimi. Jednak wiele cech wskazuje na to, że wciąż posiadamy pewne pierwotne instynkty, zachowania i tendencje które zbliżają nas do świata fauny. Niejednokrotnie w dokonywanych wyborach (nawet politycznych) kierujemy się uczuciami, a w kontaktach z innymi działa nasze libido "nakręcając" nas do podejmowania decyzji, które stoją daleko od zdrowego rozsądku, a bazują na hormonach i odczuciach chwili. Destrudo z kolei kieruje ludzkość do wojen, rywalizacji i konfliktów, każde państwo, naród czy plemie, od zarania dziejów chciało mieć więcej złota, terenu, czy władzy. Realistyczna wizja stosunków międzynarodowych (i może nawet całej rzeczywistości) podpowiada nam, że na świecie panuje egoizm, a państwa konkurują ze sobą - każdy zwrócony jest do wewnątrz. Liberalna wizja świata zakłąda pozytywne i pokojowe współistnienie, funkcjonowanie państw w pokojowych warunkach, bez wojen, sporów, przy współpracy, uśmiechach i oklaskach. Obecnie stosunek tych teorii wynosi 90 do 10. Gdy państwa działają wspólnie widzą tam własne interesy, a nie interesy całego świata, owszem zdarzają się jednostki wybitne, orędownicy pokoju - Jan Paweł II, Ghandi, M.L. King, Sacharow, Wałęsa, czy Kuroń, ale równowaga światowa (a raczej jej brak) narzuca na drugą szalę wagi szaleńców, obłędnych wodzów, egoistyczne jednostki - Pol Pot (Saloh Sar), Idi Amin Dada, Ho Szi Min, Usama ibn Ladin, Slobodan Milosevic i niestety wielu wielu innych.

George Friedman w doskonały sposób zauważył obłęd supermocarstwa jakim są (jeszcze) Stany Zjednoczone.Jak pokazują statystyki historyczne, Stany Zjednoczone mają tendencję do zwalczania konfliktu w zarodku i definitywnie. Fakt ten sprawia, że Amerykanie toczą wojny przez 10 procent czasu swojego istnienia, wliczając jedynie największe konflikty. W XX wieku Stany Zjednoczone toczyły wojny przez 15 procent czasu swojego istnienia, natomiast dane wskazują, że w XXI wieku Amerykanie toczą walki bez przerwy. W imię wolności, która w obliczu strat w ludziach w I i II wojnie światowej, wojnie w Korei, wojnie w Wietnamie, wojnie w Kambodży i Laosie, wojnie w Afganistanie,  wojnie w Sudanie, wojnie w Iraku, oraz "interwencji" w Libii, jest jedynie pustym i zupełnie nic nie znaczącym słowem. To slogan, który od czasów Roosevelta do ery Obamy ma zapewnić czyste sumienie administracji, która chce za pośrednictwem Pentagonu, a dalej Rady Bezpieczeństwa Narodowego i jej rezolucji zapewnić sobie czyste sumienie i osiągać własne cele. Political Lying Unholy Cowardly Killers.



I tutaj po raz kolejny przebija się wraz z aplauzem mediów Libia, która walczy bez przerwy, od czasów kiedy zacząłem o niej pisać w kwestii zmian w Afryce Północnej - to już ponad pół roku. Powstańcy uciskani przez Muamara Kadafiego przejmują stolicę Libii. Trypolis broni się jeszcze resztkami sił opłaconych petrodolarami władcy. Ostatni wierni Muamara liczą już chyba na 72 dziewice w niebie, bo bombardowania NATO i przejęcia rafinerii przez rebeliantów odcinają pokarm dla maszyn, a jak wiadomo bez zalania baku nikt nigdzie nie pojedzie. Zwycięstwo już dawno oddaliło się od władcy i jego bojowników. Synowie Kadafiego zostają schwytani lub poddają się sami w ręce atakujących, oddziały wierne wodzowi idą w rozsypkę. Rebelianci skandują imiona Obamy i Sarcozy'ego, cieszą się wolnością, chcą aby Kadafi dobrowolnie się poddał, wtedy walki ustaną na dobre i będzie można zacząć poważnie rozmawiać. W powietrzu ciągle latają bezzałogowe samoloty sił USA, które poszukują celów. Jak donosi portal TVN 24 do ustąpienia Kadafiego nie nawołują już tylko Stany i Francja, ale też NATO (Rasmussen), UE (baronessa Ashton), Australia (premier Julia Gillard), a Chiny, popierające rebeliantów oczekują stabilizacji w Libii. Moim zdaniem (choć przeszłość pokazywała inaczej) to kwestia czasu, zanim 10-15 % Trypolisu zajętych przez siły Kadafiego zostanie odbite i upadnie autorytarny reżim ekscentrycznego nomada-władcy.

 ***
Po omacku szukam jakiegoś drogowskazu, tendencji zmian na świecie i w Polsce, ale trafiam tylko na eskalację agresji, siły i propagandy. W Polsce, wraz ze zbliżającymi się wyborami do parlamentu zaczyna się walka na programy - czyj jest bardziej szczegółowy, merytoryczny, ideowy, czy po prostu grubszy. Na wczorajszym kongresie SLD przewodniczący Napieralski, broni wartości nowej lewicy, odwołując się do starych idei tej partii Przy każdej okazji sygnalizuje on uchybienia rządu i nieudolność władzy, wychwala swoich specjalistów i twierdzi, że można wszystko zrobić lepiej - oni mają bowiem najbardziej szczegółowy program. Ciekawa sprawa z tymi programami... Wszyscy się nimi afiszują, tak jakby przeciętny Kowalski miał przestudiować program każdej z partii od deski do deski i dokonując analitycznego wyboru oddać głos na najlepsze z ugrupowań. Niestety tu nie o to chodzi. Parlament, czyli legislatywa, zapomniał swojej roli, już nie tworzy prawa, ale je dopisuje i to przeważnie niechlujnie i "naprędce". Powrócę jednak do sprawy programów i ich funkcji w następnym artykule/poście, aby z niniejszego nie wyszło opowiadanie. A tymczasem miłego poniedziałku mój drogi czytelniku.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Żyć szybko, umierać szybko

Zastanawia mnie co się wczoraj wydarzyło, bo pomimo mojego postanowienia (że pije) wszystko układało się jakoś tak składnie, aż do pewnego momentu w moim szalonym życiu...

                Wyjazdy moich rodziców zarówno do ukochanej przez nich Turcji jak i gdziekolwiek indziej, nigdy nie zwiastowały poprawy stanu mieszkania i mojego zdrowia. Jakimś głupim i mistycznym trafem przyjęło się, że właśnie na czas absencji moich staruszków rozpoczyna się karnawał obłędu i chaosu. Lodówa zmienia się w jaskinię (pustą oczywiście) a wszystko co można zjeść i nie jest przyprawami zostaje zjedzone.  Kot, który lata swojej świetności ma dawno, dawno za sobą przechodzi przez prawdziwą szkołę przetrwania - takie kocie dni grozy. Ja natomiast, wasz narrator prozy życia codziennego, podczas nieobecności Państwa Czop staczam się na dno, aby tuż po powrocie odbić się i wrócić do poziomu używalności. Tzn. to moja subiektywna opinia.
                Wczoraj chaos, po kilku butlach z wodą ognistą z jęczmienia wydobytych pól, świat zaczął przypominać raczej karnawał szaleństwa i dziwnych wypadków. Wszystko odbywało się w agresywnym rytmie stroboskopu, który przyniósł jeden z uczestników "prywatki" (dlaczego już nikt tak nie mówi na imprezy w domowym zaciszu?). W każdym bądź razie wszystko w domu zmieniało położenie i konsystencje, najpierw alkohol zaczął z nas parować (był to proces raczej w obiegi: pijemy--> paruje, pijemy--> paruje, gdzie p>p), później co poniektórzy (a było nas wielu) tańczyli do łupaniny przy stroboskopie, następnie (albo wcześniej?) przyszły dwie moje byłe, z tym że obecność pierwszej zaskoczyła mnie znacząco przez sam fakt, że nie widzieliśmy się jakieś kilka lat (zdjęcia na Facebooku się nie liczą). No i żeby tego było mało zaczęły się rozlewać różne płyny w kolejności: stół, podłoga, czyjaś gęba. Jak to w życiu bywa, na takich "prywatkach" (a może tylko i wyłącznie na moich?) nie może obejść się bez strat w elementach otoczenia. Do dziś pamiętam jeszcze moje nie odżałowane akwarium (80 l) które zostało zbite oknem. Ach stare, złe czasy...
                Powracając.  Szyba została zbita przez właściciela stroboskopu, poprzez zbyt duży nacisk masy wywołany niedocenieniem (nie)możliwości tak kruchego materiału jakim jest szkło. Ojciec urwie mi za to łeb, albo nie zauważy - fifty -fifty. W każdym razie, mój drogi czytelniku, jak to na dobrej popijawie bywa, nie obyło się również bez wizytacji służb porządkowych. Dziwi mnie jednak fakt, że przyjechali tak późno. Gdybym, był swoim sąsiadem (a mieszkam w bloku!) poszedłbym do źródła chaosu i wszystkich potraktował paralizatorem "Skorpion" i gazem pieprzowym, a następnie zadzwonił po policję, dokładnie w takiej kolejności. Ciekawe jest również to, że po śpiewaniu kolęd (uznaliśmy, że narodziny Pana trzeba wielbić zawsze) i toastów urodzinowych (nikt nie miał urodzin) żaden z tych złamasów nie pofatygował się o wizytę bezpośrednią zamiast (jak to w staromodnym stylu), kablowania na policję. Socjopaci pierdoleni.
                Wizyta policji łączyła się z wieloma nieprzyjemnymi czynnościami, po pierwsze primo: trzeba było ściszyć muzykę (kiedy to nastąpiło nie wiedziałem gdzie jestem), po drugie musiałem powiedzieć, żeby ktoś przekazał, że gospodarza nie ma (albo śpi), niestety władza kazała mnie "obudzić"(szczwane bestie). No i tutaj pojawia się najgorszy problem, gdyż w czasie "godziny policyjnej" narkotyzowałem się w najlepsze w salonie i musiałem się ogarnąć, wydać komendę schowania faji  i przygotować dowód osobisty (a jak). Czarne mundury okazały się w miarę spoko. Pokrętnie tłumaczyłem im, że już nie włączę muzyki (a gówno tam), i będziemy ciszej i znośniej. Ani trochę nie pomagał mi stan upojenia alkoholowego i zaparowanego umysłu, no i jeszcze mój znajomy M. za wszelką cenę (przy policji) chciał wyjść i bić sąsiadów, którzy po patrol porządkowy zadzwonili. Na całe szczęście sytuacja opanowana. Dowiedziałem się również, że właściciele mundurów zostali wezwani przez sąsiadów z bloków obok, a nie z mojego. Toż to dopiero brać sąsiedzka! Ja akceptuje ich wariactwa, a oni moje - proste i dyskretne.

Dalej nie wiem co się stało.

                No i załącza mi się druga klisza. Mózg wchodzi na tryb "hard", a wnętrzności informują mnie o stanie rozkładu, co gorsza zegarek wskazuje na 6:10 a impreza kręci się dalej. Czy Ci ludzie nie mają szacunku dla swojego zdrowia i bliźnich (hipokryzja + 10)? Najwidoczniej nie. W związku z tym, że na 12:00 mam ważne spotkanie z ważnymi ludźmi w stolicy, muszę przespać przynajmniej 3 godziny - niezbędne minimum na "trzeźwe myślenie". Przechodzę więc od słów do czynów, wypraszając maruderów, przy okazji zachęcając ich do wyniesienia śmieci. Gdy dom stoi pusty "i walają się dookoła rupiecie" wreszcie idę zemdleć na kanapie. Przykrywam się jakąś bluzą, później kołdrą i kotem. Amen.
                Wstaje i znowu nie wiem gdzie jestem. Poranny make down na twarz, zjeść coś co nie wywoła padaczki i na rower! Zgadza się - na rower - gdyż moja głupota i brak zorganizowania nie pozwala mi się wyrobić na pociągi, które w Pruszkowie mają jakieś problemy z częstotliwością po godzinie 11. No i śmigam w pół śnie, rozbity i przemielony przez dzień poprzedni (a właściwie to obecny) i modlę się w myślach do boga i bogów, abym na nikogo nie wpadł. Bo jak ja umrę - to spoko, ktoś tam się posmuci, powspomina i tyle, gorzej jakbym z całym impetem wpadł np. w grupkę zuchów, wózek z dwojaczkami, czy starą babę z psem. Resztę życia spędzam w uroczej celi pełnej uroczych świrów. Marna perspektywa.
                Pociąg spieprza mi oczywiście sprzed nosa, a 26 stopni rozpala mój łeb do czerwoności, świat mi kipi - następny pociąg za 20 minut. "Kurwa mać", 20 minut na kacu to wieczność, nieskończoność i jeszcze się spóźnię na spotkanie. A właśnie że się nie spóźniłem, byłem na Chmielnej w budynku  Stronnictwa Demokratycznego (tylko w siedzibie, bez konotacji politycznych oczywiście) pięć minut przed 12, aby spotkać moje urocze koleżanki, które wraz ze mną (chyba?) będą odpowiedzialne za kampanię wyborczą prof. Dariusza Rosatiego do Parlamentu. Trzymałem fason całkiem nieźle, bo nawet na spotkaniu z koordynatorem kampanii, oprócz wywalenia 3 szklanek wody, udało mi się sypnąć jakimiś sensownymi pomysłami ( charyzma + 1). W drodze powrotnej zahaczamy do jakiegoś drogiego slow/fast fooda i za kanapkę i wodę płacę, bagatela 17 zł. I wcale nie czuje się lepszy, że jem na Chmielnej i płacę te pieprzone 17 zł za kanapkę wielkości mojej łapy, za którą miałbym mistrzowskiego "chińczyka" kilka pieprzonych ulic dalej! Ogólnie dzień na +. Żyć szybko, umierać szybko.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Zejścia i odejścia

Nowa lepsza jakość :]

sobota, 13 sierpnia 2011

Konstelacje przypadku

Szybko póki nie stracę resztek weny! Niestety nie... Piszę już półautomatycznie. Sierpniowe słońce w parku w Pruszkowie przypomina mi o tym, że jeszcze jest czas żeby pozmieniać i poukładać na nowo stare sprawy, żeby stanąć na mentalne nogi i zacząć kilka wątków od początku. Tylko pojawia się pytanie - czy mi się chce i czy dam rade ? Zakładam, że tak, więc pisze dalej.
Kilkadziesiąt minut na łonie natury, do tego dochodzi wino marki Sofia, pieprzone komary, stary kumpel, a później  książka Dukaja, przez którą nie mogę się przebić od czasów Wigilii (bo wtedy ją dostałem). Rozumiem zbiory opowiadań najróżniejszych autorów, tam właśnie pisarz wrzuca wszystko, czego nie udało mu się wydać w książce, czasami jest to ciekawe, czasami męczące. Na ten przykład Piekara napisał "Świat jest pełen chętnych suk" przeczytałem w ułamku sekundy życia, ale Dukaj, czy Poe. W jego opowiadaniach kryje się obłęd literacki, nadprzestrzeń tworzenia i nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiem cały zbiór który stworzył jeden z tych autorów. "Król Bólu" Dukaja (przez który płynę pod prąd) pozostaje jak narazie wyspą tajemnic.

A teraz kroczek dalej. Wczoraj pociąg, którym miał jechać mój stary przyjaciel D. wykoleja się w miejscowości o zabawnej nazwie Baby. Ginie jedna osoba, kilkadziesiąt pozostaje rannych. Niedopatrzenie maszynisty kosztuje wszystkich wysoką cenę zdrowia, jedna osoba za błąd oddaje życie, a wszystko mogło potoczyć się inaczej, ale nigdy już się tak nie stanie. D. miał szczęście, tego dnia był zbyt zmęczony, żeby jechać, dlatego też trafił na "biesiadę" do mnie i przy winie jakoś lepiej znosi swoją nigdy nie zaczętą podróż. Tak właśnie płynie życie.

Kilka dni temu w Pruszkowie jakiś człowiek, którego strach przed społeczeństwem, czy też choroba natury mentalnej doprowadziły do skraju normalności, spowodował wybuch gazu w budynku naprzeciwko gimnazjum do którego kilka lat temu uczęszczałem (ciężkie czasy). Budynek dosłownie rozerwało, wczoraj, kiedy mijałem miejsce wybuchu, ze spalonego piętra i kilku mieszkań sąsiadujących machało mi kilka niebieskich płacht pokrywających zwęglone mieszkania. Okna ziały wypaloną czernią. W sekundę, życie ludzi tam mieszkających zmieniło swoje znaczenie i kierunek. Historie dwóch osób się skończyły, jedną z nich była dziewczyna wujka mojej znajomej. Jej już nie ma, znaleźli ją pod gruzami całego bałaganu. Wszystkiego dowiedziałem się po raz kolejny pocztą pantoflową, bo w tym czasie byłem półprzytomny w Chałupach. Dlatego też od wydarzeń w Gdańsku roku 1995, kiedy byłem jeszcze dzieciakiem (lecz pamiętam dobrze) obawiam się wybuchów gazu. Panicznie i obsesyjnie.


W moim bloku nie wszyscy są normalni, akceptuje zachowania swoich sąsiadów ze względu na to, że sam również nie jestem bez win i wielokrotnie to właśnie moim sąsiadom z pionu zawdzięczam brak interwencji policji podczas częstych "prywatek" u mnie. Jednak, kto wie co kiedyś zaświta w umyśle jednego z moich sąsiadów, który np. w przypływie załamania/pijaństwa/lęku, czy smutku postanowi odejść z tego świata z chukiem. Wolę o tym nie myśleć - to doprowadza do zbędnych paranoi. Jednak czujność nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

No i na sam koniec trochę o Wielkiej Brytanii, bo tam sytuacja wygląda dość nieciekawie. Z drugiej strony, drogi czytelniku, nie powinno już nas przecież dziwić, że decyzje polityków, lub organizacji międzynarodowych wywołują takie reakcje - Grecja, Włochy, Hiszpania i Portugalia też nie mogły zapanować nad tłumem. Jednak w Wielkiej Brytanii sprawa ma się inaczej (troszkę). Społeczeństwo Londynu, które cechuje wieloetniczność nie funkcjonuje na identycznym poziomie, różnice w dochodach i standardach życia doprowadzają do frustracji i eskalacji negatywnych emocji, które są de facto skierowane w polityków, a dokładniej w rząd Davida Camerona, który postanowił (bezmyślnie) odciąć świadczenia socjalne właśnie dla tych grup. Nie dziwmy się więc, że w państwie, gdzie narodził się punk i sprzeciw wobec władzy (Sex Pistols), obywatele, w szczególności ci biedni i bezrobotni, oraz młodzi nie pozostaną na swoich tyłkach w domu i nie będą w polemikach prześcigać się w dysputach na temat uchybień polityki Camerona. Oj nie, mój czytelniku, to właśnie oni wyjdą jak kiedyś na ulice i będą kraść i niszczyć, ukazywać gniew i bezradność wobec bagna polityki, którego nigdy nie zrozumieją. Którego nigdy nie zrozumiemy. Historia uwielbia się powtarzać.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Przejazdem

Wróciłem po raz kolejny. Który to już "kolejny raz"? Nie liczę, więc nie wiem, ważne że siedzę na tyłku we własnym domu, przynajmniej przez jakiś czas. Będąc na życiowej diasporze w różnych częściach Polski wiele informacji zdaje się mnie omijać, co jest zresztą oczywiste przez brak kontaktów z jakimikolwiek mediami. W zamian za brak informacji medialnych, otrzymuje doświadczenie własne związane z niemym i niespisanym wywiadem środowiskowym w miejscowościach (i miejscach) w których zagościłem przynajmniej na trochę. Odnośnie odcięcia od mediów to dobrze i niedobrze. Dobrze dlatego, że nie muszę wszystkiego analizować i rozkładać na czynniki pierwsze (mimowolnie), dla innych to również pozytywne wieści, bo nie muszę im o tym wszystkim opowiadać, pytać o ich zdanie, kłócić się (no cóż, zdarza się). Jednak co jest negatywne w braku dostępu do mediów, to odcięcie od informacji instant, od wiadomości, które zmieniają i kształtują rzeczywistość na różnych płaszczyznach, ciągle i niezmiennie.

Będąc w Karwi, która jest niewielką nadmorską miejscowością położona około 20 km od Chałup dowiaduje się (nomen omen z Faktu), że minister obrony narodowej - Bogdan Klich - podaje się do dymisji, Tusk ową decyzję przyjmuje. Kolejne czyszczenie kadry rządowej przez premiera weszło chyba do porządku dziennego i nikogo już zbytnio nie dziwi. Zastanawiam się jakie były przyczyny odejścia Klicha, czy decyzja którą podjął była faktycznie w stu procentach jego. Media podają, że za głównym zarzutem były błędy związane z raportem z katastrofy smoleńskiej i co za tym idzie raportem Jerzego Millera. Ponadto Klich obwinia siebie za nie wdrożenie procedur wyjątkowych i zapobiegawczych jeżeli chodzi o bezpieczeństwo lotnicze po katastrofie CASY, oraz tego, że nie będzie w stanie tego zrobić (co jest oczywiste, gdyż kadencja rządu się kończy). Tym samym premier uznaje członka swojego rządu za nienaoliwiony tryb i przyznaje się do błędu w tworzeniu raportu Millera. Opozycja za pewne otwiera szampana i gromadzi nowe argumenty przeciwko rządowi, które zostaną zastosowane w debatach przedwyborczych za kilka miesięcy. Jednak, aby zachować ostatki szacunku dla Klicha, premier mówi: "że nie uważa Klicha za winnego katastrofy". Jeżeli powiedziałby inaczej straciłbym resztki zaufania w zdrowy rozsądek premiera.

Powracając jednak do Karwi, ta urocza miejscowość zdaje się jako jedna z niewielu przypominać jeszcze kurort wypoczynkowy nad polskim morzem. Sklepiki, wesołe kramy, wata cukrowa i atrakcje dla dzieci pokazały mi, że miejscowości takie jak Karwia funkcjonują jedynie dzięki turystą, gdyż cała kasa. którą przywożą owi turyści z miast jedzie wraz z nimi do miejscowości peryferyjnych/wypoczynkowych, uzależnionych de facto od przyjezdnych.

Po Karwi udałem się wraz z kumplem do Chałup. Tam sytuacja prezentuje się zupełnie inaczej. Kiedyś kojarzona z plażami dla naturystów i piosenką Zbigniewa Wodeckiego, dziś przypomina miejsce wybiegu i pokazu, który zdaje się nie kończyć. Małe enklawy w postaci pól kempingowych żyją swoim życiem - sklepy, wypożyczalnie sprzętu wodnego, dyskoteki i całą infrastruktura wewnętrzna sprawiły, że czułem się odcięty od prawdziwych Chałup, które jako dzieciak zapamiętałem zupełnie inaczej. W samym bowiem "mieście" nie dzieje się praktycznie nic, ot taka najzwyczajniejsza miejscowość zatokowa (bez rewelacji). Co innego natomiast na wspomnianych polach namiotowych. Trwa tam pokaz, show w którym uczestniczą bogaci ludzie ze swoim sprzętem i swoimi ubraniami, których metki koncentrują się wokół trzech firm (słynnych właśnie z tego że są drogie i łączą się ze sportami wodnymi). Niejednokrotnie przyszło mi odczuć ową bufonadę i wyższość, lecz z drugiej strony, może to ja jestem przewrażliwiony na tym punkcie? Nie będę już wspominał o cenach i samochodach, których uświadczyłem w Chałupach. Lans pełną gębą, ale w takim kurorcie co poniektórym chyba o to chodzi - trzeba się pokazać, trzeba zaznaczyć swoje miejsce w stadzie. Peryferia i miejscowości turystyczne żądzą się swoimi prawami i tak już zostanie. Oby te pojęcia nie były zawsze jednością.

Przez pocztę pantoflową to właśnie w Chałupach dowiaduje się, że Andrzej Lepper nie żyje. Ta informacja ogromnie mnie zaskoczyła, nie tylko ze względu na to że było to samobójstwo, ale również przez fakt, że stało się to (moim zdaniem), bez żadnych widocznych wcześniej przyczyn (jak miało to miejsce np. w przypadku śmierci Barbary Blidy). Lepper był Janosikiem politycznym i populistą społecznym w każdym calu, nie mogę powiedzieć, że go lubiłem, czy też nie, gdyż zawsze mnie ciekawił. Zdawał się być stańczykiem polskiej sceny politycznej, upustem myśli prostych ludzi i magnesem na elektorat zmęczony prawdziwą polityką (o ile taka istnieje w Polsce). Pomimo tego że koalicja PiS-LPR-Samoobrona, była klęską (lata 2006-2007) to sam Andrzej Lepper nie zasługiwał przez to na śmierć. Samobójstwo to straszna sprawa, lecz w trzęsawisku jakim jest polityka, nawet tak radykalne kroki wydają się czasami "dobrym" rozwiązaniem. Niemniej, szkoda mi Leppera, szkoda mi wszystkich których pochłonęła i zabiła polityka, albo jej konotacje. Nie wiem jednak jak odnieść się do wpisu na blogu Andrzeja Palikota, który twierdzi, że: "Pisowska wizja państwa, realizowana poprzez prowokacje, denuncjacje, naciski i podsłuchy służyła odbieraniu ludziom godności, niszczyła ich kariery, a nawet życie. Andrzej Lepper, trybun ludowy, któremu zaufały miliony Polaków, za alians z siłami IV RP zapłacił najwyższą cenę."

Po Karwi i Chałupach przyszedł czas na Przystanek Woodstock. Dokładnie tak drogi czytelniku, Kostrzyn nad Odrą stał się miejscem corocznych odwiedzin waszego autora, czyli mnie. To już będzie piąty raz, kiedy przyszło mi walczyć z podróżą "do" i "z" Kostrzyna . Jednak alkoholowo-bałaganiarska atmosfera nie zmieniła mojego postrzegania tego, jak najbardziej pozytywnego zjawiska jaką jest sama podróż, a dalej cały festiwal. Integracja wielu sub- i kontrkultur to proces jak najbardziej potrzebny, wymiana doświadczenia natomiast pozwala lepiej wzajemnie się zrozumieć. Choć niektórych ludzi nie zrozumiem nigdy, bo głupota i brak wyobraźni jaką pokazali, dalece odbiega od dobrej zabawy i integracji.

Woodstock to miejsce nie dla każdego, jednak nie ze względu na brak akceptacji dla kogokolwiek, co to to nie. Chodzi przede wszystkim o klimat i warunki, do których trzeba się dostosować. Jeżeli liczysz na ciepły prysznic i ciszę nocną, oraz wstrzemięźliwość alkoholową, to lepiej nie wybieraj się do Kostrzyna mój drogi czytelniku. Woodstock to przede wszystkim dobra i głośna zabawa i świetne zespoły na dużej i małej scenie, oraz w wiosce Kryszny (kompleks multitematyczny na Woodstocku skoncentrowany na sferach związanych z ideologią Kryszny - joga, mantra, medytacja, sztuka Indii, wegańskie jedzenie itp.). Muzyka na Woodstocku jest wszechobecna, można ją słyszeć (będąc w centralnych polach namiotowych) 24 godziny na dobę, zespoły, które występują na dużej scenie chwalą Polski Woodstock za świetną publiczność i niesamowity klimat, co więcej niejednokrotnie uważają występy na Woodstocku w Kostrzynie za swoje najlepsze. Mankamentem obozowania na Przystanku Woodstock są niewątpliwie kolejki, ale do tego też się da przyzwyczaić. Kolejka do toj-tojów (odnalezienie czystego to misja Argonautów), kolejka pod krany (tam można było się umyć), kolejka po jedzenie (najbardziej w pamięci zapadły mi ziemniaki z kefirem) i ostatecznie kolejka do Lidla, który po raz pierwszy pojawił się na Przystanku w wersji polowej. Pojawienie się Lidla (dzięki zgromadzeniu prze niego największej ilości gotówki podczas WOŚP) było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem, gdyż za małe pieniądze można było zrobić naprawdę ogromne zakupy, a godziny otwarcia pozwalały na uzupełnianie zapasów niemal przez całą dobę (Lidl funkcjonował w godzinach od 6:00 do 3:00). Tragedią Woodstocku wg mediów, które jak co roku potraktowały ten niekomercyjny festiwal po macoszemu, były narkotyki i przeludnienie (700 tys. osób!), moim zdaniem ani narkotyki ("czy marihuana jest z konopi?"), które ograniczały się przeważnie do trawy i których nikt nikomu nie wciskał przy wejściu, oraz przeludnienie (można było się rozbić nawet za polem namiotowym bądź poprosić znajomych o przenocowanie w namiocie) nie były problemem. Kwestią problematyczną był powrót i organizacja infrastruktury, oraz podejście ludzki, którzy na Woodstocku nigdy nie byli i traktowali woodstockowiczów jako chamów i wyrzutków.

W drodze powrotnej w pociągu musiałem walczyć wraz z moimi znajomymi o każdy metr wolnej przestrzeni.W między jednym, a drugim "przedziałem bezprzedziałowym" w przejściu jechało 27 osób i muszę powiedzieć, że na samym końcu było ciężko. Jechaliśmy ponad 11 godzin w warunkach, które trudno było nazwać nawet "bydlęcymi" - brak kibla (trzymałem ostatniego Heinekena do chwili, gdy do końca tułaczki zostały 2 godziny), brak wody, brak żarcia i jakichkolwiek informacji, dodatkowo opóźnienie ok 1,5 h. No ale to pociąg woodstockowy i nie ma co narzekać, bo w końcu udało nam się dojechać w jednym kawałku. Szkoda, że w drodze powrotnej nasz los pozostawał wszystkim jakby obojętny.

I tak oto wróciłem po raz kolejny do domu, nie mając zamiaru zatrzymać się choćby na chwilę w karnawale życia. To gdzie udam się znowu, mój drogi czytelniku pozostaje tajemnicą nawet dla mnie. Zapomniałbym wspomnieć, że wracając przeczytałem równe 100 stron "Wielkiego Gatsby'ego" F. S. Fitzgeralda i przypomniało mi się na nowo, że autorów, którzy tak wytwornie i wciągająco piszą już nie ma. Kolejna refleksja to fakt, że na Woodstock przyjeżdżają również ludzie niechciani i niekochani, którzy właśnie festiwal w Kostrzynie traktują jako ujście swojej energii i samotności, tam mogą ocierać się o innych i poczuć ich bliskość.