Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

piątek, 14 lutego 2014

Bierz ją! - część I

W innych miastach ludzie chodzą po ulicach. Ocierają się o siebie, wpadają na innych. W (tu wstaw swoje miasto) nikt nikogo nie dotyka. Zawsze oddziela nas metal i szkło. Tak bardzo brakuje nam tego dotyku, że zderzamy się ze sobą, żeby cokolwiek poczuć.
The Crash


Piątkowe popołudnie – kontakt z siłami przedwiecznymi

W małym pokoju z jednym oknem, dwoma wysłużonymi łóżkami, stołem ukraszonym pustymi butelkami oraz dużą komodą padł na kolana, a jego usta bezgłośnie zaczęły szeptać.

- Boże lub bogowie, ktokolwiek, kto może mnie wysłuchać i zmienić całe to bagno, w które wpadłem. Chciałbym nie bliżej być królestwa mroku, choć o kilka kroków oddalić się od przepaść, od czerni, w którą patrzę, poczuć szczęście radość i spełnienie. Jakiekolwiek, kiedykolwiek, tak długo już czekałem. I wciąż tylko pragnę. Siły prastare, albo całkiem nowe a silne, dajcie mi jakikolwiek znak, cokolwiek co pozwoli zapomnieć o tej dziwce, co mi nóż w plecy wbiła… Kurwa mać, miałem o niej nie mówić „dziwka”. Tak więc, boże lub diable, ktokolwiek sobie z was lepiej poradzi, przepraszam z góry, że was zestawiam, ale wybór mi się ograniczył po tym jak mnie buddyści wyjebali ze świątyni, dajcie mi jakiś znak, jeden pierdo...

Drzwi do pokoju otworzyły się, a u progu stanął grubszy, wyglądający na dwadzieścia parę lat chłopak ubrany w dresowe spodnie i podkoszulek z wielkim napisem „Lamb of God”.

-Adam, rozumiem, że dawno nie pieprzyłeś i tak dalej, ale co ty kurwa robisz? Do reszty cię popierdoliło? Przecież ty na komunię swoją ostatni raz byłeś w kościele, a teraz klęczysz i wyglądasz jakby ktoś cię kapciem po mordzie przeżegnał.

Adam wybity z transu, który wydawał się być ostatnią deską ratunku w sytuacji, w której się znalazł, wstał i spojrzał na grubego chłopaka nienawistnym wzrokiem. Trudno, będzie wytłumaczyć kumplowi z pokoju co robił na kolanach, z zamkniętymi oczami i skupionym wyrazem twarzy. W ogóle co można powiedzieć, kiedy ktoś spotyka cię w takiej pozycji, a ty się modlisz lub przynajmniej udajesz, że to robisz, a wszystko z powodu beznadziejności sytuacji i braku innych rozwiązań.

- Bruno czy ty wyniosłeś z domu cokolwiek więcej niż kasę od swoich starych? Nie wiesz, że przed wejściem gdziekolwiek trzeba pukać, bo ktoś w środku może na przykład być goły, albo nie wiem, zajęty czymś ważnym – powiedział Adam, a jego głos drżał ze złości.

-Yyy, stary nie wiem czy wiesz, ale to też mój pokój, a w akademiku to wszyscy wchodzą bez pukania, nawet do kibla. Zresztą gdybyś był goły to nic wielkiego by się nie stało, bo kiedyś na basenie pod prysznicem widziałem twoją fujarę i powiem, że bez rewelacji – powiedział Bruno przywołując w myślach dziwne sceny ze swojego życia – co innego, gdyby przyszła Iz z twoją byłą, to wtedy by było zabawne i krępujące. Albo gdyby twoi starzy wpadli, gdy sobie robisz dobrze przed zdjęciami tych lasek z pierwszego roku.

- Po pierwsze, nie wspominaj ani słowem o mojej byłej jebana klucho, albo zedrę z ciebie ubranie i przywiążę do słupa, żeby każdy pierwszak widział twoje obwisłe sadło. Po drugie, klęczałem bo mi szkło kontaktowe spadło, a wiesz, że bez nich gówno widzę, a starzy mnie nie odwiedzają i nie odwiedzą, więc daruj sobie te durne insynuacje.

- Przecież nosisz okulary. A zresztą nie moja sprawa, jak dla mnie to możesz nawet dymać tą grubą laskę, co się do mnie przystawiała na ostatnim koncercie. Ale proszę cię stary, nie rób tego na moich oczach – stwierdził z rozbawieniem współlokator Adama, po czym dodał – kupiłem sporo browarów, musisz mi pomóc, no i jeszcze to – Bruno wyciągnął z kieszeni trzy wielkie skręty i zrobił smutną minę, pozując na bezradnego.

- Na razie daj mi chwilę, czy ty nigdy nie chciałeś być przez chwilę sam? A zresztą, nie odpowiadaj, po prostu czekaj na dole, będę za kilka minut – powiedział Adam, po czym wypchnął grubego z pokoju i strzelił za nim drzwiami. Butelki, które stały na jedynym stoliku niebezpiecznie się zatrzęsły.

To prawda, Adam nosił okulary i to tylko do czytania. Wyglądał w nich zwyczajnie głupio, a ona zawsze mówiła, że jest inaczej. No i kto na kolanach szuka jednodniowej soczewki, która spadła na brudną podłogę? A co do tej grubej dziewczyny z koncertu o której wspominał Bruno, to wolałby chyba przespać się z matką grubasa. Bo należy zaznaczyć, że „laska z koncertu”  mogła być bez problemu dublerką maskotki Mischelina.

Jeżeli chodzi o Adama to nie był może przystojniakiem w stylu Beckhama czy Patisona, ale nie straszył też wyglądem. Wysoki, jako-tako zbudowany z krótko obciętymi czarnymi włosami i przenikliwym spojrzeniem sprawiał, że dziewczyny raczej nie uciekały na jego widok. No i do tego jeszcze bystre teksty, które przywłaszczał z książek, gazet a nawet odmętów Internetu. Jego największą wadą było to, że nie przywiązywał zbytniej wagi do wyglądu i nie mógł zapomnieć wielu faktów z przeszłości. Co innego Bruno, który zapewne pocił się teraz schodząc ze schodów. Gruby z dłuższymi włosami nijakiego koloru, które ciągle mu się przetłuszczały i kołtuniły. Do tego dochodziło nieskończone zamiłowanie do mocnej muzyki, co blokowało mu rozmowy na jakikolwiek inny temat niż właśnie mocna muzyka. I jeszcze psucie wielu sytuacji, w których uczestniczyły niezłe dziewczyny, które z powodzeniem mogły poznać Adama bliżej. To był cały Bruno, typowy przykład osoby wychowanej przez zdewociałych rodziców, którym trzeba było się w końcu postawić.

- Dokończyć to durne błaganie, tą pseudomodlitwę czy nie? –Adam zastanawiał się, czy powiedzieć coś jeszcze wobec wszystkich sił, które jego zdaniem były ostatnią deską ratunku, promykiem nierealnej nadziei, którą wytworzył w swojej głowie – pieprzyć to, trzeba działać, może czas będzie lepiej leczył rany, niż zagłębianie się w JEJ temacie.

„Jej temat” był sferą tabu. Wszystko co wiązało się z „nią” wywoływało u Adama uczucie bezsilności, połączonej z rozpaczą i gniewem. Ta niebezpieczna mieszkanka sprawiała, że gdy tylko o niej myślał, na co dzień w miarę opanowany chłopak czuł się, jakby ktoś chwytał go za gardło, a krew odpływała mu z całego ciała do jakiejś niematerialnej strefy. Wtedy też nie za bardzo miał ochotę na cokolwiek. Choć wewnętrznie zdawał sobie sprawę, że przecież trzeba było jakoś funkcjonować, nawet, gdy od tego wydarzenia minęło już trochę czasu.

Bruno nie zdziwił się, gdy Adam, którego zastał w tak niecodziennej pozycji strzelił mu drzwiami przed twarzą. Chłopak miał wyrobione zdanie o Adamie („Mój kumpel, ale ostatnio popierdoliło go do reszty”), tak samo jak i o dziewczynach („Same przyjdą, nie?”), życiu w akademiku („Carpe diem!”) i studiowaniu („Jutro”). Kilka skrętów w kieszeni i wielopak piwa, który  pulchny chłopak trzymał pod pachą sprawił, że fan mocnego brzmienia zapomniał o tym, co widział w pokoju, który dzielił z Adamem. Odwrócił się na pięcie i ruszył spokojnym krokiem w stronę schodów,  mijając po drodze kilku niezbyt trzeźwych pierwszaków sprzeczających się o to, kogo widzieli w pod pomnikiem Zwycięzców.  

Adam z jedynej szafki, która stała w pokoju wyjął kilka elementów garderoby, które jego zdaniem mogły nadawać się do noszenia. Powąchał czerwony podkoszulek z napisem „California” i stwierdził, że raczej nie nadaje się do niczego z wyjątkiem pełnienia mało zaszczytnej funkcji szmaty do podłogi. Próby nie przeszły także dwa następne t-shirty, więc musiał wyjąć coś z szuflady Bruna. Z całego spektrum zespołów widniejących na czarnych, mocno spranych podkoszulkach, zdecydował się na „Korna”. Przynajmniej ich znał i nawet lubił niektóre kawałki, szczególnie te o niespełnieniu. Wciągnął wytarte na kolanach dżinsy, zawiązał wysłużone trampki i wyszedł z pokoju, chcąc zapomnieć o dziwnej próbie komunikacji z zaświatami i w ogóle o wszystkim, o czym myślał.


Konfrontacje

Jak się żyje w wesołym miasteczku, nie sposób powstrzymać się od śmiechu.

Spotkali się na dole.

- Nie wiedziałem, że jesteś fanem Korna stary – rzucił Bruno, który wygodnie rozsiadłszy się na pobliskiej ławce sączył pierwsze piwo.

- Wszystkie moje ubrania nie nadają się do noszenia.

- Wąchałeś czy patrzyłeś?

- Wąchałem, nie przeszły testu.

- Nieważne, jak uwalisz mi ten podkoszulek to zabiję cię we śnie, a teraz ruszamy dupę, nasi zieloni przyjaciele czekają?

- Kto kurwa?

- Adam, ogarnij się! – powiedział Bruno wskazując palcem na kieszeń swoich dresowych spodni robiąc przy okazji dziwną minę.

- Aaa, dobra nieważne, to gdzie idziemy? Pod fabrykę, do parku, na boisko czy przy pomnik?

- Pod fabrykę mi się nie chce, bo za daleko. Na boisku grają teraz jakieś dzieciaki, więc też odpada, nie chcemy przecież robić konkurencji klechom. Pomnik okupowany przez lokalnych żuli, bo dzisiaj ciepło i pewnie większość z nich tam będzie kimała. Dawaj do parku, jest blisko, są ławki i dużo fajnych lasek.

- Myślałem, że wyjdziemy gdzieś dalej, bo lato nie będzie trwało wiecznie, a w tym parku spędzamy chyba większość życia, tak samo zresztą  jak w akademiku.

- Jak wybudują w okolicy taki wyzwolony lunapark, gdzie można przychodzić z własnym „prowiantem”, to uwierz, że będziemy tam pierwsi, a teraz zawijamy na łono natury.

Park znajdował się kilka minut drogi od akademika, co oznaczało, że w tak ciepły dzień będzie stanowił on matecznik dla wszystkich, którzy chcieli się napić, uprawiać spontaniczny seks poza widokiem lub też na nim, albo tak, jak Adam i Bruno po prostu się rozerwać w jeszcze mniej legalny sposób.

W rzeczy samej, kiedy tylko weszli do parku ich oczom ukazała się
scena, która nie odbiegała od festiwali muzycznych i trzeba dodać, że miejsce nie stanowiło w żadnym wypadku łona natury. Ludzie siedzieli na ławkach lub leżeli na kocach rozłożonych na trawie, niektórzy przynieśli nawet własne leżaki. Kosze na śmieci były wypełnione po brzegi pustymi butelkami po najróżniejszych rodzajach trunków. Ktoś rozpalał przenośnego grilla. 

Większość piła mniejszość czytała gazety i książki. Wydawało się, że park był teraz pod okupacją wszystkich, których doszczętnie wykończył tydzień, osób, które były tak samo spragnione powietrza jak i alkoholu i siebie wzajemnie.

- Potrafimy się bawić co? – Bruno zagadał do Adama mając chyba na myśli cały kolektyw młodych ludzi, którzy spędzali czas podobnie do niego – O, wolna ławka!

Bruno rzucił się w stronę siedziska tak, jakby od szybkości z jaką tam dotrze zależało całe jego życie. Wyglądało to bardzo zabawnie: chłopak mający problem z tuszą, trzymający dwunastopak piwa pod pachą biegł jak rozpędzony nosorożec w stronę ostatniego źródła wody. No ale dopiął swego, bo usiadł na rzeczonej ławce. Wyrazem triumfu na jego twarzy świadczył o jakimś prymitywnym spełnieniu i małym zwycięstwie, które nigdy nie miało miejsca na innej, bardziej wysublimowanej płaszczyźnie. Bruno machał ręką na Adama, aby się pospieszył, tak jakby wszyscy mieli się nagle rzucić, żeby usiąść obok niego.

- Stary wyluzuj, zawsze mogliśmy usiąść na trawie – zauważył Adam.

- Pieprzyć trawę, albo nie, jeszcze lepiej – wyciągnął z kieszeni pomiętego skręta (bieganie nie służy tak delikatnym rzeczom)  rozpalił i podał Adamowi – Masz, pal i nie myśl za wiele.

Adam wziął skręta od Bruna i zaciągnął się solidnie. Po drapaniu w gardle i iskierkach, które widoczne były przy rozpalaniu chłopak zwątpił, aby zapewnienia współlokator o tym, że „Czarny na pewno sprzedaje nam super naturę” były prawdziwe. No, ale dym to dym i jak na razie nie trzeba się martwić o zdrowie, pomyślał Adam. Nastała kontemplacja ciszy, a rytuał kultywowany przez najstarsze plemiona, przeniesiony teraz w ostoję miejskiej dżungli, trwał w najlepsze. Chłopak przejechał ręką po desce ławki, która znajdowała się między jego nogami. Wyczuł, że jakiś niedoszły rzeźbiarz miał coś do przekazania. Spojrzał na ławkę i odczytał na głos:

- „Nie ma róży bez kolców”

- Adam, mianuje cię poetą roku – powiedział Bruno zmęczonym głosem – do prawdy, słyszę tak piękne słowa pierwszy raz w życiu.

- To nie ja napisałem klucho – odwarknął Adam i pogrążył się w płytkiej zadumie.

Kiedy tak siedzieli i palili popijając tanie piwo, przed nimi pojawiły się dwie osoby. I to nie byle jakie, bo dziewczyny z pierwszego roku – obiekty słabości i fantazji erotycznych Bruna. Pierwsza z nich, wysoka blondynka z krótszymi włosami i kolczykiem w nosie, miała na sobie krótkie szorty ukazujące wystające kieszenie i podkoszulek na ramiączka z napisem „Guns’n’Roses” widniejącym nad jednym z obrazków z któregoś albumu zespołu. Obok niej zmaterializowała się długowłosa brunetka średniego wzrostu  w dżinsach i flanelowej koszuli zawiązanej na wysokości piersi. Adam dostrzegł, że dziewczynie z blond włosami przez duże wycięcia na rękawy widać czerwony koronkowy stanik. Brunetka nie nosiłą go wcale. Bruno z miną w stylu „o kurwa” spojrzał na Adama, który pomimo niespodziewanej sytuacji pojawienia się tych współczesnych nimf pozostał niewzruszony.

- Cześć chłopaki – zaczęła dziarsko blondynka –  Siedziałyśmy obok i doleciał do nas przyjemny zapach i zastanawiałyśmy się, czy nie macie może w nadmiarze jakiegoś zielska, bo nasz dostawca się wykruszył, a razem z Nat chciałybyśmy coś zorganizować na wieczór.

- Yyy, tak pewnie mamy, ale jak na razie tylko dla siebie – zaczął niepewnie i niezgrabnie Bruno, którego czerwone oczy nie byłyby przekonywujące nawet dla żuli spod pomnika Zwycięzców – Ale jeżeli powiecie, gdzie idziecie wieczorem, to razem z Adamem na pewno coś zorganizujemy.

- Co za skończony idiota – pomyślał Adam i patrzył jak uśmiech dziewczyn trochę osłabł – Bruno daj koleżankom skręta, a jak się im spodoba to niech do Ciebie zadzwonią, czy ty do końca straciłeś rozum i nie wiesz, że takich spraw nie załatwia się w parku? – Powiedział Adam starając się naprawić atmosferę.

- O, to dobry pomysł – przemówiła brunetka – to daj mi swój numer, puszczę ci dzwonka to jakoś się ustawimy – powiedziała dziewczyna we flaneli.

Uśmiech, który powstał na twarzy Nat, kiedy spojrzała na Adama mógł sugerować, że albo podziela jego pomysł, albo też lubi Korna (spojrzała na „jego” podkoszulek) albo uważa, że wieczór może skończyć się ciekawie, kiedy ich nagie ciała złączą się w najdziwniejszych pozycjach. Niestety dla wszystkich scenariuszy, Adam nie miał telefonu, bo rozwalił go o chodnik po jednej z nieudanych prób komunikacji z „nią”, zresztą ostatnio  i tak nikt do niego nie dzwonił.

- Zostawiłem w pokoju – skłamał – ale możesz wziąć numer od Bruna, tak będzie szybciej.

Bruno zaczął się pocić i robić czerwony. Nie wiadomo czy wywołane to było kontaktem z dziewczynami i perspektywą posiadania numeru jednej z nich, czy odwlekanym w czasie rezultatem wysiłku fizycznego połączonego ze sporym skrętem, którego wypalili kilka minut temu.

- W porządku niech będzie – powiedziała brunetka z drobnym rozczarowaniem w głosie, po czym podyktowała swój numer telefonu. Bruno wyciągnął z kieszeni dwa mocno pogniecione skręty i dał blondynce, po czym zadzwonił na podany numer. Po kilku sekundach telefon dziewczyny zaczął wygrywać „Tainted love” Merlina Mansona.

– Dobra mam, będziemy dzwonić za jakiś czas, a tymczasem idziemy się przejść. Choć Kaja – powiedziała do blondynki, po czym bez słowa oddaliły się i zniknęły Adamowi i Brunowi z pola widzenia.

- O kurwa, ale laski – wysapałł Bruno cały czerwony na twarzy, nie mogąc uwierzyć, że nie dość, że ma numer takiej dziewczyny, to jeszcze ma ona w telefonie ustawiony na dzwonek utwór Mansona.

- Stary spokojnie, bo padniesz na zawał po tylu emocjach. A po drugie nie napalaj się tak, chciały od ciebie tylko trawę, a nie żebyś im wylizał cycki albo tyłek – skwitował chłodno Adam.

- Nie pierdol, widziałem jak się na nas patrzyły! Zresztą w taki piątek trzeba coś wymyślić – powiedział i podał Adamowi kolejną puszkę mocnego.

- No to coś wymyśl, ja nie za bardzo mam ochotę na cokolwiek.

Gdy tak siedzieli i rozmawiali sącząc kolejne piwo, nie zauważyli, że wokół nich liczba osób korzystających z ładnej pogody zmniejszyła się a dźwięki parkowej popijawy dziwnie ucichły. Tak jak niespodziewanie zjawiły się dziewczyny, tak samo nieoczekiwanie przed nimi pojawił się dwuosobowy patrol policji.

Zanim padły słowa, „Dzień dobry, policja” Bruno wystrzelił jak z procy i pognał w stronę środka parku. Wyglądało to niezwykle śmiesznie, tak jakby zmusić Bukę z „Muminków” do biegu. Adam siedział jeszcze przez ułamek sekundy z rozdziawioną gębą nie do końca rozumiejąc co się dzieje. Kątem oka spojrzał na równie zdziwione miny dwójki policjantów odprowadzających wzrokiem Bruna, którzy stanowić mogli przykład tego jak ma wyglądać funkcjonariusz – no wiecie, taka kwadratowa twarz bez zarostu, wielkie okulary przeciwsłoneczne  i wypastowane buty, idealny mundur itd.

 – Idiota zapomniał, że oddał wszystko dziewczynom – pomyślał na szybko Adam – ale ja nie zamierzam dostać mandatu od tych świń.

Chłopak, zanim policjanci zdążyli odwrócić się do niego po tym Bruno wykonał sprint bizona,  przeskoczył przez oparcie ławki i najszybciej jak mógł pobiegł w stronę przeciwną do tej, którą obrał jego kumpel.

- Gonimy ich? – policjant spytał się swojego partnera.

- Na łeb upadłeś? W taki upał znowu byłbym cały spocony, a w tych butach chujowo się biega. Daj spokój pewnie chłopaczki obsrały gacie, bo bały się, że im dowalimy za picie w miejscu publicznym i sprawdzimy kieszenie znajdując jednego skręta. O i jeszcze cztery puszki zostawili – zauważył policjant wyciągając pozostałości z wielopaku spod ławki i jakby nigdy nic przywłaszczając je sobie.

- No dobra, niech będzie zwijamy się do radiowozu, tylko szybko, bo nie chcę żeby ktokolwiek nas zobaczył z tymi browarami – powiedział pierwszy z funkcjonariuszy, po czym obaj oddalili się szybkim krokiem ku radiowozowi zaparkowanemu przed wejściem do parku.


Pomnik Zwycięzców

Ponieważ miał czas by być a nie być na czas.
Serj Tankian, „Businessman vs Homeless”

Bruno dobiegł do środka parku, gdzie znajdowała się zadaszona konstrukcja, która zapewne miała służyć jako schronienie dla wszystkich ludzi, którzy nie wiedzieli, że przebywanie wśród drzew, gdy pada nie jest dobrym pomysłem. Zziajany i czerwony na twarzy chłopak oparł się o jedną z belek stanowiącą podporę dachu.

- O kurwa, zaraz umrę – pomyślał, po czym odruchowo wyciągnął telefon, żeby zadzwonić do Adama, ale przypomniał sobie, że jego telefon jest już w niebie dla urządzeń mobilnych.

- Muszę się ogarnąć i sprawić, żeby końcówka dnia nie była tak popaprana, jak to teraz – taka myśl zaświtała w głowie chłopaka, po czym wykręcił on numer do znajomego drobnego dilera Majka. Majk widniał w telefonie pod nazwą „Marysia”. Nacisnął słuchawkę i po kilku sygnałach usłyszał głos:

- Siema grubasie!

- Majk wiesz przecież, że to wina genów i nic nie poradzę, że tak jest. Zresztą nieważne. Słuchaj, miałbyś może załatwić mi dwa piękne portrety na dziś? – Szyfr, którego używał Bruno był do prawdy komiczny, ale przynajmniej zrozumiały dla wtajemniczonego rozmówcy.

-Pewnie, że tak, wszystko dla mojego otyłego przyjaciela – powiedział ze sztuczną radością diler, po czym dodał metodycznie – za 20 minut przed pomnikiem.

Ciągły sygnał sugerował, że Bruno nie będzie miał już możliwości pertraktowania godziny, ani miejsca spotkania. Pomnik Zwycięzców, bo o nim mowa, znajdował się 20 minut drogi od parku, co oznaczało, że musiał już teraz ruszyć w drogę. Taki trening dla kogoś, kto nie przywykł do spieszenia się i pokonywania w krótkim czasie dużych dystansów, był dla Bruna metaforycznym ciosem b brzuch.

- Ja pierdolę, kurwa,  ja pierdolę – syczał Bruno wiedząc, że takie spacery nie do końca współgrają z jego zwyczajami i stylem życia. Ale przecież trzeba było pomóc tym dziewczynom, a takie jak one wymagają poświęceń.

- Może później uda mi się zmacać cycki tej brunetki, albo nawet coś więcej - tak całą sprawę tłumaczył sobie Bruno.

Adam zatrzymał się kilkanaście metrów przed drugim, mniej uczęszczanym wejściem do parku. Inaczej niż grubas, nie miał on najmniejszych problemów z ustabilizowaniem tętna i szybkości oddychania. Kiedyś grał w kosza i możliwe, że dzięki temu już mu tak zostało. No bo przecież to nie przez papierosy, które stanowiły w jego życiu rzecz „must have”. Adam wyciągnął z paczki Marlboro przedostatniego przyjaciela dni samotnych i już spokojnym krokiem ruszył w stronę wyjścia.

Przez jedną z bram przechodziły trzy osoby: dwie laski i jeden typ, który był o pół głowy niższy od nich, co wyglądało zabawnie. Tak jakby dwa białe klawisze od fortepianu szły z tym małym czarnym. Adam rozpoznał wszystkich bez chwili zastanowienia. Laski, dwie wylaszczone blondynki, kojarzył z imprez w akademiku i wiedział, że ich nogi mają w kolanach coś jakby magnesy o takich samych biegunach i rozchylają nogi częściej niż je łączą, bo ciągle słyszał, że ktoś z jego znajomych je przeleciał. Z kolei tym niskim chłopaczkiem by nie kto inny jak Majk, który ubrany w obwisłe spodnie, przyduży podkoszulek z logo jakiejś hip-hopowej firmy i czapką odwróconą daszkiem do tył, był chyba najbardziej rozpoznawalnym dilerem w mieście. A to na pewno nie była dobra cecha.

- O proszę! Kogo ja tu widzę – zaczął wesoło Majk, gdy tylko zobaczył Adama, a dwie blondyny z którymi szedł przyjęły filmowe pozy, tak jakby ktoś miałby im zrobić jakieś wstępne zdjęcie do jakiegoś pornomagazynu.

 - Co ty Adam, przejąłeś stylówę od Bruna, bo widzę, że ten rozciągnięty podkoszulek z jakimś szatanem to chyba nie twój – powiedział rozbawiony chłopak lustrując mocno sfatygowany strój Adama.

- Siema Majk, co tam słychać – Adam zaciągnął się petem i zmienił temat – uważaj na psiarnię, bo kręcą się tutaj i nie wygląda to najlepiej, a ty zawsze masz coś po kieszeniach.

- Pewnie, że mam, ale nie po kieszeniach – powiedział diler puszczając oko Adamowi – a właśnie, twoje grube alter ego dzwoniło do mnie i prosiło o pomoc, więc jak chcesz to zawijaj tyłek z nami i choć w stronę Zwycięzców, tam jest spokojnie, nawet pomimo obecności żuli.

Adam i tak nie miał nic lepszego do roboty, więc razem z drobnym przestępcą i jego dwoma lachonami udali się szybkim krokiem przez park w stronę wspominanego miejsca. Trzeba zaznaczyć, że pomnik Zwycięzców znajdował się w mniej ciekawej części miasta i okupowały go grupy meneli sączących ostentacyjnie rozpacz w płynie i palących znalezione niedopałki.

Kiedy doszli pod wskazane miejsce chodnikiem, w którym co druga płyta była nieznośnie popękana, Adam i Majk od razu zauważyli, że coś jest nie tak, bo kilka kroków od grupy kloszardów ubranych na niezmienną cebulkę (albo na pora) stał grubszy chłopak wlepiający wzrok w punkt inny niż krajobraz zmarnowanych możliwości życiowych. Na widok zbliżającego się Majka, Adama i blondyn, które krzywiły swoje silnie wymejkapowane twarze na widok bywalców pomnika, Bruno zerwał się z miejsca i wyszedł im naprzeciw.

- Dzięki bogu, że się spotkaliście i dobrze, że w ogóle jesteście – powiedział Bruno poddenerwowanym głosem – jakaś menelica chciała mi obciągnąć za paczkę fajek.

- Szkoda, że nie palisz – zażartował Majk, a dziewczyny, które trzymały się blisko niego wybuchły wymuszonym, piskliwym śmiechem – no ale do rzeczy, masz kasę?

- Ja płacę – powiedział Adam, przypominając sobie, że jego gruby kolega stawiał wcześniej.

- Dobra, mi wszystko jedno, byle się zgadzał pieniądz – powiedział Majk wyjmując z gaci dwie zwinięte kulki (Adam zawsze zastanawiał się ile takich zawiniątek może zmieścić się do bielizny, zanim zaczną się problemy z normalnym chodzeniem i obcieraniem fujary) – trzymaj i miłego wieczoru, a, i uważajcie bo możecie się po tym rozchorować. Jak coś to nigdy się nie poznaliśmy.

- Spoko, dzięki, pozdro – powiedział Bruno w wystudiowanym stylu.

Majk wraz z dwiema łatwymi laskami oddalił się od miejsca transakcji.

- Dobra, mamy wszystko, dzwonie do lasek i postaram się nas wkręcić gdziekolwiek. Kurwa zaraz się zrzygam – wysapał chłopak, kiedy jeden z meneli zwymiotował na swojego śpiącego kompana – spierdalamy stąd.

Może będzie ciężko w to uwierzyć, ale po dodzwonieniu się do Nat, nie dość, że Bruno załatwił miejscówkę na wieczór w pobliskim akademiku mózgowców, to jeszcze zorganizował podwózkę spod stacji benzynowej niedaleko pomnika. Po kilku minutach czekania i gapienia się w międzyczasie na co ładniejsze dziewczyny, które zalewały baki w samochodach swoich ojców, podjechało do nich starsze volvo, w którym Adam dostrzegł Kaję i Nat.

Usiedli z tył, a Bruno niepewnie zaczął rozmowę.

- Jesteśmy i mamy – rzekł z triumfem w głosie Bruno.

-Super – odparła matowo Nat, która siedziała na fotelu pasażera obok kierowcy – no to jedziemy do Gehenny, podobno dzisiaj jest tam jakaś popaprana noc picia. A i tak w ogóle to fajnie, że nam się udało ustawić z wami. To takie spontaniczne.

- Spontaniczne to by było, gdybym w tobie doszedł podczas seksu na przystanku – pomyślał lubieżnie Bruno, wlepiając tępo wzrok w brunetkę.

- Posiedzimy tam trochę, a później zobaczymy – dodała Nat odwracając wzrok od Bruna, którego spojrzenie było co najmniej krępujące.

- Jesteśmy na miejscu - zakomunikowała Kaja, po tym jak po kilku minutach zatrzymała samochód przed wysokim budynkiem zaprojektowanym w jakimś obezwładniająco komunistycznym stylu – Mam nadzieję, że wam się spodoba, tutaj zawsze jest ciekawie – powiedziała dziewczyna z uśmiechem, a Adam mógł przysiąc, że blondynka puściła mu oko.


Wszyscy wyszli z samochodu i stanęli przed miejscem, które wyglądało jak przedsionek do socrealistycznego raju. Adam zastanawiał się dlaczego ten dziwny akademik nosi nazwę „Gehenna”.

CDN.

Od autora:

To dość długie opowiadanie, które podzieliłem na kilka części. Postaram się za kilka dni wrzucić kolejną część. Pozostańmy razem drogi czytelniku.

niedziela, 9 lutego 2014

Niedziela taka piękna, że..

Niedziela taka piękna, że nie sposób o tym nie wspomnieć. Rozpuszczający się śnieg i wszystko co wychodzi, a miało być ukryte pod kopułą zimowego zapomnienia. Śmieci i psie kupy, największy i najbardziej prozaiczny wyraz ludzkiej ignorancji. Strapienie miast, gdzie na chodnikach jest coraz mniej mniej miejsca dla ludzi przez zaparkowane samochody i coraz mniej miejsca do chodzenia przez walające się śmieci i zwierzęce odchody, których dumni właściciele nie raczyli posprzątać. A media huczą od Soczi, której nie zamierzam oglądać nawet przez chwilę, bo wiem co kryje się za pięknymi występami i obiektami, które powstały "z niczego" na pustkowiu. Więcej ciekawych informacji na temat zimowego szaleństwa (dosłownie!) tutaj.




Obraz, który przedstawiłem na początku kształtuje się w Polsce, kraju, który aspiruje do bycia państwem środkowoeuropejskim. Niestety i na szczęście, wiele rzeczy będzie zweryfikowanych podczas majowych wyborów do Parlamentu Europejskiego, w których zapewne przez niski poziom poinformowania znowu będzie brała udział garstka Polaków. To będzie taki test, czy potrafimy wystawić solidną reprezentację do struktur międzynarodowych. To istotny sprawdzian, bo brunatna hydra (choć myśleliśmy, że od dawna nie żyje) znowu pokazuje swoje głowy, które gryzą wszystkich, którzy jej nie głaszczą. No i PiS w sondażach preferencji wyborczych jest na samej górze. Bardzo złe wiadomości.

No i także nie najlepiej jest jeżeli spojrzymy w sferę mikro, tą dotyczącą nas samych. Z radia dowiaduje się, że można być zawodowym blogerem i zarabiać powyżej średniej krajowej pisząc i pisząc w sferze cyfrowej. Bloger natomiast, to taki wirtualny charakter, który tworzy wirtualną sztukę. Znowu przechodzą mnie ciarki, jak tylko pomyślę, ze mógłbym sprzedawać swoje teksty i myśli i robić to godzinowo 9-19 od poniedziałku do piątku. Nie w tym przecież rzecz, bo nikt mi za to nie płaci (i nie zapłaci), a każdy czyta lub nie czyta - w tej wersji nie ma miejsca dla mnie jako "pisacza" albo "blogera". No i oczywiście uwielbiam się spotykać z ludźmi, a wirtualność nie jest dla mnie jedyną płaszczyzną funkcjonowania.

Epoka cyfrowa niesie ze sobą wiele rozczarowań. Więcej czasu spędzamy patrząc w wyświetlacze tabletów i smartfonów niż w oczy bliskich oraz osób, na których nam zależy. Dasz wiarę drogi czytelniku? Jestem głęboko poruszony, bo pomimo tego, że zawsze mam swój telefon przy sobie, nigdy nie zamieniłbym patrzenia w oczy, zwierciadło duszy, na wlepianie wzroku w aplikację na smartfonie. To takie ciężkie do przyjęcia, ale coraz bardziej logiczne ze względu na zmiany w państwach rozwiniętych. Jak celnie stwierdził Erich Fromm: "Technicznie żyjemy w epoce atomowej, uczuciowo ciągle w epoce kamiennej".

Może brak technologii lub odcięcie się od niej na jakiś czas przybliżyłoby nas wszystkich? Tak jak w myśl zasady, że gdy nie ma prądu zwiększa się szansa na poprawienie sytuacji demograficznej. Z pośród natłoku informacji wiem jedno,  powinniśmy skupić się bardziej na innych. Łapać ich za ręce, pytać jak się czują, robić niespodzianki i sprawić, żeby się uśmiechali. To proste, nieprawdaż? Bądźmy spontaniczni, nawet gdy jesteśmy zmęczeni. Bądźmy szczęśliwi, nawet gdy nie ma czasu. No i ostatecznie walczmy o to w co wierzymy, nawet jeśli wszystko wydaje się być przeciwko nam.

środa, 5 lutego 2014

What's so funny 'bout peace love and understanding?

No i z zabiegania mój organizm powiedział "No!". Mam nadzieję, że w trakcie tych zmian pogodowych nie przytrafi mi się nic gorszego, bo będąc przeziębionym czuje się jak ptak zamknięty w klatce. 

No cóż, bywa. Abstrahując od mojego stanu zdrowia, zastanów się drogi czytelniku, co by było, gdyby zamiast strzelać do siebie i niszczyć miasta pełne bezbronnych cywilów, zwaśnione strony podałyby sobie ręce? Gdyby nie było państw, granic, piekła i nieba, a religie byłyby utożsamiane przez wszystkich z mitologią? Dokładnie tak, jak śpiewał John Lennon, i można oczywiście dodać: "You may say, I'm a dreamer but I'm not the only one. I hope some day you'll join us and the world will live as one". Wszystko jest możliwe, jeżeli tylko tego chcemy. Niestety w myśl realistycznej wizji stosunków międzynarodowych (oraz także międzyludzkich), na świecie panuje egoizm, a sojusze nawiązywane są tylko po to, aby uzyskać przewagę nad stroną trzecią. Chciałbym, żeby było inaczej, ale walka o surowce, ziemie i udowodnienie prymatu któregoś z bogów ciągle trwa i będzie trwać.
źródło: baltic-review.com

W Syrii, gdzie konflikt toczy się od 2011 roku zginęło już 130 tys. ludzi. To tak jakby wyparował cały Elbląg. I nie pomagają starania wielkich mocarstw, które w okrągłych słowach mówią o pokoju a przez swoje działania, chcą tak naprawdę zbić na Syrii swój kapitał i zrealizować interesy. Na nic zapewnienia o pozbyciu się broni chemicznej, reżim Baszara al-Asada zbiera krwawe żniwo, nie próżnują także rebelianci. 


źródło: thesleuthjournal.com
W Republice Środkowoafrykańskiej trwają walki na tle religijnym między muzułmanami a chrześcijanami. Hasłem przewodnim jest slogan "bić, gwałcić, mordować" a symbolem walk stała się maczeta. Na porządku dziennym są samosądy, denuncjacje i aresztowania. Francuzi (byli kolonizatorzy państwa), którzy wysłali swoje oddziały do Bangi, stolicy kraju, są bezradni i przyjmują postawę podobną do tej z lat dziewięćdziesiątych w wykonaniu oddziałów ONZ w Rwandzie.

I najbliżej nas, bo na Ukrainie, walki także trwają. Społeczeństwo sprzeciwia się władzy, która stosując represyjne metody działania szarga prawa człowieka i obywatela. Janukowycz ma zbyt wiele do stracenia, tak samo jak ludzie zebrani na Euromajdanie i w innych częściach Ukrainy. Impas będzie trwał, zobaczymy jak długo. Berkut i milicja ma dosłownie pełne ręce roboty, bo owe służby nie kryją się już z torturowaniem i używaniem przemocy bezpośredniej wobec demonstrantów. 


Moim marzeniem jest świat bez wojen i nienawiści, w którym ludzie się szanują, rozmawiają ze sobą i uczą się od siebie nawzajem. To bardzo idealistyczna wizja, ale kto wie, może kiedyś decydenci to zrozumieją.




poniedziałek, 3 lutego 2014

Schematy, które powielamy

Poniedziałek zaczął się z hukiem. Choć może powinienem przyzwyczaić się do takiego nawału obowiązków i jak Koreańczycy z Południa zacisnąć zęby i przyjmować wszystko z pokorą powtarzając hwaiting ("do boju"). No bo po zakończonym weekendzie, który napełnił mnie nieskończonym entuzjazmem i energią, jest jeszcze więcej do zrobienia. Postanowiłem sobie, że mogę spać krócej - a nawet nie zważając na senność zacząć pracę jak tylko wróciłem do domu. Postanowiłem także nigdy nie zaniedbać innych, a w szczególności osób na których mi zależy. Ważne jest przecież, aby słowa trafiały do ciebie drogi czytelniku. Aha, mam także nadzieję, że spodobał się "Kopciuszek Strong", bo była to taka mała odskocznia od tego, co przeważnie pojawia się na łamach tego bloga. Obiecuję, że jeszcze kiedyś zamieszczę jedną powieść.

Wracając do rzeczywistości. Coraz bardziej uświadamiam sobie sprawę z faktu, że niektóre zachowania mają wymiar globalny, a wzorce zachowań mogą być przenoszone między państwami, a nawet kontynentami. Nie zawsze z pozytywnym skutkiem. To dzieje się od setek lat. Tak było w przypadku przenikania się kultury Stanów Zjednoczonych z tradycją koreańską, a wszystko zaczęło się od chwili, kiedy Amerykanie znaleźli się na południu Półwyspu Koreańskiego ponad sześć dekad temu i samą obecnością wpływali na świadomość mieszkańców. Jeszcze wcześniej, a nawet dużo wcześniej, ci sami Amerykanie zrujnowali doszczętnie rdzenną kulturę mieszkańców kontynentu i zamknęli ich w rezerwatach, które z kolei stały się gettami pełnymi patologii przejętych od białego człowieka. Choć Amerykanie i tak nie byli najgorsi. Jeżeli spojrzymy na to, co Francisco Pizarro zrobił z państwem Inków uświadomimy sobie ogrom zniszczenia. Wystarczy wyobrazić sobie starcie czołgu ze średniowiecznym rycerzem. Tak właśnie "wielki odkrywca"  wraz z grupką ludzi dokonał najkrwawszego podboju w dziejach nowożytnych. Wszystko w imię boga, złota i srebra. 

Obecnie wzorce zachowań i kultury także się przeplatają i przenikają. Dzisiaj w jednej ze szkół w Moskwie nastolatek przyniósł do szkoły broń, zastrzelił nauczyciela od geografii i policjanta oraz zranił innego funkcjonariusza. Następnie młody gniewny wziął zakładników i pertraktował z policją. W Stanach Zjednoczonych takie zachowania są bardzo częste (sam cyklicznie o nich wspominam) i do prawdy nie mogę zrozumieć kretynów z National Rifle Association, którzy propagują posiadanie broni. Bo to zapisane w konstytucji, bo każdy powinien się bronić, bo to tradycja. Co za ogromna ślepota kieruje tymi ludźmi. Osobiście uważam, i zapewne znajdę wielu zwolenników w swoim rozumowaniu, posiadanie broni stwarza okazję do jej użycia, a kiedy już tak się stanie wątłe lub niestabilne umysły na całym świecie, które usłyszą taką informację zaczynają się zastanawiać "a co by było gdybym to ja pociągnął za spust". Pętla strachu, ot co.

Po raz kolejny kierując uwagę w stronę Rosji widzę u władz ogromny ból. Po pierwsze, utracona wielkość (mocarstwowość) odbija się czkawką, która ma zostać zatrzymana przez Igrzyska w Sochi, których organizacja pochłonęła jak na razie 50 mld USD. To połowa wydatków budżetu Rzeczypospolitej na rok 2014, najdroższe Igrzyska w historii. To taka implementacja imprezy zimowej w Rosji  - ma być przepych i niech świat to zobaczy. Do tego dokładamy fakt, że prezydent wykorzystuje maksymalnie wydarzenia, aby poprawić wizerunek państwa oraz swój własny, co wychodzi mu dość marnie. Po drugie, Putina kuje także fakt, że na Ukrainie ludność zbuntowała się przeciwko represyjnej władzy, wyszła na ulicę i za nic w świecie nie chce się poddać. Przecież w Rosji coś takiego by nie przeszło - pomyśli zapewne niejeden decydent w Moskwie. A co będzie jak Janukowycz odpuści? Wtedy Rosjanie stracą wpływy, a Ukraina może realnie stać się proeuropejska. Jak na razie walka trwa i to dosłownie, a do oderwania od wpływów rosyjskich daleko. Pisząc apel do władz Ukrainy z ramienia mojego stowarzyszenia i robiąc wywiad o wydarzeniach z Kijowa z moją koleżanką, dziennikarką z Interfaxu, mam nadzieję, że wśród ton ubrań rzeczy, sprzętu i leków od Polaków dla Ukraińców, także i ja dokładam swoją cegiełkę. Nigdy nie zgodzę się na władzę, której bronią jest strach i ucisk obywateli.

Mam na głowie kolejne zmartwienie, choć nie ciąży mi jeszcze tak bardzo (zobaczymy za niecałe dwa lata). Jarosław Kaczyński skończył swoją infantylną grę i pokazał wreszcie, że to nie prof. Gliński, tylko on chce być premierem. To najgorszy scenariusz, jaki mógłby się zrealizować, gorszy niż wszystkie błędy rządu Platformy Obywatelskiej i wypaczenia doby SLD. Wyobraź sobie tylko drogi czytelniku, co by było, gdyby ministrami byli ludzie z otoczenia wodza. Człowiek owładnięty chęcią rządzenia będzie obsadzał na stanowiskach wiernych mu wariatów. Macierewicz znalazłby miejsce w tym cyrku jak ulał. A w przypadku PiS należy dodać jeszcze nacjonalistyczno-katolicki wymiar tego przedstawienia. Aż strach się bać.

No i na koniec smutna wiadomość. Niestety. Philip Seymour Hoffman znany z wybitnych ról w filmach "25 godzina", "Capote", "Happiness" czy ostatnie "Igrzyska Śmierci" dnia wczorajszego dokonał żywotu. Niestety mój smutek jest o tyle wielki, bo jestem straszne wkurzony na Hoffmana. Aktor nie zginął w wypadku samochodowym, nie zastrzelił go wariat lub fan i ostatecznie nie umarł on ze starość - Seymour Hoffman wyćpał o jedną lub dwie dawki heroiny za dużo i umarł w wieku 46 lat w pokoju hotelowym ze strzykawką sterczącą z przedramienia. Taki wstyd panie Hoffman, taki wstyd. 


wtorek, 28 stycznia 2014

Kopciuszek Strong. Część III, ostatnia - maskarada

Róża próbowała wielu substancji, które w Metropolii uchodziły za wysoce nielegalne - od zwykłej trawy i haszyszu po bardziej wyrafinowane substancje takie, jak 4-AcO DMT czy kostki cukru nasączone wzmocnionym kwasem. Takie to już jest znojne życie zahukanej dziewczyny w Metropolii, której ulice, przy dobrych kontaktach i ładnej buźce, są w stanie zaoferować wszystko. Należy zaznaczyć, że pomimo doświadczenia w tych sprawach, to co dziewczyna znalazła w apteczce Macochy było jednak inne. Zupełnie bez smaku, zapachu czy chropowatości. Nie zadziałało też od razu, więc zapowiadała się długa noc.

Wejście do domu, a raczej małego pałacu, który zapewne nie został zakupiony z legalnie zarobionych pieniędzy, obstawione było ludźmi, tak jak ma to miejsce przy okazji dużych koncertów. Przy bramie, gdzie wielki łysy mężczyzna sprawdzał listę zaproszonych gości ustawiła się kolejka, którą stanowili Ci nie należący do najbliższego kręgu Prezydenta i Księcia. Dla tamtych zapewniono inną bramkę z wielkim napisem "VIP". Róża ustawiła się w pierwszej kolejce i w grupie jakiś wypacykowanych i wymuskanych młokosów i ich koleżanek spokojnie czekała na swoją kolej. Po chwili czekania w kolejce, doszło do pierwszego kontaktu między Różą a resztą osób, dla których dostanie się na taki bal było wydarzeniem równym boskiej iluminacji.

- Co taka laleczka robi sama przed taką imprezą? Może pójdziemy do środka razem i udasz, że jesteś moją dziewczyną? - zapytał elegancko ubrany mężczyzna, którego wyraz twarzy i ton, z którym się do niej zwracał kazał sądzić, że jest zwykłym imprezowym jebaką.

- Hmm, brzmi kusząco - powiedziała Róża, a na twarzy mężczyzny pojawił się mały uśmiech triumfu - ale niestety, po pierwsze nie dałbyś mi rady, a po drugie to chyba ktoś czeka na ciebie w domu albo wewnątrz.

Róża była bystrą dziewczyną i potrafiła zbywać facetów z taką łatwością, jak Slash gra gitarowe solo. Dlatego też facet wyglądał na zmieszanego, bo przypomniało mu się, że zapomniał zdjąć obrączkę, a jego czerwona od wstydu gęba dopięła dzieła zniszczenia i musiał wycofać się tyłem w dalszą część kolejki, ciągle zachowując na twarzy głupkowaty uśmiech.

Wreszcie przyszedł czas, aby skonfrontować się z wielkim łysolem przy bramie. Problem tkwił w tym, że zaproszenie Róży leżało podarte na kawałki gdzieś na dnie śmietnika w penthousie. Na szczęście, to co wzięła Róża nie zaczęło jeszcze działać, więc zachowując ostrość umysłu i wyrafinowanie, które wyniosła ze swojego chorego domu dało jej moc do działania. Poczuła się jak gepard, który jest w stanie walczyć z większym przeciwnikiem tylko po to, aby osiągnąć swój cel.

- Imię i nazwisko - powiedział matowym tonem bramkarz, który powinien urodzić się w średniowieczu i na arenie wraz z innymi gladiatorami walczyć ku uciesze publiczności.

- Słuchaj mnie uważnie - zaczęła ostrym tonem Róża - nie dość, że muszę stać w tej pieprzonej kolejce, bo wypadło mi zaproszenie do VIPów, to jeszcze podrywają mnie faceci, których mam ochotę rozszarpać i nie robię tego tylko i wyłącznie ze względu na to, że mogłabym ochlapać sobie moją suknię, więc bądź tak łaskawy i po prostu mnie kurwa wpuść!

Jeżeli za takie działania dostawało by się punkty, to na pewno Róża zgarnęłaby całą pulę. Świetnie odegrana rola rozpuszczonej diwy zadziałała na wielkoluda, który zapewne nie raz miał do czynienia z tego typu sytuacjami. Bramkarz wbił oczy w ziemie i gestem dłoni pokazał Róży, aby wchodziła. To na pewno było dla dziewczyny małe zwycięstwo, które stanowiło równocześnie pierwszy krok do "niezapomnianego wieczoru".

Kiedy wraz z innymi gośćmi Róża znalazła się we przestronnym foyer, dosłownie zaparło jej dech w kształtnych piersiach. Na marmurowej posadzce, której jaśniejsze elementy układały się w kształt skomplikowanej rozety stały amfory na żelaznych stelażach wypełnione wodą i płatkami aromatycznych kwiatów. Dalej w pomieszczeniu, pomiędzy parą półokrągłych schodów wyściełanych czerwonym dywanem, które prowadziły zapewne do sali balowej znajdował się posąg młodzieńca na koniu wykonany z brązu, a na suficie wisiał wielki kryształowy żyrandol, który swoim światłem tworzył złudzenie lśniącej podłogi i ścian. Róża sparaliżowana pięknem pomieszczenia mogłaby tak stać i gapić się na każdy drobny szczegół, który składał się na surowe piękno miejsca, w którym się znalazła. Tak by się w istocie stało, gdyby nie fakt, że było tam tyle ludzi, którzy chodzili w jedną i drugą stronę, rzucając jej czasami ukradkowe spojrzenia. Dziewczyna nie mogła więc w swojej pięknej sukni i z olśniewającym wyglądem sprawiać wrażenie dziewczynki w sklepie z lalkami, tj. kogoś, kto widzi taki przepych po raz pierwszy. Róża cieszyła się jednak niezmiernie z tego jak wyglądała (na ścianach znajdowały się wielkie lustra), bo w wersji "ogarniętej" nie przypominała już z makijażu Taylor Momsen, a jej piękna suknia przyciągała wzrok niejednego mężczyzny, a jak było to widoczne przed wejściem, nawet żonatego. 

Wśród ludzi zaproszonych przez Prezydenta i Księcia były bardzo różne postaci. Można było dostrzec grupki młodych osób, gdzie mężczyźni (a raczej chłopcy) ubrani byli w markowe polówki i spodnie w kant, a dziewczyny miały czerwone lub czarne krótkie sukienki, które więcej odkrywały niż zasłaniały. Byli też eleganccy panowie ze swoimi partnerkami wystrojonymi w boa i fryzurami, które były modne kilka dekad temu - to byli zapewne politycy od Prezydenta. W rogu stała też grupka podejrzanie wyglądających mężczyzn, którzy ubrani w przymałe marynarki i świecące mokasyny, wraz ze swoimi paniami do towarzystwa (było to widać od razu po ich "kreacjach") stanowili grupę gości, z którymi lepiej nie rozmawiać bez konkretnego powodu. Tych naprawdę szczególnych gości dało się poznać po tym, że swobodnie przechodzili z jednej grupki do drugiej i z uśmiechem na ustach podejmowali jakiś wątek. Oni w tej całej maskaradzie byli najbardziej wpływowi - należeli do wewnętrznego kręgu.

Róża po skosztowaniu szampana, który podał jej idealny kelner, udała się schodami na piętro, gdzie znajdowała się sala balowa. To przestronne pomieszczenie było już prawie całkiem zapchane, dziesiątki ludzi na parkiecie w rytm muzyki wiły się niczym węże w okresie godowym, a wszystkie podziały, które tak bardzo widoczne były na dole tutaj wydawały się znikać. Dziewczyna postanowiła jednak, że w jej butach na wysokim obcasie ciężko będzie tańczyć, więc usiadła przy jednym ze stołów dosuniętych do ścian pomieszczenia. Nie wiadomo czy katalizatorem dla magicznej tabletki była muzyka czy szampan, który wcześniej wypiła, ale się zaczęło. I to na poważnie.

Dobrym słowem do ujęcia efektu pigułki będzie "nagle", bo właśnie w taki sposób piękna sala zaczęła zmieniać się w dżunglę. Tańczący ludzie zamarli w bezruchu i wrośli w ziemię, zamieniając się w drzewa, a ich ręce były jak gałęzie, które kołyszą się wraz z wiatrem. Wszyscy niesieni to dźwiękiem, to wyciem zwierzęcia, a może potwora, o którym nigdy się nie wspomina. Muzyka płynąca z głośników rozstawionych w sali zamieniła się w szum drzew i puszczy. W zielonych oczach Róży tęczówki wydawały się powiększyć, sprawiając, że jej spojrzenie stało się wielce hipnotyczne, tak samo wciągające jak to, co odczuwała obecnie dziewczyna.

Przez jej rozpalone policzki przebiegł dreszcz podniecenia, a ona sama miała coraz większy problem, żeby usiedzieć w miejscu. Puszcza ją wołała. Te wszystkie kuszące drzewa, które teraz wiły się w jakimś magicznym rytmie zdawały się wytwarzać niesamowitą aurę, która sprawiała, że Róża czuła się dobrze. Wstała z krzesła i niepewnym krokiem ruszyła w gęstwinę. Narkotyk trzymał mocno i intensywnie. Dziewczyna wchodząc do puszczy, którą wytworzył jej umysł, czuła że dosłownie czuje zapach drzew, doświadcza powiewu leniwego wiatru i co jakiś czas widzi małe zwierzęta, które przemykają między konarami drzew. I te niesamowite, wielobarwne ptaki, które od większego hałasu zrywały się do lotu trzepocąc swoimi tęczowymi skrzydłami. Róża wkroczyła do magicznego lasu.

Drzewa były bardzo blisko niej, pnącza wiły się wokół jej tali, a piersi co jakiś czas muskała niejedna gałąź. Dziewczyna wraz z innymi drzewami zaczęła poruszać się w rytm szumu, intensywnie czując nieopisany, ale piękny zapach, wiedząc co czują inne drzewa, dostrzegając ich nieodkrytą dotąd głębię. Tuż pod korą. Czas mijał, a raczej tak jej się zdawało, bo po pierwsze, ten wymiar utracił swoją policzalność, a po drugie, nie miała zegarka, który zapewne przy tak mocnych wizjach i tak by nie spełnił swojej funkcji. Kiedy tak Róża wiła się wokół drzew jej oczom ukazał się wysoki modrzew o pięknej korze i rozłożystych gałęziach. Pląsając w rytm muzyki podeszła do niego i zaczęła wraz z nim dziwny taniec, który pomimo skomplikowanych ruchów wydawał się doprowadzać do idealnego współgrania w całym zgiełku. Ona, jak nimfa, i modrzew stanowili idealną harmonię, której nie mogło nic zakłócić. 

Nagle mały prześwit, jakby promienie słońca przebijające się przez koronę drzew. Wszystko zwolniło, a szum lasu zaczął powoli zmieniać się w dudniąca muzykę. Na miejscu falującej puszczy zaczęli pojawiać się tańczący ludzie. Jednak największym zaskoczeniem był modrzew, który zyskał czarne skórzane buty, ciemnografitowe spodnie, białą koszulę zakrytą ciemną marynarką i twarz. I to nie byle jaką twarz, bo szeroko otwartym oczom Róży (które po tabletce zdawały się być jeszcze większe) okazało się uśmiechnięte oblicze Księcia. Jakaś nieznana moc powstrzymała Różę od płaczu, omdlenia i krzyku, a jedyne co wyszeptała drżącym głosem brzmiało:

- Bardzo przepraszam, muszę na sekundkę usiąść, bo strasznie się zmęczyłam.

- Pewnie - odpowiedział Książę dziarskim tonem - nie dziwi mnie to ani trochę, bo tańczyliśmy dość, hmm, intensywnie przez jakieś półtorej godziny. Pójdę z tobą, bo też jestem zmęczony.

To chyba najgorsze i najlepsze zarazem co mogło przytrafić się dziewczynie. Książę, będący gwiazdą wieczoru i jednym z najprzystojniejszych facetów w mieście tańczył z nią przez półtorej godziny i do tego chciał z nią usiąść. Z drugiej strony, Róża zaczynała powolutku odczuwać skutki intensywnego działania pigułki, którą przyjęła kilka godzin temu. Wszystko zdawało się na przemian zwalniać i przyspieszać, a w jej głowie zapanował prawdziwy mętlik. Z trudem przeciskała się przez tłum ludzi, aby usiąść przy stole. Obok niej usiadł zmęczony tańcem, ale ciągle uśmiechnięty Książę.

- Powiedz mi proszę jak się nazywasz, bo chętnie poznam imię tak uroczej dziewczyny z którą przetańczyłbym całą noc - powiedział Książę tonąc w zielonych oczach Róży.

- Yyy, mam na imię... - zaczęła niepewnie Róża, ale nie dość, że wszystko w jej głowie zdawało się toczyć wewnętrzną walkę, to do ich krzeseł przybyła grupka ludzi, na której czele stał sam Prezydent.
  
- O! Tutaj jesteś młody - powiedział tubalnym głosem jowialny mężczyzna  - zostaw na chwile romanse z tą uroczą dziewczyną i przejdź się ze mną, mam Ci parę parę słów do powiedzenia odnośnie Szeryfa. 

Prezydent kiwnął głową na stojącego za nim mężczyznę, którego Róża kojarzyła z foyer (był to jeden z członków grupy w mokasynach). Ton głosu gospodarza sugerował, że jemu się nie odmawia, a dodatkowym argumentem dla Księcia było chwycenie za ramię i delikatne pociągnięcie w kierunku, w którym mieli się udać. Przystojniak nie miał wyboru, musiał wstać i pójść z ojcem. Popatrzył jeszcze raz w oczy dziewczynie, a jego spojrzenie mówiło coś w stylu "przepraszam" albo "jeszcze się spotkamy".

Zejście Róży nasiliło się do tego stopnia, że nie mogła nawet siedzieć. Szybkim lecz chwiejnym krokiem udała się do do jednej z łazienek na parterze, bo do tych na piętrze przy sali balowej ustawiła się długa kolejka. Kiedy wpadła do jednej z nich zauważyła, że niektórzy z grupki gogusiów, których spotkała na początku, wraz z ogromnym ochroniarzem, z którym także miała do czynienia, wciągają długie białe kreski z luster usytuowanych niedaleko zlewów. Obok nich stały ekskluzywne dziwki, które z tępym wzrokiem chichotały patrząc się na swoje odbicia w ogromnym lustrze. Róża minęła ich i otworzyła pierwsze drzwi do kabiny. Spotkała ją mała niespodzianka, bo w środku mężczyzna z obrączką, którego spotkała na zewnątrz, czerwony na gębie posuwał od tył jakąś młodą blondynę.

- Czy to toaleta koedukacyjna? - spytała się Róża z obłędem w głosie - wypierdalać albo do końca życia będziecie mieli problemy z moim facetem - skłamała dziewczyna, wskazując podbródkiem na wielkoluda z bramki.

Koleś z obrączką mocno spanikował, bo nawet nie zdążył dobrze podciągnąć spodni, a już go nie było. Z kolei niska i szczupła blondynka, która chwilę wcześniej jęczała z rozkoszy, miała teraz oczy pełne łez, a na obraz jej nieszczęścia składały się także potargane włosy, rozmazany makijaż i majtki na wysokości kostek.

- Nic się nie martw, jutro będzie ... na pewno jakoś inaczej - wymamrotała Róża, nie wiedząc co ma powiedzieć tej głupiej lasce, po czym wypchnęła ją na zewnątrz i wyrzuciła z siebie całą zawartość żołądka. Dwa razy.

Ta tabletka była niesłychanie męcząca, zarówno w trakcie jej działania, jak i zaraz po nim. Róża ledwo wyszła z ubikacji mijając grupkę, która leczyła katar i chwiejnym krokiem przez rozległe foyer udałą się do wyjścia. Cały bal przybrał trochę innego oblicza niż zapamiętała na początku. Teraz już wszyscy zdawali się być albo pijani albo po wizycie w toalecie. Dziwki, które przyszły z mafiozami siedziały na kolanach pijanych polityków, w amforach rozstawionych na parterze zamiast aromatycznej wody, już nie tak idealni kelnerzy dolewali szampana, a gogusie i ich dziewczyny czerpali z naczyń swoimi kieliszkami. Na na czerwonym dywanie położonym na schodach odbywały się gorące dyskusje mężczyzn i kobiet, którzy tam siedzieli. Róży zaczęło brakować powietrza, więc przeciskając się przez czerwone i spocone gęby oraz potargane suknie dotarła przez podwórze do bramy, zmęczona jak nigdy dotąd. Ostatkiem sił machnęła ręką na taksówkę. Dalej już nic nie pamięta.

Co prawda obudziła się w swoim okropnym pokoju, ale nie czuła się ani trochę sobą. Jej ciało pękało ze zmęczenia, głowa paliła bólem, a w ustach panował klimat pustynny. Sukienka, która jeszcze wczoraj wyglądała olśniewająco dzisiaj była poplamiona jej wymiocinami i potargana, a buty nie miały obcasów.

- Party hard - pomyślała Róża, po czym jak młot kowalski uderzyła ją inna myśl - Kurwa mać! Torebka!

Zgadza się, nie miała swojej modnej kopertówki, w której była druga pigułka i karta kredytowa Macochy. Nie było to jednak zbyt wielkim problemem, do czasu kiedy wyrafinowana kobieta zorientuje się, że na jej koncie nie ma kilku tysięcy lub nie zacznie szukać karty kredytowej, którą celowo ukryła w szafce na leki. Róża była zbyt zmęczona, aby o tym wszystkim myśleć, więc nie zdejmując mocno dotkniętej ostatnim wieczorem sukni legła na łóżku, słysząc chrapanie zarówno dwóch przyrodnich sióstr, jak i Macochy. Zapewne wróciły z balu po niej o czym świadczyły niewytarte rzygi przed pokojem Ann i rozbita butelka po szampanie na samym środku salonu.

Z drugiej drzemki zarówno Różę, jak i pozostałe kobiety wybudził dźwięk dzwonka do drzwi. Róża pomyślała, że to jakiś kurier przyszedł z paczką do tych idiotek. Dzwonek zadzwonił ponownie. Wreszcie za trzecim razem usłyszała kroki matki, która powoli doczłapała się do drzwi.

- O mój boże! - na całe mieszkanie huknął zachrypnięty po wczorajszym piciu głos Macochy, który Róża mogła słyszeć przez drzwi swojego pokoju.

- Chciałbym znaleźć właścicielkę tej torebki i karty kredytowej, dzięki której tutaj trafiłem - powiedział głos, który Róża bardzo dobrze kojarzyła. To był głos Księcia.

Nagle przy drzwiach w piżamach pojawiły się Ann i Nicky, a ich szczęki prawie opadły na ziemię na widok eleganckiego gościa. Dziewczyny zaniemówiły i zupełnie nie wiedziały co powiedzieć.

- Wczoraj trochę wypiłem, ale nie przypominam sobie, żebym tańczył z którąś z was - powiedział Książę najdelikatniej jak mógł mierząc wzrokiem dziewczyny - Czy mieszka tu ktoś inny?

- To moja torebka - powiedziała cicho Róża wychylając się ze swojego pokoju - ale karta należy do niej powiedziała wskazując na Macochę, której twarz zrobiła się czerwona, a żyła na szyi ponownie pulsowała w szaleńczym rytmie.

- Pewnie, że Twoja, nigdy bym nie zapomniał tych oczu. Wkładaj coś na siebie i choć - powiedział Książę z wyrazem rozbawienia na twarzy, gdy popatrzył na to, co zostało z pięknej kreacji Róży.

Dziewczyna złapała ze sobą kilka rzeczy, wcisnęła je do starej torby, którą "dostała" od Ann i bez słowa wyszła z mieszkania, widząc tylko kątem oka nieskończone zdziwienie na twarzach trzech kobiet, z którymi przez tyle lat musiała mieszkać w okropnych warunkach. Kiedy opuszczali osiedle, gdzie znajdował się penthouse dziewczyna powiedziała:

- Mam na imię Róża, powiedz mi proszę jak mnie znalazłeś i czego tak właściwie ode mnie chcesz.

- Mam bardzo dobrą pamięć do szczegółów i osób - powiedział spokojnie Książę - kiedy tańczyliśmy trzymałaś tą torebkę kurczowo przy sobie, a później, kiedy wróciłem z rozmowy z ojcem, żeby z Tobą porozmawiać została tylko ta kopertówka. Nie zapomnę też twoich oczu, takich zielonych studni się nie zapomina.

- I co teraz? - spytała zmieszana Róża.

- Chciałbym, żebyś pojechała ze mną do Odległych Krain, gdzie ojciec załatwił mi pracę. Będzie mi potrzebny ktoś kto zna się na chemii, bo to spory koncern farmaceutyczny. Pogrzebałem w Internecie i wiem, że jesteś w tym dobra. Co ty na to?

- Pewnie, że tak! - prawie krzyknęła Róża, która wiedziała, że nie mogło spotkać ją nic lepszego w perspektywie nieskończonego gniewu ze strony całej jej "rodziny".

- Świetnie, no to zapraszam do samochodu - powiedział Książę wskazując podbródkiem na wysłużonego mercedesa, którego, jak później dowiedziała się Róża, mężczyzna darzył sentymentalną sympatią. 

- A i jeszcze jedno pytanie - powiedział książę otwierając drzwi do samochodu przed Różą - co to za dziwna tabletka w Twojej torebce?

- Sam się przekonasz, gdy już będziemy w Odległych Krainach - powiedziała Róża.

Książę wsiadł do samochodu i odjechali. W tym momencie kończy się historia Róży, jej przyrodnich sióstr, Macochy, Prezydenta, Księcia i całej Metropolii. Czy Róża i Książę żyli długo i szczęśliwie? Zapewne tak, choć kiedy kończyły im się zapasy w domowej "apteczce" bywało nerwowo. No, ale oczywiście żyli oni szczęśliwie!


KONIEC