Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

wtorek, 18 lutego 2014

Bierz ją! - część II

Raj utracony

Nie jesteś samochodem który prowadzisz,
Nie jesteś zawartością swojego portfela,
Jesteś tylko roztańczonym pyłem tego świata.
Tyler Durden, Fight Club

Kiedy wchodzili po krótkich schodach prowadzących na parter, gdzie dziewczyny zapewniły dozorcę, że Adam i Bruno są od nich, minęli kilka osób, które wcale nie wyglądały na kujonów. Zdradzał ich styl i sposób w jaki patrzyli na innych. Bo trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że Gehenna uchodziła za akademik dla osób, które nauce poświęciły całe życie i chcąc nie chcąc, większość z nich wyróżniała się swoim wyglądem zewnętrznym. Choć z tego co słyszał Bruno i przekazał wcześniej Adamowi, pomimo kujońskiej reputacji miejsca, poziom rozpusty i pijaństwa przechodził tu najśmielsze pojęcie - nawet u wytrwałych bywalców imprez.

Sam budynek akademika wyglądał przytłaczająco i przygnębiająco, tak jak wyglądać mogą wielkie budowle, które od dawna nie były odnawiane i remontowane. Z zewnątrz Gehenna przypominała gmach jakiegoś wielkiego ministerstwa, które w innych czasach miało pokazywać obywatelom, kto tu rządzi. Nie lepiej było w środku, straszące minioną epoką ściany wciąż były pokryte brudnożółtą farbą, która mogła zostać naniesiona całe dekady temu. Z koli przedsionek przypominał jakiś smutny urząd, a przez większość drzwi w czasach świetności budynku przechodzili zapewne ludzie, którzy już od wielu lat obserwują żyjących z góry, albo z dołu. Ot, taka stylizacja jak u sekretarza partii. Do klimatu architekturalnej przeszłości nie pasowała jednak muzyka, która niosła się z położonej głębiej budynku sali. Bo ciężko, żeby „Get Lucky” Daft Punka pasował do tak starego i pełnego wspomnień miejsca.

- Może i jest tu trochę smętnie - zaczęła Kaja - ale ludzie są świetni, nawet jeżeli większość z nich przez swoje „naukowe pasje” nic nie przeleci do trzydziestki.

Adam spojrzał na Bruna, który odprowadzał wzrokiem jakąś dziewczynę wyglądającą na świeży rocznik, która właśnie przeszła między nimi. Nie do końca przypadkowo, jak mniemał Adam.

- O stary, widzę, że nieźle dzisiaj narozrabiamy - powiedział Bruno rozochoconym głosem – mam nadzieję, że nasze ubrania nie będą przeszkadzały w wyrwaniu jakiś niezbyt rozgarniętych typiar.

- O kurwa - powiedział zaskoczony Adam.

- Co się stało? - spytała się idąca obok niego Nat

- Nie, nic, nic. Zapomniałem, że nie zdążyliśmy kupić jakichkolwiek procentów - skłamał chłopak.

Tak naprawdę przed chwilą Bruno uświadomił ich obu, że przyszli na jakąś dobrze rokującą imprezę w ciuchach, które mogłyby być modne w epoce grunge’u, kiedy Cobain i  Staley narzucali trendy modowe. A teraz obaj przypominali niedopasowany element układanki - obaj w spranych podkoszulkach zespołów, których zapewne nie każdy tu kojarzył, Adam w wysłużonych jeansach i trampkach, a Bruno w bawełnianych dresach i starych najkach. Szczyt ulicznej elegancji lat dziewięćdziesiątych.

- Po prostu świetnie, ja pierdolę – pomyślał gorzko Adam – No, ale teraz już za późno na jakiekolwiek przebieranki, zresztą kogo to obchodzi i od kiedy mnie to zaczęło obchodzić? - Pomyślał chłopak, a wrażenie o niedopasowaniu stroju uleciało z jego głowy tak szybko, jak tam się znalazło.

- Co do alkoholu, to nie macie się o co martwić - powiedziała Nat wytrącając Adama z rozmyślań i nawiązując do jego kłamstwa - zresztą chodźcie, coś wam pokaże.

Czwórka weszła do sali, w której znajdowało się sporo ludzi. Nie ma się zresztą co dziwić, bo już dawno było po jedenastej, a akademicka brać alkoholowa nie znosi próżni działań. W pomieszczeniu, które z powodzeniem mógł robić za zakładową stołówkę (a może w kiedyś w istocie nią było?)  nie było jednak stołów, ani krzeseł. Po rogach Sali stały tylko powycierane kanapy, na których siedzieli ludzie w większości zdecydowanie nie pasujący do kanonu kujonów. Przeciętniaki rozmawiali przy drinkach z jakimiś dziewczynami, które z tępym entuzjazmem energicznie im przytakiwały. Inna grupa już bawiła się w alkochińczyka śmiejąc się głośno przy dużej ilości butelek i toastów, jeszcze inni przy drinkach rozmawiali zażarcie na temat studiowania kierunków ścisłych. Było jeszcze kilka osób tańczących na środku sali, ale ze względu na porę (albo zbyt małą ilość spożytych dotąd trunków) nie było tłoku, więc można było spokojnie przebyć salę wzdłuż i wszerz.

Nat zaprowadziła wszystkich do grupki osób, które stały w jednym z rogów sali-stołówki.

- To moi znajomi, niektórzy z wydziału, niektórzy to bliscy kumple - powiedziała dziewczyna i czekała na dobrze znany wszystkim moment, w którym wrodzony instynkt każe zacząć się przedstawiać.

- Cześć - powiedział Adam, po czym wraz z Brunem zaczął się witać ze wszystkim po kolei, a wyglądało to mniej więcej tak:

Adam, Monika, Bruno (wytarł spoconą rękę o podkoszulek), Monika, Adam, Marcel, Bruno, Marcel, Adam, Emi, Bruno, Emi, Adam, Chudy, Bruno, Chudy, Adam, Paula, Bruno, Paula, Adam, Diana (- co za durne imię - pomyślał Bruno),  Bruno, Diana. I tak dalej, bo trzeba wspomnieć, że osób zgromadzonych w tamtym miejscu było całkiem sporo. Wszyscy zupełnie im nieznani.

Bruno odwrócił się do Adama ze zmarnowana miną i gdy inni zajęli się swoim towarzystwem szepnął:
- Kurwa, po co to robimy? Przecież nikogo nie zapamiętam, no może z wyjątkiem Diany - zarechotał na wspomnienie tego imienia.

Adam zignorował uwagę grubszego kolegi i zauważył, że sporo osób gromadzi się przy miejscu, gdzie na podłodze stały jakby dwie duże lodówki. Podszedł bliżej i stwierdził, że w rzeczywistości były to lodówki, takie jak w sklepach, z tym, że nie było w środku ani lodu ani mrożonek.

- … pigwówka, pieprzówka, cytrynówka, brzoskwiniówka, wóda na „gumiżelkach”, z ziemniaków, z ogórków, w zasadzie ze wszystkiego z czego chłopaki dali radę przygotować - tymi słowami jeden z lokalnych kujonów, który opisywał zawartość maszyn zwracał się do grupki ciekawskich, którzy stanęli w półkolu przy trzech wielkich zamrażarkach.

Adam zobaczył, że w środku lodówek kujony naprawdę zebrały wódę ze wszystkiego. Butelki układały się w tęczę, a ich zawartość zagregowana w jednym miejscu przypominała skrytkę jakiegoś zwariowanego czarodzieja, który wytwarzał wywary ze wszystkiego co udało mu się zebrać lub schwytać. Zapowiadał się ciężki wieczór dla wszystkich, którzy lubili mocne wrażenia.

- … będzie jakieś 50 litrów, a jak zabraknie to Jan ma coś jeszcze w pokoju - dokończył chłopak w kraciastej koszuli i grubych okularach. - Możecie się śmiało częstować, w końcu dziś mamy dzień wódy. A, kible są na korytarzu jak coś komuś zaszkodzi - dokończył i zaśmiał się śmiechem, który mógł równie dobrze uchodzić za kaszel.

Wszyscy zgromadzeni wzięli po butelce, wszyscy z wyjątkiem wysokiego chłopaka z tunelami w uszach i podkoszulkiem z czaszką, który od razu wziął trzy.

- Jakby mu miało uciec, co za pazerny zjeb - pomyślał Adam.

Ze szkłem oznaczonym etykietą z napisem „malina” udał się do Bruna i reszty nowopoznanych znajomych. Bruno z dziwną i charakterystyczną dla niego ekscytacją już rozmawiał z Dianą i opowiadał jej, na które koncerty się wybiera w tym roku. Dziewczyna sprawiała wrażenie zniesmaczonej i mało zainteresowanej tym co mówił chłopak, więc co chwila polewała sobie alkohol, który, patrząc na brak „bazy”, musiał pochodzić ze sklepu, a nie lokalnej produkcji. Może jej wzmożone picie spowodowane było to samym kontaktem z grubym chłopakiem, który zachwycał się Slayerem i Disturbem, a możliwe także, że wynikało to z ich ogólnego niedopasowania (o ile ktokolwiek myślał, aby w ogóle ich dopasować) i wczesnego stadium imprezy.

Diana pomimo imienia, które rozśmieszyło Bruna była atrakcyjna. W jej niebieskich oczach widać było wyrafinowanie, choć nie należała też do grona zimnych suk, które spotykało się na imprezach i które z łatwością wprost proporcjonalną do grubości portfela odpadały od swoich ubrań w hotelowym pokoju. Ubrana była w luźną beżową tunikę, czarne leginsy i buty, w których bez problemu mogłaby jeździć na motocyklu. Jej piersi o sporym rozmiarze przyciągały nawet wzrok innych dziewczyn. No i naturalnie wszystkich facetów, w tym Bruna i Adama, nawet mimo postanowienia tego drugiego, że nie będzie się gapił w damskie dekolty, jakkolwiek kuszące by one nie były.

- … no i właśnie wtedy razem z Adamem powiedzieliśmy do nich żeby, spieprzali i nie zamierzamy niczego chować - mówił nakręcony Bruno, koloryzując historię z parku i w międzyczasie polewając sobie sążnie z butelki Diany - a oni, że okej, żebyśmy uważali i tak dalej, zwykłe cioty w mundurach.

Adam trochę inaczej zapamiętał ich spotkanie z patrolem policji, ale z drugiej strony czy warto było psuć maskaradę jego mającego problem z tuszą kolegi? Diana tylko przytakiwała i po kilku przechylonych kubeczkach chcąc-nie chcąc zaczęła być zainteresowana tym co mówił Bruno.

- Nieźle, mi też chcieli wlepić dzisiaj mandat, tyle że ugadałam powiedziałam, że pierwszy raz tu jestem i dostałam pouczenie - stwierdziła troszkę zawianym tonem Diana - zresztą laską jest troszkę łatwiej, no wiecie - powiedziała i złapała się za piersi przybliżając je do siebie, co miało być argumentem dla jej stwierdzenia. Brunowi otworzyły się usta. W celu interwencji na swoje zdziwienie musiał wlać w nie trochę alkoholu i uważać, żeby przez jego luźne dresy nie było widać gwałtownej reakcji organizmu.

Adam usiadł w wolnym miejscu na starej kanapie. Obok niego siedziała Paula. A może i Monika? Ciężko było zapamiętać. Otworzył butelkę i wypił kilka łyków prosto ze szkła. Palące ciepło przelało się przez jego gardło a następnie flaki. Kaja i Nat wróciły z większą ilością butelek i rozpoczęło się picie w wersji „extreme”. Wszyscy wlewali sobie do gardeł zawartość plastikowych kubeczków popijając małym łyczkiem soku. Proporcje były zachwiane, bo na tyle butelek wódki wszelkiej maści nikt nie pomyślał, żeby kupić coś do zapicia palących substancji z nabożna pieczołowitością przygotowanych przez mieszkańców Gehenny. Tak więc można rzec, że wszyscy pili dzielnie mimo nie sprzyjających warunków.

Minęło trochę czasu, butelek nie ubywało. Adam zaczął odczuwać całodniowe zmęczenie i wypite procenty. Coraz więcej osób tańczyło, wszyscy pili, wszyscy głośno mówili i śmiali się. W pomieszczeniu przybyłe osoby zdawały się zajmować każdy wolny kawałek miejsca. Do grupy, do której dołączyli dzięki uprzejmości dziewczyn dołączyło się kilku pijanych kujonów, w tym jedna kujonica. Zaczęło robić się duszno, a przyjęte płyny w naturalny sposób zaczęły przejmować kontrolę nad Adamem, a dokładniej jego pęcherzem.

- Pora na pozbycie się niepotrzebnych płynów - pomyślał Adam. Miał już spytać Bruna czy nie idzie z nim rozprostować kości, ale zobaczył, że jego kumpel postawił milowy krok w kontaktach damsko-męskich. Diana siedziała mu na kolanach, a grubas co chwilę dolewał jej trunku z butelki, na której naklejce napisane było „kiwi”. Dziewczyna miała mętne oczy i zdawała się coraz bardziej odpływać w krainę wiecznego pijaństwa.

- Jak tak dalej pójdzie klucha dopnie swego - pomyślał Adam - no i dopnie też ją, a wtedy zapewne wszystkie następne spotkania będą dotyczyły historii w stylu „czego ja to nie zrobiłem”. Taktyka „na śpiocha”, albo „na pijaną dziewczynę” to chyba szczyt możliwości mojego obdarzonego pokaźną tuszą przyjaciela.

Adam skrzywił się na samą myśl o tym jak Bruno może posiąść ciało pijanej i całkiem drobnej słomianowłosej Diany. Choć po chwili przypomniał sobie, że w jego życiu było sporo podobnych sytuacji, więc w zasadzie nie miał kumplowi nic do zarzucenia. Kiedy chłopak wstał z kanapy grawitacja dała się we znaki, jednak, jak sam potrafił jeszcze ocenić, nie było to najgorsze stadium. Kiedy mijał Kaję poczuł, jakby ktoś delikatnie złapał go za rękę, jednak tłum przy ich miejscówce nie dawał mu szansy na obrócenie się i dokładne przeanalizowanie sytuacji. No i potrzeba fizjologiczna była silniejsza niż cokolwiek innego. Z głośników leciał „Rollin” Limp Bizkita, a ci którzy kojarzyli kawałek rzucali się w natchnionych spazmach po miejscu przeznaczonym do tańczenia.

- No to „rollin” - pomyślał Adam wkraczając w tłum.

Kibel i jego konsekwencje

Lie naked on the floor and let the messiah go through our souls
Suit Pee, System of a Down

Przed wejściem do damskiej jakieś dwie dziewczyny, które nie mogły już dłużej czekać całowały się namiętnie w alkoholowym amoku. Jedna błądziła ręką pod bluzką drugiej, a druga ściskała za tyłek pierwszą tak,  jakby miała wycisnąć z niej wszystkie soki. Wszystko z ogromnym entuzjazmem  obserwowały kujony i kujonice zachowując jednak bezpieczną odległość. Adam dopchał się do męskiego kibla. Nie było tam co prawda kolejek takich, jak w WC dla dziewczyn, ale odgrywały się inne „barwne” sceny.

Jeden z kujonów nie wytrzymał napięcia i rzygał do zlewu mamrocząc coś w rodzaju „boże umieram”, ktoś inny stracił równowagę przy pisuarze i wyrżnął o podłogę nie przestając sikać. - Tak upada fontanna - pomyślał Adam, odpalił papierosa i otworzył drzwi kabiny nie przyzwyczajony do sikania ramię w ramię wśród innych pijanych facetów. Kabina była pusta, ale zawartość muszli wywoływała repulsję, które uniemożliwiały zwykłe oddanie moczu. Kolejna kabina też była pusta, ale bez drzwi, co szczególnie nie przeszkadzało chłopakowi w rozwiązaniu jego narastającej potrzeby.

Kiedy opróżniał pęcherz doszły go urywki jakiejś międzykabinowej konwersacji.

- Ej, a jak ty właściwie łapiesz laskę za cycki? - spytał się pierwszy głos.

- Jak to jak? - odpowiedział pytaniem na pytanie drugi, brzmiący na bardzo pijanego.

- Normalnie, wiesz, czy łapiesz tylko za sutki czy za całe, mocno czy słabo. No jak kurwa łapiesz?

- A, to zawsze za późno.

- Za późno na co?

- Nie wiem…

Rozmowę przerwało nagle chluśnięcie i gardłowy odgłos z kabiny osobnika, który na kobiecych piersiach znał się niewystarczająco. Adam zatrzymał strumień strzepnął fujarę i popiół z papierosa do muszli. Na ścianie kabiny oprócz tekstów w stylu „Obciągnę Ci (numer telefonu)” czy „Kibel to nie raj nie wal konia tylko sraj” (skąd u nerdów takie pomysły?) zobaczył napis, który różnił się od innych, bo napisany był ładnym charakterem pisma.

„Czas ucieka, ona czeka”

Chłopak nie miał pojęcia w jakim kontekście autor napisał i w zasadzie, gdyby nie ładny charakter pisma nie zwróciłby uwagi na ten napis. Czas, który spędził analizując przemyślenia utrwalone na ścianach kabiny i wsłuchując się w ten bezsensowny dialog wydawał mu się trwać wieczność.

- Od razu lepiej - pomyślał wychodząc z kabiny i wypuszczając z płuc chmurę dymu - co jest…

Do męskiego wpadł Bruno, który jedną ręką trzymał się za twarz i przeciskał się w stronę kabin (teraz okupowane były wszystkie zlewy). W jego oczach była panika. Pech chciał, że kumpel Adama nie był ze względu na wiele centymetrów w pasie „przecinakiem tłumów” i zwyczajnie nie zdążył z rozrywającą go potrzebą.

Przez palce dłoni, którą zakrywał usta chlusnęły wymiociny, tak jakby ktoś odpalił zatkany prysznic. Zawartość żołądka Bruna ochlapała podłogę, rzygających kujonów, lustro i chłopaka z czaszką na koszulce, którego Adam spotkał przy lodówkach z wódą, a który teraz chciał załatwić którąś ze swoich potrzeb. O dziwo na samego sprawcę zamieszania nie poleciało nic. Kujony były zbyt zmarnowane, aby się przejąć tragizmem sytuacji, jednak wysoki brunet nie był szczęśliwy, że ktoś okrasił rzygami jego czarne jeansy i podkoszulek.

- Co ty kurwa odpierdalasz gruba pizdo? - warknął właściciel tuneli w uszach i podszedł do Bruna zaciskając pięści, co symbolizowało raczej bojową postawę.

Adam może nie był wybuchowym człowiekiem i stronił także od przemocy, ale nie lubił jak ktoś tak mówił do jego nieodżałowanego współlokatora.

Bruno znał Adama od dzieciństwa. Trzeba wspomnieć, że chłopak zawsze miał problemy ze swoją wagą, przez co nie miał kolegów, a jego „znajomi” ciągle wytykali mu wszystkie wady. Bruno nie ćwiczył na wuefie, nie chodził na randki i nie był rozmownym typem człowieka, nauczyciele też go nie lubili. Więc z smutnego życia uciekał w gry komputerowe i mocną muzykę. Kiedy w podstawówce Adam uderzył w brzuch śmiejącego się z Bruna starszego dzieciaka, ich znajomość wydawała się być zacementowana. Rodzice Bruna mieli kupę pieniędzy i kupowali mu różne rzeczy, o których Adam mógł tylko pomarzyć. Nowa konsola do gier, pierwsze połączenie z Internetem w mieście, zagraniczne pornosy oglądane w piwnicy - to były skarby dzieciństwa, których Adam mógł doświadczyć dzięki przyjaźni z grubym Brunem. Byli znajomymi na dobre i na złe, którzy nie musieli ze sobą gadać, żeby wiedzieć, że coś jest nie tak, albo że wszystko jest w porządku. Bruno dzielił się z Adamem wrażeniami z koncertów za granicą, na których bywał, a Adam stanowił dla niego podporę w ciągu całego nieszczęścia wieku dorastania. Niejednokrotnie Bruno ratował także skórę Adamowi powołując się na swojego wpływowego ojca. Wiele ich łączyło, więc to co się działo w jakimś parszywym męskim kiblu w Gehennie nie mogło przejść bez echa i reakcji ze strony Adama.

- Ty, dziurawiec – Adam złapał za ramię chłopaka, który obraził Bruna i obrócił go w swoją stronę.

- Czego chcesz śmieciu? - zapytał chłopak, jednak nie dostał odpowiedzi. A może ją otrzymał w innej formie? Adam rzucił na ziemię resztkę papierosa, a jego pięść wycelowana w twarz krewkiego chłopaka zdawała się rozwiązać wszelkie powody, dla których warto było kontynuować dysputę.

Brunet poleciał na obleśną podłogę męskiego kibla, trzymając się za twarz. Krew leciała mu z nosa, a poszkodowany mamrotał „zabiję cię, zabiję cię, przysięgam skurwielu”. Nagle wszyscy spojrzeli się na Adama, ale trwało to tylko kilka sekund, bo przecież impulsy wysyłane przez ich organizmy nie mogły czekać zbyt długo do czego dochodziła jeszcze poalkoholowy syndrom braku koncentracji. Bruno wytarł szybko twarz ostatnimi papierowymi ręcznikami, które zostały w podajniku i patrzył pytającym wzrokiem na kumpla, który przed chwilą znokautował chłopaka.

- Bruno spierdalamy stąd - powiedział Adam do kolegi, który z rozdziawioną szeroko szczęką nie mógł zrozumieć całego ogromu sytuacji. Wychodząc sprzedał jeszcze solidnego kopniaka leżącemu chłopakowi.

- Nikt mnie nie zabije, tym bardziej ty fiucie - rzucił na odchodne Adam, a brunet zwinął się w kłębek.

Korytarzem wiodącym z kibla ruszyli najszybciej jak się dało w stronę Sali, przez którą trzeba było przejść, aby wyjść z akademika. Bruno zabrał z ziemi jeszcze kilka zamkniętych butelek różnej maści, które zostawili zapewne jacyś ludzie zbyt pijani, aby o nich pamiętać. Adam przepychał się przez tłum, a za nim wlókł się Bruno. Dochodziła pierwsza w nocy.

Dotarli do sali-stołówki. Cała sytuacja stała się jeszcze bardziej nasączona alkoholem, o czym świadczyć mogły zarówno ruchy osób w pomieszczeniu, ogromne ilości pustych butelek z nalepkami, które walały się po podłodze oraz sama atmosfera, w której dosłownie dało się wyczuć spirytus. Gdy Adam i jego kolega z nadwagą wymijali pary paralitycznie tańczące przy głośniku, przez sekundę mignął mu pewien obraz. Widok, który Adam wychwycił kątem oka nie mógł być realny. Umysł często wpędzał go w pułapki, a wzrok płatał figle. Jednak chłopak zdawał się zauważyć coś, co nie mogło być rzeczą możliwą. Choć gdyby wszystko naraz złożyło się, w splocie niemożliwych i dziwnych okoliczności, to z nierealnym wręcz prawdopodobieństwem przed oczami Adama mogła mignąć ona.

Bruno z całym impetem wpadł na Adama, który przez chwilę stał w miejscu.

- Ruszaj dupę stary, ten zjeb wydawał się mieć tutaj kilku większych kumpli, a wolałbym nie odwiedzać cię w szpitalu - powiedział zdyszany Bruno.

Adam po otrząśnięciu się i odrzuceniu niedorzecznej wizji dopchał się do rogu Sali, gdzie większość osób wydawała się być już kompletnie bez życia. Kaja z Nat jadły właśnie galaretkę smakową ze spirytusu śmiejąc się z całej sytuacji. W ręku Nat tlił się skręt. O dziwo kontaktowała jeszcze Diana, która starała się złapać kawałek alkogalaretki paluszkami mającymi stanowić pałeczki. Adam chwycił plastikowy kubek, napełnił go zawartością jednej z otwartych butelek i wypił duszkiem.

- Dobra zjarane królewny, musimy iść, mamy drugą imprezę, a gospodarz nienawidzi spóźnialskich - zakomunikował dziewczynom Adam, co oczywiście nie było prawdą, a miało na celu jak najszybsze opuszczenie Gehenny.

Wszystkie  trzy oderwały się na sekundę od pochłaniania żelkowej substancji.

- Ja zostaję, nie mogę się ruszać i pewnie zasnęłabym na chodniku, albo na ławce w najlepszym wypadku - powiedziała Nat prezentując chłopakom swoje krwistoczerwone oczy.

- W zasadzie, jak nie macie nic przeciwko to mogę iść z wami, a Nat zostanie i będzie pilnowała naszych nawalonych sióstr miłosierdzia - Kaja i wskazała ręką na śpiące na kanapie w pijackim śnie dziewczyny, które jeszcze nie tak dawno poznawały się z Adamem i Brunem.

- Pewnie - przytaknęła z sarkazmem Nat - ja zawsze muszę być od pilnowania zwłok przed zwariowanymi jebakami.

- Ty, Bruno, ja też idę z wami, tylko zabiorę galaretkę - to był głos Diany, która będąc i tak już mocno wstawiona, poddała się i jadła zawartość miski łyżką - ale ty mnie pilnujesz i jesteś za mnie odpowiedzialny.

Tu dziewczyna wycelowała palcem w Bruna, który w jeden wieczór przeżył zapewne więcej kontaktów z dziewczynami niż w całym swoim dotychczasowym żywocie. Sam zainteresowany przez nadmiar emocji ciągle nie mógł złapać oddechu. Ktoś z korytarza krzyknął, że niejaki Edward dostał w męskiej toalecie w nos.

- Drużyno, zbieramy się - powiedział Adam widząc rosnące prawdopodobieństwo spełnienia się wcześniejszych słów kumpla. Chwycił Kaję za przegub ręki i pociągnął ją w stronę wejścia. Dziewczyna zdążyła jeszcze zabrać torebkę i połowę malinówki.

- Choć, drugim wyjściem będzie szybciej - powiedziała Kaja i zmieniła kierunek marszu przez falę ludzi.

- Pewnie, drugim wyjściem - Adam dziękował w głębi za to, że ktoś tu znał Gehennę.

Jednak manewr, który wykonali sprawił, że rozminęli się z Brunem i Dianą, a tłum zbierający się przy głównym wyjściu i huk z głośników (ktoś odpowiedzialny za muzykę chyba odpuścił od tanecznych rytmów, bo leciał Slipknot) sprawiał, że ciężko było się skontaktować z brnącym do przodu niczym buldożer kumplem. No i co najważniejsze to nie Bruno zdzielił po gębie nadpobudliwego Edwarda.

- Można się zatem bezpiecznie rozdzielić, na pewno się jeszcze spotkamy - pomyślał Adam przechodząc przez drzwi po drugiej stronie Sali, które prowadziły do jakiegoś pomieszczenia.

- Idź korytarzem i jak będziesz na końcu to skręć w prawo widzimy się na zewnątrz, ja muszę wrócić po kluczę do mieszkania, mamy jedną parę, a ja raczej wracam przed Nat - powiedziała blondynka, po czym znikła, a Adam widział już tylko jej oddalający się zgrabny tyłek wciśnięty w jeansowe szorty.

Przeszedł prze korytarz, który kiedyś mógł stanowić miejsce, dzięki któremu posiłki trafiały na główną salę. Na samym końcu korytarza zrobił tak, jak powiedziała mu Kaja. Przez drzwi trafił do krótszego tunelu, którego drzwi w istocie prowadziły na zewnątrz.


Adam wyszedł na świeże powietrze, które w zestawieniu z atmosferą panującą wewnątrz akademika pomimo lata zdawało się być jesiennym zefirem. Otaczały go wypełnione po brzegi śmietniki i mała komórka ze sprzętem, którego używa się podczas zimy. Po prawej stronie widział fragment ulicy. Czuł jednak, że w tym całym zamieszaniu powinien poczekać na Kaję. Był jej to winien.

piątek, 14 lutego 2014

Bierz ją! - część I

W innych miastach ludzie chodzą po ulicach. Ocierają się o siebie, wpadają na innych. W (tu wstaw swoje miasto) nikt nikogo nie dotyka. Zawsze oddziela nas metal i szkło. Tak bardzo brakuje nam tego dotyku, że zderzamy się ze sobą, żeby cokolwiek poczuć.
The Crash


Piątkowe popołudnie – kontakt z siłami przedwiecznymi

W małym pokoju z jednym oknem, dwoma wysłużonymi łóżkami, stołem ukraszonym pustymi butelkami oraz dużą komodą padł na kolana, a jego usta bezgłośnie zaczęły szeptać.

- Boże lub bogowie, ktokolwiek, kto może mnie wysłuchać i zmienić całe to bagno, w które wpadłem. Chciałbym nie bliżej być królestwa mroku, choć o kilka kroków oddalić się od przepaść, od czerni, w którą patrzę, poczuć szczęście radość i spełnienie. Jakiekolwiek, kiedykolwiek, tak długo już czekałem. I wciąż tylko pragnę. Siły prastare, albo całkiem nowe a silne, dajcie mi jakikolwiek znak, cokolwiek co pozwoli zapomnieć o tej dziwce, co mi nóż w plecy wbiła… Kurwa mać, miałem o niej nie mówić „dziwka”. Tak więc, boże lub diable, ktokolwiek sobie z was lepiej poradzi, przepraszam z góry, że was zestawiam, ale wybór mi się ograniczył po tym jak mnie buddyści wyjebali ze świątyni, dajcie mi jakiś znak, jeden pierdo...

Drzwi do pokoju otworzyły się, a u progu stanął grubszy, wyglądający na dwadzieścia parę lat chłopak ubrany w dresowe spodnie i podkoszulek z wielkim napisem „Lamb of God”.

-Adam, rozumiem, że dawno nie pieprzyłeś i tak dalej, ale co ty kurwa robisz? Do reszty cię popierdoliło? Przecież ty na komunię swoją ostatni raz byłeś w kościele, a teraz klęczysz i wyglądasz jakby ktoś cię kapciem po mordzie przeżegnał.

Adam wybity z transu, który wydawał się być ostatnią deską ratunku w sytuacji, w której się znalazł, wstał i spojrzał na grubego chłopaka nienawistnym wzrokiem. Trudno, będzie wytłumaczyć kumplowi z pokoju co robił na kolanach, z zamkniętymi oczami i skupionym wyrazem twarzy. W ogóle co można powiedzieć, kiedy ktoś spotyka cię w takiej pozycji, a ty się modlisz lub przynajmniej udajesz, że to robisz, a wszystko z powodu beznadziejności sytuacji i braku innych rozwiązań.

- Bruno czy ty wyniosłeś z domu cokolwiek więcej niż kasę od swoich starych? Nie wiesz, że przed wejściem gdziekolwiek trzeba pukać, bo ktoś w środku może na przykład być goły, albo nie wiem, zajęty czymś ważnym – powiedział Adam, a jego głos drżał ze złości.

-Yyy, stary nie wiem czy wiesz, ale to też mój pokój, a w akademiku to wszyscy wchodzą bez pukania, nawet do kibla. Zresztą gdybyś był goły to nic wielkiego by się nie stało, bo kiedyś na basenie pod prysznicem widziałem twoją fujarę i powiem, że bez rewelacji – powiedział Bruno przywołując w myślach dziwne sceny ze swojego życia – co innego, gdyby przyszła Iz z twoją byłą, to wtedy by było zabawne i krępujące. Albo gdyby twoi starzy wpadli, gdy sobie robisz dobrze przed zdjęciami tych lasek z pierwszego roku.

- Po pierwsze, nie wspominaj ani słowem o mojej byłej jebana klucho, albo zedrę z ciebie ubranie i przywiążę do słupa, żeby każdy pierwszak widział twoje obwisłe sadło. Po drugie, klęczałem bo mi szkło kontaktowe spadło, a wiesz, że bez nich gówno widzę, a starzy mnie nie odwiedzają i nie odwiedzą, więc daruj sobie te durne insynuacje.

- Przecież nosisz okulary. A zresztą nie moja sprawa, jak dla mnie to możesz nawet dymać tą grubą laskę, co się do mnie przystawiała na ostatnim koncercie. Ale proszę cię stary, nie rób tego na moich oczach – stwierdził z rozbawieniem współlokator Adama, po czym dodał – kupiłem sporo browarów, musisz mi pomóc, no i jeszcze to – Bruno wyciągnął z kieszeni trzy wielkie skręty i zrobił smutną minę, pozując na bezradnego.

- Na razie daj mi chwilę, czy ty nigdy nie chciałeś być przez chwilę sam? A zresztą, nie odpowiadaj, po prostu czekaj na dole, będę za kilka minut – powiedział Adam, po czym wypchnął grubego z pokoju i strzelił za nim drzwiami. Butelki, które stały na jedynym stoliku niebezpiecznie się zatrzęsły.

To prawda, Adam nosił okulary i to tylko do czytania. Wyglądał w nich zwyczajnie głupio, a ona zawsze mówiła, że jest inaczej. No i kto na kolanach szuka jednodniowej soczewki, która spadła na brudną podłogę? A co do tej grubej dziewczyny z koncertu o której wspominał Bruno, to wolałby chyba przespać się z matką grubasa. Bo należy zaznaczyć, że „laska z koncertu”  mogła być bez problemu dublerką maskotki Mischelina.

Jeżeli chodzi o Adama to nie był może przystojniakiem w stylu Beckhama czy Patisona, ale nie straszył też wyglądem. Wysoki, jako-tako zbudowany z krótko obciętymi czarnymi włosami i przenikliwym spojrzeniem sprawiał, że dziewczyny raczej nie uciekały na jego widok. No i do tego jeszcze bystre teksty, które przywłaszczał z książek, gazet a nawet odmętów Internetu. Jego największą wadą było to, że nie przywiązywał zbytniej wagi do wyglądu i nie mógł zapomnieć wielu faktów z przeszłości. Co innego Bruno, który zapewne pocił się teraz schodząc ze schodów. Gruby z dłuższymi włosami nijakiego koloru, które ciągle mu się przetłuszczały i kołtuniły. Do tego dochodziło nieskończone zamiłowanie do mocnej muzyki, co blokowało mu rozmowy na jakikolwiek inny temat niż właśnie mocna muzyka. I jeszcze psucie wielu sytuacji, w których uczestniczyły niezłe dziewczyny, które z powodzeniem mogły poznać Adama bliżej. To był cały Bruno, typowy przykład osoby wychowanej przez zdewociałych rodziców, którym trzeba było się w końcu postawić.

- Dokończyć to durne błaganie, tą pseudomodlitwę czy nie? –Adam zastanawiał się, czy powiedzieć coś jeszcze wobec wszystkich sił, które jego zdaniem były ostatnią deską ratunku, promykiem nierealnej nadziei, którą wytworzył w swojej głowie – pieprzyć to, trzeba działać, może czas będzie lepiej leczył rany, niż zagłębianie się w JEJ temacie.

„Jej temat” był sferą tabu. Wszystko co wiązało się z „nią” wywoływało u Adama uczucie bezsilności, połączonej z rozpaczą i gniewem. Ta niebezpieczna mieszkanka sprawiała, że gdy tylko o niej myślał, na co dzień w miarę opanowany chłopak czuł się, jakby ktoś chwytał go za gardło, a krew odpływała mu z całego ciała do jakiejś niematerialnej strefy. Wtedy też nie za bardzo miał ochotę na cokolwiek. Choć wewnętrznie zdawał sobie sprawę, że przecież trzeba było jakoś funkcjonować, nawet, gdy od tego wydarzenia minęło już trochę czasu.

Bruno nie zdziwił się, gdy Adam, którego zastał w tak niecodziennej pozycji strzelił mu drzwiami przed twarzą. Chłopak miał wyrobione zdanie o Adamie („Mój kumpel, ale ostatnio popierdoliło go do reszty”), tak samo jak i o dziewczynach („Same przyjdą, nie?”), życiu w akademiku („Carpe diem!”) i studiowaniu („Jutro”). Kilka skrętów w kieszeni i wielopak piwa, który  pulchny chłopak trzymał pod pachą sprawił, że fan mocnego brzmienia zapomniał o tym, co widział w pokoju, który dzielił z Adamem. Odwrócił się na pięcie i ruszył spokojnym krokiem w stronę schodów,  mijając po drodze kilku niezbyt trzeźwych pierwszaków sprzeczających się o to, kogo widzieli w pod pomnikiem Zwycięzców.  

Adam z jedynej szafki, która stała w pokoju wyjął kilka elementów garderoby, które jego zdaniem mogły nadawać się do noszenia. Powąchał czerwony podkoszulek z napisem „California” i stwierdził, że raczej nie nadaje się do niczego z wyjątkiem pełnienia mało zaszczytnej funkcji szmaty do podłogi. Próby nie przeszły także dwa następne t-shirty, więc musiał wyjąć coś z szuflady Bruna. Z całego spektrum zespołów widniejących na czarnych, mocno spranych podkoszulkach, zdecydował się na „Korna”. Przynajmniej ich znał i nawet lubił niektóre kawałki, szczególnie te o niespełnieniu. Wciągnął wytarte na kolanach dżinsy, zawiązał wysłużone trampki i wyszedł z pokoju, chcąc zapomnieć o dziwnej próbie komunikacji z zaświatami i w ogóle o wszystkim, o czym myślał.


Konfrontacje

Jak się żyje w wesołym miasteczku, nie sposób powstrzymać się od śmiechu.

Spotkali się na dole.

- Nie wiedziałem, że jesteś fanem Korna stary – rzucił Bruno, który wygodnie rozsiadłszy się na pobliskiej ławce sączył pierwsze piwo.

- Wszystkie moje ubrania nie nadają się do noszenia.

- Wąchałeś czy patrzyłeś?

- Wąchałem, nie przeszły testu.

- Nieważne, jak uwalisz mi ten podkoszulek to zabiję cię we śnie, a teraz ruszamy dupę, nasi zieloni przyjaciele czekają?

- Kto kurwa?

- Adam, ogarnij się! – powiedział Bruno wskazując palcem na kieszeń swoich dresowych spodni robiąc przy okazji dziwną minę.

- Aaa, dobra nieważne, to gdzie idziemy? Pod fabrykę, do parku, na boisko czy przy pomnik?

- Pod fabrykę mi się nie chce, bo za daleko. Na boisku grają teraz jakieś dzieciaki, więc też odpada, nie chcemy przecież robić konkurencji klechom. Pomnik okupowany przez lokalnych żuli, bo dzisiaj ciepło i pewnie większość z nich tam będzie kimała. Dawaj do parku, jest blisko, są ławki i dużo fajnych lasek.

- Myślałem, że wyjdziemy gdzieś dalej, bo lato nie będzie trwało wiecznie, a w tym parku spędzamy chyba większość życia, tak samo zresztą  jak w akademiku.

- Jak wybudują w okolicy taki wyzwolony lunapark, gdzie można przychodzić z własnym „prowiantem”, to uwierz, że będziemy tam pierwsi, a teraz zawijamy na łono natury.

Park znajdował się kilka minut drogi od akademika, co oznaczało, że w tak ciepły dzień będzie stanowił on matecznik dla wszystkich, którzy chcieli się napić, uprawiać spontaniczny seks poza widokiem lub też na nim, albo tak, jak Adam i Bruno po prostu się rozerwać w jeszcze mniej legalny sposób.

W rzeczy samej, kiedy tylko weszli do parku ich oczom ukazała się
scena, która nie odbiegała od festiwali muzycznych i trzeba dodać, że miejsce nie stanowiło w żadnym wypadku łona natury. Ludzie siedzieli na ławkach lub leżeli na kocach rozłożonych na trawie, niektórzy przynieśli nawet własne leżaki. Kosze na śmieci były wypełnione po brzegi pustymi butelkami po najróżniejszych rodzajach trunków. Ktoś rozpalał przenośnego grilla. 

Większość piła mniejszość czytała gazety i książki. Wydawało się, że park był teraz pod okupacją wszystkich, których doszczętnie wykończył tydzień, osób, które były tak samo spragnione powietrza jak i alkoholu i siebie wzajemnie.

- Potrafimy się bawić co? – Bruno zagadał do Adama mając chyba na myśli cały kolektyw młodych ludzi, którzy spędzali czas podobnie do niego – O, wolna ławka!

Bruno rzucił się w stronę siedziska tak, jakby od szybkości z jaką tam dotrze zależało całe jego życie. Wyglądało to bardzo zabawnie: chłopak mający problem z tuszą, trzymający dwunastopak piwa pod pachą biegł jak rozpędzony nosorożec w stronę ostatniego źródła wody. No ale dopiął swego, bo usiadł na rzeczonej ławce. Wyrazem triumfu na jego twarzy świadczył o jakimś prymitywnym spełnieniu i małym zwycięstwie, które nigdy nie miało miejsca na innej, bardziej wysublimowanej płaszczyźnie. Bruno machał ręką na Adama, aby się pospieszył, tak jakby wszyscy mieli się nagle rzucić, żeby usiąść obok niego.

- Stary wyluzuj, zawsze mogliśmy usiąść na trawie – zauważył Adam.

- Pieprzyć trawę, albo nie, jeszcze lepiej – wyciągnął z kieszeni pomiętego skręta (bieganie nie służy tak delikatnym rzeczom)  rozpalił i podał Adamowi – Masz, pal i nie myśl za wiele.

Adam wziął skręta od Bruna i zaciągnął się solidnie. Po drapaniu w gardle i iskierkach, które widoczne były przy rozpalaniu chłopak zwątpił, aby zapewnienia współlokator o tym, że „Czarny na pewno sprzedaje nam super naturę” były prawdziwe. No, ale dym to dym i jak na razie nie trzeba się martwić o zdrowie, pomyślał Adam. Nastała kontemplacja ciszy, a rytuał kultywowany przez najstarsze plemiona, przeniesiony teraz w ostoję miejskiej dżungli, trwał w najlepsze. Chłopak przejechał ręką po desce ławki, która znajdowała się między jego nogami. Wyczuł, że jakiś niedoszły rzeźbiarz miał coś do przekazania. Spojrzał na ławkę i odczytał na głos:

- „Nie ma róży bez kolców”

- Adam, mianuje cię poetą roku – powiedział Bruno zmęczonym głosem – do prawdy, słyszę tak piękne słowa pierwszy raz w życiu.

- To nie ja napisałem klucho – odwarknął Adam i pogrążył się w płytkiej zadumie.

Kiedy tak siedzieli i palili popijając tanie piwo, przed nimi pojawiły się dwie osoby. I to nie byle jakie, bo dziewczyny z pierwszego roku – obiekty słabości i fantazji erotycznych Bruna. Pierwsza z nich, wysoka blondynka z krótszymi włosami i kolczykiem w nosie, miała na sobie krótkie szorty ukazujące wystające kieszenie i podkoszulek na ramiączka z napisem „Guns’n’Roses” widniejącym nad jednym z obrazków z któregoś albumu zespołu. Obok niej zmaterializowała się długowłosa brunetka średniego wzrostu  w dżinsach i flanelowej koszuli zawiązanej na wysokości piersi. Adam dostrzegł, że dziewczynie z blond włosami przez duże wycięcia na rękawy widać czerwony koronkowy stanik. Brunetka nie nosiłą go wcale. Bruno z miną w stylu „o kurwa” spojrzał na Adama, który pomimo niespodziewanej sytuacji pojawienia się tych współczesnych nimf pozostał niewzruszony.

- Cześć chłopaki – zaczęła dziarsko blondynka –  Siedziałyśmy obok i doleciał do nas przyjemny zapach i zastanawiałyśmy się, czy nie macie może w nadmiarze jakiegoś zielska, bo nasz dostawca się wykruszył, a razem z Nat chciałybyśmy coś zorganizować na wieczór.

- Yyy, tak pewnie mamy, ale jak na razie tylko dla siebie – zaczął niepewnie i niezgrabnie Bruno, którego czerwone oczy nie byłyby przekonywujące nawet dla żuli spod pomnika Zwycięzców – Ale jeżeli powiecie, gdzie idziecie wieczorem, to razem z Adamem na pewno coś zorganizujemy.

- Co za skończony idiota – pomyślał Adam i patrzył jak uśmiech dziewczyn trochę osłabł – Bruno daj koleżankom skręta, a jak się im spodoba to niech do Ciebie zadzwonią, czy ty do końca straciłeś rozum i nie wiesz, że takich spraw nie załatwia się w parku? – Powiedział Adam starając się naprawić atmosferę.

- O, to dobry pomysł – przemówiła brunetka – to daj mi swój numer, puszczę ci dzwonka to jakoś się ustawimy – powiedziała dziewczyna we flaneli.

Uśmiech, który powstał na twarzy Nat, kiedy spojrzała na Adama mógł sugerować, że albo podziela jego pomysł, albo też lubi Korna (spojrzała na „jego” podkoszulek) albo uważa, że wieczór może skończyć się ciekawie, kiedy ich nagie ciała złączą się w najdziwniejszych pozycjach. Niestety dla wszystkich scenariuszy, Adam nie miał telefonu, bo rozwalił go o chodnik po jednej z nieudanych prób komunikacji z „nią”, zresztą ostatnio  i tak nikt do niego nie dzwonił.

- Zostawiłem w pokoju – skłamał – ale możesz wziąć numer od Bruna, tak będzie szybciej.

Bruno zaczął się pocić i robić czerwony. Nie wiadomo czy wywołane to było kontaktem z dziewczynami i perspektywą posiadania numeru jednej z nich, czy odwlekanym w czasie rezultatem wysiłku fizycznego połączonego ze sporym skrętem, którego wypalili kilka minut temu.

- W porządku niech będzie – powiedziała brunetka z drobnym rozczarowaniem w głosie, po czym podyktowała swój numer telefonu. Bruno wyciągnął z kieszeni dwa mocno pogniecione skręty i dał blondynce, po czym zadzwonił na podany numer. Po kilku sekundach telefon dziewczyny zaczął wygrywać „Tainted love” Merlina Mansona.

– Dobra mam, będziemy dzwonić za jakiś czas, a tymczasem idziemy się przejść. Choć Kaja – powiedziała do blondynki, po czym bez słowa oddaliły się i zniknęły Adamowi i Brunowi z pola widzenia.

- O kurwa, ale laski – wysapałł Bruno cały czerwony na twarzy, nie mogąc uwierzyć, że nie dość, że ma numer takiej dziewczyny, to jeszcze ma ona w telefonie ustawiony na dzwonek utwór Mansona.

- Stary spokojnie, bo padniesz na zawał po tylu emocjach. A po drugie nie napalaj się tak, chciały od ciebie tylko trawę, a nie żebyś im wylizał cycki albo tyłek – skwitował chłodno Adam.

- Nie pierdol, widziałem jak się na nas patrzyły! Zresztą w taki piątek trzeba coś wymyślić – powiedział i podał Adamowi kolejną puszkę mocnego.

- No to coś wymyśl, ja nie za bardzo mam ochotę na cokolwiek.

Gdy tak siedzieli i rozmawiali sącząc kolejne piwo, nie zauważyli, że wokół nich liczba osób korzystających z ładnej pogody zmniejszyła się a dźwięki parkowej popijawy dziwnie ucichły. Tak jak niespodziewanie zjawiły się dziewczyny, tak samo nieoczekiwanie przed nimi pojawił się dwuosobowy patrol policji.

Zanim padły słowa, „Dzień dobry, policja” Bruno wystrzelił jak z procy i pognał w stronę środka parku. Wyglądało to niezwykle śmiesznie, tak jakby zmusić Bukę z „Muminków” do biegu. Adam siedział jeszcze przez ułamek sekundy z rozdziawioną gębą nie do końca rozumiejąc co się dzieje. Kątem oka spojrzał na równie zdziwione miny dwójki policjantów odprowadzających wzrokiem Bruna, którzy stanowić mogli przykład tego jak ma wyglądać funkcjonariusz – no wiecie, taka kwadratowa twarz bez zarostu, wielkie okulary przeciwsłoneczne  i wypastowane buty, idealny mundur itd.

 – Idiota zapomniał, że oddał wszystko dziewczynom – pomyślał na szybko Adam – ale ja nie zamierzam dostać mandatu od tych świń.

Chłopak, zanim policjanci zdążyli odwrócić się do niego po tym Bruno wykonał sprint bizona,  przeskoczył przez oparcie ławki i najszybciej jak mógł pobiegł w stronę przeciwną do tej, którą obrał jego kumpel.

- Gonimy ich? – policjant spytał się swojego partnera.

- Na łeb upadłeś? W taki upał znowu byłbym cały spocony, a w tych butach chujowo się biega. Daj spokój pewnie chłopaczki obsrały gacie, bo bały się, że im dowalimy za picie w miejscu publicznym i sprawdzimy kieszenie znajdując jednego skręta. O i jeszcze cztery puszki zostawili – zauważył policjant wyciągając pozostałości z wielopaku spod ławki i jakby nigdy nic przywłaszczając je sobie.

- No dobra, niech będzie zwijamy się do radiowozu, tylko szybko, bo nie chcę żeby ktokolwiek nas zobaczył z tymi browarami – powiedział pierwszy z funkcjonariuszy, po czym obaj oddalili się szybkim krokiem ku radiowozowi zaparkowanemu przed wejściem do parku.


Pomnik Zwycięzców

Ponieważ miał czas by być a nie być na czas.
Serj Tankian, „Businessman vs Homeless”

Bruno dobiegł do środka parku, gdzie znajdowała się zadaszona konstrukcja, która zapewne miała służyć jako schronienie dla wszystkich ludzi, którzy nie wiedzieli, że przebywanie wśród drzew, gdy pada nie jest dobrym pomysłem. Zziajany i czerwony na twarzy chłopak oparł się o jedną z belek stanowiącą podporę dachu.

- O kurwa, zaraz umrę – pomyślał, po czym odruchowo wyciągnął telefon, żeby zadzwonić do Adama, ale przypomniał sobie, że jego telefon jest już w niebie dla urządzeń mobilnych.

- Muszę się ogarnąć i sprawić, żeby końcówka dnia nie była tak popaprana, jak to teraz – taka myśl zaświtała w głowie chłopaka, po czym wykręcił on numer do znajomego drobnego dilera Majka. Majk widniał w telefonie pod nazwą „Marysia”. Nacisnął słuchawkę i po kilku sygnałach usłyszał głos:

- Siema grubasie!

- Majk wiesz przecież, że to wina genów i nic nie poradzę, że tak jest. Zresztą nieważne. Słuchaj, miałbyś może załatwić mi dwa piękne portrety na dziś? – Szyfr, którego używał Bruno był do prawdy komiczny, ale przynajmniej zrozumiały dla wtajemniczonego rozmówcy.

-Pewnie, że tak, wszystko dla mojego otyłego przyjaciela – powiedział ze sztuczną radością diler, po czym dodał metodycznie – za 20 minut przed pomnikiem.

Ciągły sygnał sugerował, że Bruno nie będzie miał już możliwości pertraktowania godziny, ani miejsca spotkania. Pomnik Zwycięzców, bo o nim mowa, znajdował się 20 minut drogi od parku, co oznaczało, że musiał już teraz ruszyć w drogę. Taki trening dla kogoś, kto nie przywykł do spieszenia się i pokonywania w krótkim czasie dużych dystansów, był dla Bruna metaforycznym ciosem b brzuch.

- Ja pierdolę, kurwa,  ja pierdolę – syczał Bruno wiedząc, że takie spacery nie do końca współgrają z jego zwyczajami i stylem życia. Ale przecież trzeba było pomóc tym dziewczynom, a takie jak one wymagają poświęceń.

- Może później uda mi się zmacać cycki tej brunetki, albo nawet coś więcej - tak całą sprawę tłumaczył sobie Bruno.

Adam zatrzymał się kilkanaście metrów przed drugim, mniej uczęszczanym wejściem do parku. Inaczej niż grubas, nie miał on najmniejszych problemów z ustabilizowaniem tętna i szybkości oddychania. Kiedyś grał w kosza i możliwe, że dzięki temu już mu tak zostało. No bo przecież to nie przez papierosy, które stanowiły w jego życiu rzecz „must have”. Adam wyciągnął z paczki Marlboro przedostatniego przyjaciela dni samotnych i już spokojnym krokiem ruszył w stronę wyjścia.

Przez jedną z bram przechodziły trzy osoby: dwie laski i jeden typ, który był o pół głowy niższy od nich, co wyglądało zabawnie. Tak jakby dwa białe klawisze od fortepianu szły z tym małym czarnym. Adam rozpoznał wszystkich bez chwili zastanowienia. Laski, dwie wylaszczone blondynki, kojarzył z imprez w akademiku i wiedział, że ich nogi mają w kolanach coś jakby magnesy o takich samych biegunach i rozchylają nogi częściej niż je łączą, bo ciągle słyszał, że ktoś z jego znajomych je przeleciał. Z kolei tym niskim chłopaczkiem by nie kto inny jak Majk, który ubrany w obwisłe spodnie, przyduży podkoszulek z logo jakiejś hip-hopowej firmy i czapką odwróconą daszkiem do tył, był chyba najbardziej rozpoznawalnym dilerem w mieście. A to na pewno nie była dobra cecha.

- O proszę! Kogo ja tu widzę – zaczął wesoło Majk, gdy tylko zobaczył Adama, a dwie blondyny z którymi szedł przyjęły filmowe pozy, tak jakby ktoś miałby im zrobić jakieś wstępne zdjęcie do jakiegoś pornomagazynu.

 - Co ty Adam, przejąłeś stylówę od Bruna, bo widzę, że ten rozciągnięty podkoszulek z jakimś szatanem to chyba nie twój – powiedział rozbawiony chłopak lustrując mocno sfatygowany strój Adama.

- Siema Majk, co tam słychać – Adam zaciągnął się petem i zmienił temat – uważaj na psiarnię, bo kręcą się tutaj i nie wygląda to najlepiej, a ty zawsze masz coś po kieszeniach.

- Pewnie, że mam, ale nie po kieszeniach – powiedział diler puszczając oko Adamowi – a właśnie, twoje grube alter ego dzwoniło do mnie i prosiło o pomoc, więc jak chcesz to zawijaj tyłek z nami i choć w stronę Zwycięzców, tam jest spokojnie, nawet pomimo obecności żuli.

Adam i tak nie miał nic lepszego do roboty, więc razem z drobnym przestępcą i jego dwoma lachonami udali się szybkim krokiem przez park w stronę wspominanego miejsca. Trzeba zaznaczyć, że pomnik Zwycięzców znajdował się w mniej ciekawej części miasta i okupowały go grupy meneli sączących ostentacyjnie rozpacz w płynie i palących znalezione niedopałki.

Kiedy doszli pod wskazane miejsce chodnikiem, w którym co druga płyta była nieznośnie popękana, Adam i Majk od razu zauważyli, że coś jest nie tak, bo kilka kroków od grupy kloszardów ubranych na niezmienną cebulkę (albo na pora) stał grubszy chłopak wlepiający wzrok w punkt inny niż krajobraz zmarnowanych możliwości życiowych. Na widok zbliżającego się Majka, Adama i blondyn, które krzywiły swoje silnie wymejkapowane twarze na widok bywalców pomnika, Bruno zerwał się z miejsca i wyszedł im naprzeciw.

- Dzięki bogu, że się spotkaliście i dobrze, że w ogóle jesteście – powiedział Bruno poddenerwowanym głosem – jakaś menelica chciała mi obciągnąć za paczkę fajek.

- Szkoda, że nie palisz – zażartował Majk, a dziewczyny, które trzymały się blisko niego wybuchły wymuszonym, piskliwym śmiechem – no ale do rzeczy, masz kasę?

- Ja płacę – powiedział Adam, przypominając sobie, że jego gruby kolega stawiał wcześniej.

- Dobra, mi wszystko jedno, byle się zgadzał pieniądz – powiedział Majk wyjmując z gaci dwie zwinięte kulki (Adam zawsze zastanawiał się ile takich zawiniątek może zmieścić się do bielizny, zanim zaczną się problemy z normalnym chodzeniem i obcieraniem fujary) – trzymaj i miłego wieczoru, a, i uważajcie bo możecie się po tym rozchorować. Jak coś to nigdy się nie poznaliśmy.

- Spoko, dzięki, pozdro – powiedział Bruno w wystudiowanym stylu.

Majk wraz z dwiema łatwymi laskami oddalił się od miejsca transakcji.

- Dobra, mamy wszystko, dzwonie do lasek i postaram się nas wkręcić gdziekolwiek. Kurwa zaraz się zrzygam – wysapał chłopak, kiedy jeden z meneli zwymiotował na swojego śpiącego kompana – spierdalamy stąd.

Może będzie ciężko w to uwierzyć, ale po dodzwonieniu się do Nat, nie dość, że Bruno załatwił miejscówkę na wieczór w pobliskim akademiku mózgowców, to jeszcze zorganizował podwózkę spod stacji benzynowej niedaleko pomnika. Po kilku minutach czekania i gapienia się w międzyczasie na co ładniejsze dziewczyny, które zalewały baki w samochodach swoich ojców, podjechało do nich starsze volvo, w którym Adam dostrzegł Kaję i Nat.

Usiedli z tył, a Bruno niepewnie zaczął rozmowę.

- Jesteśmy i mamy – rzekł z triumfem w głosie Bruno.

-Super – odparła matowo Nat, która siedziała na fotelu pasażera obok kierowcy – no to jedziemy do Gehenny, podobno dzisiaj jest tam jakaś popaprana noc picia. A i tak w ogóle to fajnie, że nam się udało ustawić z wami. To takie spontaniczne.

- Spontaniczne to by było, gdybym w tobie doszedł podczas seksu na przystanku – pomyślał lubieżnie Bruno, wlepiając tępo wzrok w brunetkę.

- Posiedzimy tam trochę, a później zobaczymy – dodała Nat odwracając wzrok od Bruna, którego spojrzenie było co najmniej krępujące.

- Jesteśmy na miejscu - zakomunikowała Kaja, po tym jak po kilku minutach zatrzymała samochód przed wysokim budynkiem zaprojektowanym w jakimś obezwładniająco komunistycznym stylu – Mam nadzieję, że wam się spodoba, tutaj zawsze jest ciekawie – powiedziała dziewczyna z uśmiechem, a Adam mógł przysiąc, że blondynka puściła mu oko.


Wszyscy wyszli z samochodu i stanęli przed miejscem, które wyglądało jak przedsionek do socrealistycznego raju. Adam zastanawiał się dlaczego ten dziwny akademik nosi nazwę „Gehenna”.

CDN.

Od autora:

To dość długie opowiadanie, które podzieliłem na kilka części. Postaram się za kilka dni wrzucić kolejną część. Pozostańmy razem drogi czytelniku.

niedziela, 9 lutego 2014

Niedziela taka piękna, że..

Niedziela taka piękna, że nie sposób o tym nie wspomnieć. Rozpuszczający się śnieg i wszystko co wychodzi, a miało być ukryte pod kopułą zimowego zapomnienia. Śmieci i psie kupy, największy i najbardziej prozaiczny wyraz ludzkiej ignorancji. Strapienie miast, gdzie na chodnikach jest coraz mniej mniej miejsca dla ludzi przez zaparkowane samochody i coraz mniej miejsca do chodzenia przez walające się śmieci i zwierzęce odchody, których dumni właściciele nie raczyli posprzątać. A media huczą od Soczi, której nie zamierzam oglądać nawet przez chwilę, bo wiem co kryje się za pięknymi występami i obiektami, które powstały "z niczego" na pustkowiu. Więcej ciekawych informacji na temat zimowego szaleństwa (dosłownie!) tutaj.




Obraz, który przedstawiłem na początku kształtuje się w Polsce, kraju, który aspiruje do bycia państwem środkowoeuropejskim. Niestety i na szczęście, wiele rzeczy będzie zweryfikowanych podczas majowych wyborów do Parlamentu Europejskiego, w których zapewne przez niski poziom poinformowania znowu będzie brała udział garstka Polaków. To będzie taki test, czy potrafimy wystawić solidną reprezentację do struktur międzynarodowych. To istotny sprawdzian, bo brunatna hydra (choć myśleliśmy, że od dawna nie żyje) znowu pokazuje swoje głowy, które gryzą wszystkich, którzy jej nie głaszczą. No i PiS w sondażach preferencji wyborczych jest na samej górze. Bardzo złe wiadomości.

No i także nie najlepiej jest jeżeli spojrzymy w sferę mikro, tą dotyczącą nas samych. Z radia dowiaduje się, że można być zawodowym blogerem i zarabiać powyżej średniej krajowej pisząc i pisząc w sferze cyfrowej. Bloger natomiast, to taki wirtualny charakter, który tworzy wirtualną sztukę. Znowu przechodzą mnie ciarki, jak tylko pomyślę, ze mógłbym sprzedawać swoje teksty i myśli i robić to godzinowo 9-19 od poniedziałku do piątku. Nie w tym przecież rzecz, bo nikt mi za to nie płaci (i nie zapłaci), a każdy czyta lub nie czyta - w tej wersji nie ma miejsca dla mnie jako "pisacza" albo "blogera". No i oczywiście uwielbiam się spotykać z ludźmi, a wirtualność nie jest dla mnie jedyną płaszczyzną funkcjonowania.

Epoka cyfrowa niesie ze sobą wiele rozczarowań. Więcej czasu spędzamy patrząc w wyświetlacze tabletów i smartfonów niż w oczy bliskich oraz osób, na których nam zależy. Dasz wiarę drogi czytelniku? Jestem głęboko poruszony, bo pomimo tego, że zawsze mam swój telefon przy sobie, nigdy nie zamieniłbym patrzenia w oczy, zwierciadło duszy, na wlepianie wzroku w aplikację na smartfonie. To takie ciężkie do przyjęcia, ale coraz bardziej logiczne ze względu na zmiany w państwach rozwiniętych. Jak celnie stwierdził Erich Fromm: "Technicznie żyjemy w epoce atomowej, uczuciowo ciągle w epoce kamiennej".

Może brak technologii lub odcięcie się od niej na jakiś czas przybliżyłoby nas wszystkich? Tak jak w myśl zasady, że gdy nie ma prądu zwiększa się szansa na poprawienie sytuacji demograficznej. Z pośród natłoku informacji wiem jedno,  powinniśmy skupić się bardziej na innych. Łapać ich za ręce, pytać jak się czują, robić niespodzianki i sprawić, żeby się uśmiechali. To proste, nieprawdaż? Bądźmy spontaniczni, nawet gdy jesteśmy zmęczeni. Bądźmy szczęśliwi, nawet gdy nie ma czasu. No i ostatecznie walczmy o to w co wierzymy, nawet jeśli wszystko wydaje się być przeciwko nam.

środa, 5 lutego 2014

What's so funny 'bout peace love and understanding?

No i z zabiegania mój organizm powiedział "No!". Mam nadzieję, że w trakcie tych zmian pogodowych nie przytrafi mi się nic gorszego, bo będąc przeziębionym czuje się jak ptak zamknięty w klatce. 

No cóż, bywa. Abstrahując od mojego stanu zdrowia, zastanów się drogi czytelniku, co by było, gdyby zamiast strzelać do siebie i niszczyć miasta pełne bezbronnych cywilów, zwaśnione strony podałyby sobie ręce? Gdyby nie było państw, granic, piekła i nieba, a religie byłyby utożsamiane przez wszystkich z mitologią? Dokładnie tak, jak śpiewał John Lennon, i można oczywiście dodać: "You may say, I'm a dreamer but I'm not the only one. I hope some day you'll join us and the world will live as one". Wszystko jest możliwe, jeżeli tylko tego chcemy. Niestety w myśl realistycznej wizji stosunków międzynarodowych (oraz także międzyludzkich), na świecie panuje egoizm, a sojusze nawiązywane są tylko po to, aby uzyskać przewagę nad stroną trzecią. Chciałbym, żeby było inaczej, ale walka o surowce, ziemie i udowodnienie prymatu któregoś z bogów ciągle trwa i będzie trwać.
źródło: baltic-review.com

W Syrii, gdzie konflikt toczy się od 2011 roku zginęło już 130 tys. ludzi. To tak jakby wyparował cały Elbląg. I nie pomagają starania wielkich mocarstw, które w okrągłych słowach mówią o pokoju a przez swoje działania, chcą tak naprawdę zbić na Syrii swój kapitał i zrealizować interesy. Na nic zapewnienia o pozbyciu się broni chemicznej, reżim Baszara al-Asada zbiera krwawe żniwo, nie próżnują także rebelianci. 


źródło: thesleuthjournal.com
W Republice Środkowoafrykańskiej trwają walki na tle religijnym między muzułmanami a chrześcijanami. Hasłem przewodnim jest slogan "bić, gwałcić, mordować" a symbolem walk stała się maczeta. Na porządku dziennym są samosądy, denuncjacje i aresztowania. Francuzi (byli kolonizatorzy państwa), którzy wysłali swoje oddziały do Bangi, stolicy kraju, są bezradni i przyjmują postawę podobną do tej z lat dziewięćdziesiątych w wykonaniu oddziałów ONZ w Rwandzie.

I najbliżej nas, bo na Ukrainie, walki także trwają. Społeczeństwo sprzeciwia się władzy, która stosując represyjne metody działania szarga prawa człowieka i obywatela. Janukowycz ma zbyt wiele do stracenia, tak samo jak ludzie zebrani na Euromajdanie i w innych częściach Ukrainy. Impas będzie trwał, zobaczymy jak długo. Berkut i milicja ma dosłownie pełne ręce roboty, bo owe służby nie kryją się już z torturowaniem i używaniem przemocy bezpośredniej wobec demonstrantów. 


Moim marzeniem jest świat bez wojen i nienawiści, w którym ludzie się szanują, rozmawiają ze sobą i uczą się od siebie nawzajem. To bardzo idealistyczna wizja, ale kto wie, może kiedyś decydenci to zrozumieją.




poniedziałek, 3 lutego 2014

Schematy, które powielamy

Poniedziałek zaczął się z hukiem. Choć może powinienem przyzwyczaić się do takiego nawału obowiązków i jak Koreańczycy z Południa zacisnąć zęby i przyjmować wszystko z pokorą powtarzając hwaiting ("do boju"). No bo po zakończonym weekendzie, który napełnił mnie nieskończonym entuzjazmem i energią, jest jeszcze więcej do zrobienia. Postanowiłem sobie, że mogę spać krócej - a nawet nie zważając na senność zacząć pracę jak tylko wróciłem do domu. Postanowiłem także nigdy nie zaniedbać innych, a w szczególności osób na których mi zależy. Ważne jest przecież, aby słowa trafiały do ciebie drogi czytelniku. Aha, mam także nadzieję, że spodobał się "Kopciuszek Strong", bo była to taka mała odskocznia od tego, co przeważnie pojawia się na łamach tego bloga. Obiecuję, że jeszcze kiedyś zamieszczę jedną powieść.

Wracając do rzeczywistości. Coraz bardziej uświadamiam sobie sprawę z faktu, że niektóre zachowania mają wymiar globalny, a wzorce zachowań mogą być przenoszone między państwami, a nawet kontynentami. Nie zawsze z pozytywnym skutkiem. To dzieje się od setek lat. Tak było w przypadku przenikania się kultury Stanów Zjednoczonych z tradycją koreańską, a wszystko zaczęło się od chwili, kiedy Amerykanie znaleźli się na południu Półwyspu Koreańskiego ponad sześć dekad temu i samą obecnością wpływali na świadomość mieszkańców. Jeszcze wcześniej, a nawet dużo wcześniej, ci sami Amerykanie zrujnowali doszczętnie rdzenną kulturę mieszkańców kontynentu i zamknęli ich w rezerwatach, które z kolei stały się gettami pełnymi patologii przejętych od białego człowieka. Choć Amerykanie i tak nie byli najgorsi. Jeżeli spojrzymy na to, co Francisco Pizarro zrobił z państwem Inków uświadomimy sobie ogrom zniszczenia. Wystarczy wyobrazić sobie starcie czołgu ze średniowiecznym rycerzem. Tak właśnie "wielki odkrywca"  wraz z grupką ludzi dokonał najkrwawszego podboju w dziejach nowożytnych. Wszystko w imię boga, złota i srebra. 

Obecnie wzorce zachowań i kultury także się przeplatają i przenikają. Dzisiaj w jednej ze szkół w Moskwie nastolatek przyniósł do szkoły broń, zastrzelił nauczyciela od geografii i policjanta oraz zranił innego funkcjonariusza. Następnie młody gniewny wziął zakładników i pertraktował z policją. W Stanach Zjednoczonych takie zachowania są bardzo częste (sam cyklicznie o nich wspominam) i do prawdy nie mogę zrozumieć kretynów z National Rifle Association, którzy propagują posiadanie broni. Bo to zapisane w konstytucji, bo każdy powinien się bronić, bo to tradycja. Co za ogromna ślepota kieruje tymi ludźmi. Osobiście uważam, i zapewne znajdę wielu zwolenników w swoim rozumowaniu, posiadanie broni stwarza okazję do jej użycia, a kiedy już tak się stanie wątłe lub niestabilne umysły na całym świecie, które usłyszą taką informację zaczynają się zastanawiać "a co by było gdybym to ja pociągnął za spust". Pętla strachu, ot co.

Po raz kolejny kierując uwagę w stronę Rosji widzę u władz ogromny ból. Po pierwsze, utracona wielkość (mocarstwowość) odbija się czkawką, która ma zostać zatrzymana przez Igrzyska w Sochi, których organizacja pochłonęła jak na razie 50 mld USD. To połowa wydatków budżetu Rzeczypospolitej na rok 2014, najdroższe Igrzyska w historii. To taka implementacja imprezy zimowej w Rosji  - ma być przepych i niech świat to zobaczy. Do tego dokładamy fakt, że prezydent wykorzystuje maksymalnie wydarzenia, aby poprawić wizerunek państwa oraz swój własny, co wychodzi mu dość marnie. Po drugie, Putina kuje także fakt, że na Ukrainie ludność zbuntowała się przeciwko represyjnej władzy, wyszła na ulicę i za nic w świecie nie chce się poddać. Przecież w Rosji coś takiego by nie przeszło - pomyśli zapewne niejeden decydent w Moskwie. A co będzie jak Janukowycz odpuści? Wtedy Rosjanie stracą wpływy, a Ukraina może realnie stać się proeuropejska. Jak na razie walka trwa i to dosłownie, a do oderwania od wpływów rosyjskich daleko. Pisząc apel do władz Ukrainy z ramienia mojego stowarzyszenia i robiąc wywiad o wydarzeniach z Kijowa z moją koleżanką, dziennikarką z Interfaxu, mam nadzieję, że wśród ton ubrań rzeczy, sprzętu i leków od Polaków dla Ukraińców, także i ja dokładam swoją cegiełkę. Nigdy nie zgodzę się na władzę, której bronią jest strach i ucisk obywateli.

Mam na głowie kolejne zmartwienie, choć nie ciąży mi jeszcze tak bardzo (zobaczymy za niecałe dwa lata). Jarosław Kaczyński skończył swoją infantylną grę i pokazał wreszcie, że to nie prof. Gliński, tylko on chce być premierem. To najgorszy scenariusz, jaki mógłby się zrealizować, gorszy niż wszystkie błędy rządu Platformy Obywatelskiej i wypaczenia doby SLD. Wyobraź sobie tylko drogi czytelniku, co by było, gdyby ministrami byli ludzie z otoczenia wodza. Człowiek owładnięty chęcią rządzenia będzie obsadzał na stanowiskach wiernych mu wariatów. Macierewicz znalazłby miejsce w tym cyrku jak ulał. A w przypadku PiS należy dodać jeszcze nacjonalistyczno-katolicki wymiar tego przedstawienia. Aż strach się bać.

No i na koniec smutna wiadomość. Niestety. Philip Seymour Hoffman znany z wybitnych ról w filmach "25 godzina", "Capote", "Happiness" czy ostatnie "Igrzyska Śmierci" dnia wczorajszego dokonał żywotu. Niestety mój smutek jest o tyle wielki, bo jestem straszne wkurzony na Hoffmana. Aktor nie zginął w wypadku samochodowym, nie zastrzelił go wariat lub fan i ostatecznie nie umarł on ze starość - Seymour Hoffman wyćpał o jedną lub dwie dawki heroiny za dużo i umarł w wieku 46 lat w pokoju hotelowym ze strzykawką sterczącą z przedramienia. Taki wstyd panie Hoffman, taki wstyd.