Wracając do rzeczywistości. Coraz bardziej uświadamiam sobie sprawę z faktu, że niektóre zachowania mają wymiar globalny, a wzorce zachowań mogą być przenoszone między państwami, a nawet kontynentami. Nie zawsze z pozytywnym skutkiem. To dzieje się od setek lat. Tak było w przypadku przenikania się kultury Stanów Zjednoczonych z tradycją koreańską, a wszystko zaczęło się od chwili, kiedy Amerykanie znaleźli się na południu Półwyspu Koreańskiego ponad sześć dekad temu i samą obecnością wpływali na świadomość mieszkańców. Jeszcze wcześniej, a nawet dużo wcześniej, ci sami Amerykanie zrujnowali doszczętnie rdzenną kulturę mieszkańców kontynentu i zamknęli ich w rezerwatach, które z kolei stały się gettami pełnymi patologii przejętych od białego człowieka. Choć Amerykanie i tak nie byli najgorsi. Jeżeli spojrzymy na to, co Francisco Pizarro zrobił z państwem Inków uświadomimy sobie ogrom zniszczenia. Wystarczy wyobrazić sobie starcie czołgu ze średniowiecznym rycerzem. Tak właśnie "wielki odkrywca" wraz z grupką ludzi dokonał najkrwawszego podboju w dziejach nowożytnych. Wszystko w imię boga, złota i srebra.
Obecnie wzorce zachowań i kultury także się przeplatają i przenikają. Dzisiaj w jednej ze szkół w Moskwie nastolatek przyniósł do szkoły broń, zastrzelił nauczyciela od geografii i policjanta oraz zranił innego funkcjonariusza. Następnie młody gniewny wziął zakładników i pertraktował z policją. W Stanach Zjednoczonych takie zachowania są bardzo częste (sam cyklicznie o nich wspominam) i do prawdy nie mogę zrozumieć kretynów z National Rifle Association, którzy propagują posiadanie broni. Bo to zapisane w konstytucji, bo każdy powinien się bronić, bo to tradycja. Co za ogromna ślepota kieruje tymi ludźmi. Osobiście uważam, i zapewne znajdę wielu zwolenników w swoim rozumowaniu, posiadanie broni stwarza okazję do jej użycia, a kiedy już tak się stanie wątłe lub niestabilne umysły na całym świecie, które usłyszą taką informację zaczynają się zastanawiać "a co by było gdybym to ja pociągnął za spust". Pętla strachu, ot co.
Mam na głowie kolejne zmartwienie, choć nie ciąży mi jeszcze tak bardzo (zobaczymy za niecałe dwa lata). Jarosław Kaczyński skończył swoją infantylną grę i pokazał wreszcie, że to nie prof. Gliński, tylko on chce być premierem. To najgorszy scenariusz, jaki mógłby się zrealizować, gorszy niż wszystkie błędy rządu Platformy Obywatelskiej i wypaczenia doby SLD. Wyobraź sobie tylko drogi czytelniku, co by było, gdyby ministrami byli ludzie z otoczenia wodza. Człowiek owładnięty chęcią rządzenia będzie obsadzał na stanowiskach wiernych mu wariatów. Macierewicz znalazłby miejsce w tym cyrku jak ulał. A w przypadku PiS należy dodać jeszcze nacjonalistyczno-katolicki wymiar tego przedstawienia. Aż strach się bać.
No i na koniec smutna wiadomość. Niestety. Philip Seymour Hoffman znany z wybitnych ról w filmach "25 godzina", "Capote", "Happiness" czy ostatnie "Igrzyska Śmierci" dnia wczorajszego dokonał żywotu. Niestety mój smutek jest o tyle wielki, bo jestem straszne wkurzony na Hoffmana. Aktor nie zginął w wypadku samochodowym, nie zastrzelił go wariat lub fan i ostatecznie nie umarł on ze starość - Seymour Hoffman wyćpał o jedną lub dwie dawki heroiny za dużo i umarł w wieku 46 lat w pokoju hotelowym ze strzykawką sterczącą z przedramienia. Taki wstyd panie Hoffman, taki wstyd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz