Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.
czwartek, 29 maja 2014
wtorek, 13 maja 2014
sobota, 3 maja 2014
Ta smutna historia
W majówkę pada chyba w większości miast w Polsce. Tyle się zbierało sił, żeby w wolne dni móc zaznać relaksu na świeżym powietrzu, a tu czynniki od nas niezależne pokrzyżowały plany. Determinizm to pojęcie, które coraz częściej wkrada się do ludzkiego życia. W tą okropną pogodę przedstawiam równie brzydką i ciemną stronę życia ludzkiego - uzależnienia. Może nie będzie to kompendium wiedzy poparte danymi statystycznymi, ale mam nadzieję, że odnajdziesz w moich słowach coś, drogi czytelniku, co może zmienić rzeczywistość twoją lub ludzi, którzy cię otaczają.
Człowiek nie jest istotą doskonałą i nigdy nią nie będzie. Badał prawda? Od tego jednak trzeba zacząć mówienie o uzależnieniu. Jako istoty obdarzone wolną wolą, różniące się od zwierząt myśleniem abstrakcyjnym, mową artykułowaną i nieskończoną nieprzewidywalnością z każdym rokiem, dekadą i epoką musimy dźwigać na swoich barkach trud zmian, na które nie mamy wpływów. Czasami z obserwatorów upadku, stajemy się ich niemymi obserwatorami, albo niechcianymi sprawcami, którzy swoją biernością wyrządzają największą krzywdę.
Kiedyś nie było Internetu, skarbnicy wiedzy i informacji, miejsca, które zawłaszczyło ogromną przestrzeń życia społecznego i wytworzyło równoległą rzeczywistość. Częściej do siebie dzwoniliśmy mówiąc formułki typu: "Dzień dobry, czy ... jest w domu?". Przecież istniały czasy, w których telefony były wyłącznie w domach, albo budkach telefonicznych. Pisaliśmy do siebie listy, kupowaliśmy koperty i znaczki, czekaliśmy na spotkanie z osobami w umówionym miejscu o wyznaczonej godzinie. Było trochę mniej "funkcjonalnie", ale wtedy trzeba było użyć wyobraźni i wykazać się cierpliwością.
Były też czasy, gdzie narkotyki były mniej popularne, a dostęp do nich praktycznie niemożliwy. Prochy stanowiły tło amerykańskich filmów, wlewały się do naszej świadomości przez działalność Marka Kotańskiego, mroczny obraz HiV i AIDS czy złudne wyobrażenia o Jamajce. Choć warto dodać, że substancje odurzające, w każdej postaci, towarzyszyły człowiekowi od początków ogromnych cywilizacji. Ludzie się o nie zabijali, przez nie wybuchały wojny. Ciekawe, że elementy tej historii nie są tak bardzo odległe.
Przez zmiany cywilizacyjne i kulturę masową zostaliśmy wpisani w konkretne ramy działania, zdeterminowani przez środowisko, które nas otacza, stając się w ogromnej mierze zewnątrzsterowni. Lubię w takich sytuacjach przytaczać Nietzschego, który w swojej zawziętości do demonizowania świata i człowieka miał wiele racji. Powiedział on kiedyś "Ileż krwi i zgrozy leży na dnie wszystkich <>". No właśnie ile?
Graham Maclnode - heroinista
Graham Maclndoe był dobrym fotografem, pracował dla magazynu "The Guardian", robił (i nadal robi) świetne zdjęcia, jednak jego życie wpadło na tor niezwykle niebezpieczny, ciemny i samolubny. Graham pewnego razu po imprezie, po kokainowym zjeździe po raz pierwszy zapalił heroinę, chemię, która zabiła większość znanych, podziwianych i zagubionych sław (jak sam wiesz, drogi czytelniku, ich lista jest długa). Fotograf szybko się uzależnił, ale od innych ćpunów dzieliło go to, że robił zdjęcia, które obrazowały jego codzienną wycieczkę po zatrutym ogrodzie.
Ktoś powie "Nie będziemy na ćpunów wydawali pieniędzy!", to spojrzenie jednopłaszczyznowe, choć nie tak odmienne od tego, które mają osoby uzależnione w kontakcie z substancją/sytuacją, od której są uzależnieni. Myślę, że takie głosy ucichną, gdy tylko uda się rozpocząć transformację globalnej polityki prohibicyjnej, zastąpić politykę i programy wynikające z ideologii i przekonań politycznych sensowną polityką podatkową i strategiami opartymi na nauce, trosce o zdrowie i bezpieczeństwo społeczne. Trzeba zrozumieć wszystkich uzależnionych, pozbyć się oślepiającej miłości własnej i egoizmu, wyciągając rękę do wszystkich, którzy przez swoje otoczenie, niewłaściwe decyzje lub krach w życiu znaleźli się w ciężkiej sytuacji życiowej. Inaczej będzie tak jak mówi filozof: "Ziemia ma skórę, a ta skóra ma choroby. Jedną z nich jest człowiek".
![]() |
| "Edward" fot. Nick Haymes |
Człowiek nie jest istotą doskonałą i nigdy nią nie będzie. Badał prawda? Od tego jednak trzeba zacząć mówienie o uzależnieniu. Jako istoty obdarzone wolną wolą, różniące się od zwierząt myśleniem abstrakcyjnym, mową artykułowaną i nieskończoną nieprzewidywalnością z każdym rokiem, dekadą i epoką musimy dźwigać na swoich barkach trud zmian, na które nie mamy wpływów. Czasami z obserwatorów upadku, stajemy się ich niemymi obserwatorami, albo niechcianymi sprawcami, którzy swoją biernością wyrządzają największą krzywdę.
Kiedyś nie było Internetu, skarbnicy wiedzy i informacji, miejsca, które zawłaszczyło ogromną przestrzeń życia społecznego i wytworzyło równoległą rzeczywistość. Częściej do siebie dzwoniliśmy mówiąc formułki typu: "Dzień dobry, czy ... jest w domu?". Przecież istniały czasy, w których telefony były wyłącznie w domach, albo budkach telefonicznych. Pisaliśmy do siebie listy, kupowaliśmy koperty i znaczki, czekaliśmy na spotkanie z osobami w umówionym miejscu o wyznaczonej godzinie. Było trochę mniej "funkcjonalnie", ale wtedy trzeba było użyć wyobraźni i wykazać się cierpliwością.
Były też czasy, gdzie narkotyki były mniej popularne, a dostęp do nich praktycznie niemożliwy. Prochy stanowiły tło amerykańskich filmów, wlewały się do naszej świadomości przez działalność Marka Kotańskiego, mroczny obraz HiV i AIDS czy złudne wyobrażenia o Jamajce. Choć warto dodać, że substancje odurzające, w każdej postaci, towarzyszyły człowiekowi od początków ogromnych cywilizacji. Ludzie się o nie zabijali, przez nie wybuchały wojny. Ciekawe, że elementy tej historii nie są tak bardzo odległe.
Przez zmiany cywilizacyjne i kulturę masową zostaliśmy wpisani w konkretne ramy działania, zdeterminowani przez środowisko, które nas otacza, stając się w ogromnej mierze zewnątrzsterowni. Lubię w takich sytuacjach przytaczać Nietzschego, który w swojej zawziętości do demonizowania świata i człowieka miał wiele racji. Powiedział on kiedyś "Ileż krwi i zgrozy leży na dnie wszystkich <
![]() |
| "Fatamorgany" fot. Philip Cheung |
Graham Maclnode - heroinista
Graham Maclndoe był dobrym fotografem, pracował dla magazynu "The Guardian", robił (i nadal robi) świetne zdjęcia, jednak jego życie wpadło na tor niezwykle niebezpieczny, ciemny i samolubny. Graham pewnego razu po imprezie, po kokainowym zjeździe po raz pierwszy zapalił heroinę, chemię, która zabiła większość znanych, podziwianych i zagubionych sław (jak sam wiesz, drogi czytelniku, ich lista jest długa). Fotograf szybko się uzależnił, ale od innych ćpunów dzieliło go to, że robił zdjęcia, które obrazowały jego codzienną wycieczkę po zatrutym ogrodzie.
Graham, napruty heroiną, w całym chaosie uzależnienia pamiętał, żeby robić zdjęcia codziennych rytuałów ćpania - grzania prochów na łyżce, dawania w żyłę i tych kilku sekund "chwały" po zastrzyku. Jego "narkotyczny folder" liczy kilkaset zdjęć, dla ludzi, którzy nigdy nie mieli styczności z narkotykami i innymi uzależnieniami będzie naturalnie okropny. Nie ma się co dziwić, narkotyki to platoniczna miłość.
Fotograf "Guardiana" w wywiadzie ze swoją dziewczyną, która wyciągnęła go z dna, powiedział o swoim nałogu: "Zaczynasz tracić wszystko. Zaczynasz tracić przyjaciół, swoje oszczędności, miejsce w którym mieszkasz. Tracisz obraz rzeczywistości, swoją moralność - wszystko idzie na marne." To szczera prawda i tyczy się nie tylko heroiny. Kiedy jesteś uzależniony od Internetu też tracisz kontakt z otoczeniem, tzw. realem, alkohol niszczy twoją rodzinę i zdrowie oraz obraz postrzegania świata bez picia, a seks z nieznajomymi sprawia, że nie potrafisz wejść w sferę uczuć normalnie. Każda krótkotrwała podnieta niesie ze sobą cały łańcuch zdarzeń, sprawia, żer później lata trzeba leczyć się na ból i ogromny strach.
Czy sam jestem uzależniony od czegoś? Na pewno jestem i byłem. Jestem, bo nie mogę znieść życia bez informacji, innych osób i pisania. Byłem, bo mój romans do alkoholu sprawił, że zachowywałem się jak ktoś inny, nie mogłem kontrolować przepływu informacji. Pośrednio przez to straciłem dziewczynę, którą kochałem z całego serca. Po tym jak zdałem sobie sprawę z tego co się stało, było już za późno. Teraz staram się wszystko ograniczać.
![]() |
| "To ja, rozmyty" fot. Jakub Skalski |
Osoba uzależniona traci
Wszyscy uzależnieni tracą pieniądze, bliskich, a przede wszystkim czas. Każda myśl związana jest z nałogiem. Musisz zapalić, żeby nie być zdenerwowanym, musisz się napić, żeby powstrzymać drżenie rąk i inny objawy nie picia, musisz zrobić wszystko, żeby znaleźć wymówkę do kontaktu z substancją. Nie jestem lekarzem uzależnień, nie jestem psychologiem, ani terapeutą, ale bacznie obserwuje moich znajomych i całą otaczającą mnie rzeczywistość. Nigdy nie twierdziłem, że narkotyki są czymś nieskończenie złym, a ludzi, którzy je biorą trzeba izolować i potępiać, wręcz przeciwne, uważam, że wszystko jest dla ludzi, jednak także we wszystkim konieczny jest umiar. Jak wiadomo ten umiar to pojęcie względne, a granicę pomiędzy "mogę" a "muszę" szybko się zacierają.
![]() |
| "Przerażające nokturny" fot. Olivia Bee |
Otaczają mnie ludzie uzależnieni. Nie, nie, drogi czytelniku, nie same ćpuny. Uzależnienia są domeną ludzi, którzy chcą otwierać nowe niezbadane przejścia, które czasami prowadzą w otchłań. Kiedy zaczynamy naszą wędrówkę z podmiotem, który nas uzależnia jesteśmy jak czarnoksiężnik przywołujący demony, których czasem (lub z upływem czasu) nie da się kontrolować. Jak wpadamy w świat złudzeń swoich możliwości, tego, że jesteśmy w stanie skończyć, a z rana drąży nas jedna myśl, może nie być lekko. Nietzsche pomóż...
"Zniszczenie jakiegoś złudzenia nie prowadzi do żadnej prawdy, lecz powiększa naszą niewiedzę, rozszerza <> w jakiej żyjemy."
Bez innych, poza społeczeństwem
Ludzie boją się innych uzależnionych, w większości przypadków czują do nich niechęć, czasami odrazę. Nie ma się co dziwić, bo w zasadzie człowiek z natury woli funkcjonować w rzeczywistości, która jest mu na rękę i nie zawiera wynaturzeń, spełnia jego oczekiwania etyczne i moralne. Stąd też brak zrozumienia wobec tych, którzy wpadli w wir bycia "przywiązanym".
Jak jest w Polsce? Działa u nas Monar, który pomaga ludziom wykluczonym, tym, od których większość się odwróciła. Kotański zrobił świetną robotę, a jego dzieło jest kontynuowane. Jednak w przypadku innych instytucji, osoba z problemami nie ma tak łatwo. Państwo ma gdzieś wszystkie osoby, które weszły na ścieżkę zatracenia w uzależnieniu. Władzy na rękę jest umieszczanie w więzieniach wszystkich, którzy posiadają substancje nielegalne, niezależnie od ich sytuacji i przeszłości. Nie ma w tym najmniejszego znamienia prewencji, leczenia oraz redukcji szkód. Problemy pozostają nierozwiązane i są powielane, traci na tym państwo, tracą uzależnieni. Tak bardzo potrzeba nam zmian i nowej polityki narkotykowej.
Problem uzależnień ma swój międzynarodowy wyraz, a świadczy o tym funkcjonowanie nobilitowanej grupy, którzy podeszli do tematu z zacięciem. Mowa o Światowej Komisji do spraw Polityki Narkotykowej, grupy składającej się z byłych prezydentów (od nas prezydent Kwaśniewski), premierów, pisarzy, intelektualistów, przedsiębiorców i działaczy społecznych. Oni wszyscy rozumieją, że konieczne jest skończenie z kryminalizacją, marginalizacją i stygmatyzacją osób uzależnionych, a wojna z narkotykami już dawno została przegrana i należy zaoferować opiekę zdrowotną i leczenie tym, którzy tego potrzebują.
Szerzej na temat działalności prawnej, społecznej i politycznej w sprawie uzależnień pisałem jakiś czas temu TU.
Czytając i oglądając
Z literatury krajowej warto przywołać czarną rzeczywistość ćpania przedstawioną przez Basię Rosiek w "Pamiętnikach narkomanki" - bardzo dosadny obraz miłości do heroiny. Trzeba tutaj także wspomnieć o dziele Anny Onichimowskiej "Hera moja miłość" opisującej losy Jacka i jego dziewczyny, którzy razem spadają w dół narkotyków.Takie pisanie miało chyba za zadanie tylko i wyłącznie pokazać odpowiedź na pytanie "co jeśli...", bo ciężko tutaj o głębszą analizę uzależnienia. Nie ma się co dziwić, bo kto z młodych ludzi sięga po pozycje naukowe, które rozkładają uzależnienie na czynniki pierwsze?
W filmie jeszcze kilkanaście lat temu kino polskie ukazywało czarne, mroczne i brudne wizje uzależnienia. Do czołówki dzieł kinematografii tamtej epoki można zaliczyć:
- "Pora na czarownice" (1993)
- "Oszołomienie" (1988)
- "Nocne graffiti" (1996)
Później obraz narkotyków w społeczeństwie polskim zmienił swój wizerunek, a osoba uzależniona przestała być tylko i wyłącznie mieszkańcem Dworca Centralnego i nosicielem wirusa HiV. Przykładem zmiany podejścia jest film Andrzeja Seweryna "Kto nigdy nie żył..." z 2006 roku, opisujący historię księdza (Michał Żebrowski) pomagającego osobom uzależniony. Jednak nie chcę pisać tylko o narkotykach, bo ostatnie dzieła kinematografii takie jak "Pod Mocnym Aniołem" Jacka Smarzowskiego czy "Sala samobójców" Jana Komasa pokazują, że pożądanie ludzkie ma różne oblicza. Nie wszystkie są publiczne pokazywane, stąd wiele niezrozumienia wobec uzależnionych.
Wybór
Każdy człowiek ma wybór. Znowu banał? Niby tak, ale czasami decyzyjność zostaje ograniczona do zera, kiedy przez uzależnienia trafia się do więzienia lub zostaje się samemu z problemem. Żeby z czymś skończyć, trzeba się nauczyć procesów i pewnych schematów, a to bardzo indywidualna sprawa. Nie da się odciąć od uzależnienia całkowicie, bo z tył głowy zawsze pozostaną wspomnienia o tym, co było i tylko od nas samych zależeć będzie czy powrócimy do spadania w otchłań.
Uwielbiam ludzi, szanuję ich, bez względu na to czy są od czegoś uzależnieni czy nie. Warto jest wysłuchać, co mają do powiedzenia, nawet jeżeli bezpośrednio to nas nie dotyczy. Lubię słuchać, bo historie mogą być zarówno przestrogą dla nas samych, jak ulgą dla naszych rozmówców. Każdy z nas chce być przecież szczęśliwy, nie wszyscy jednak jesteśmy w stanie wybrać właściwą drogę, żeby osiągnąć ten cel.
| Maclndoe po wyjściu z nałogu, fot. Susan Stellin, jego dziewczyna |
piątek, 18 kwietnia 2014
Eurowizja, czyli my Słowianie w natarciu
Od roku 1956, kiedy rozpoczął się Konkurs Piosenki Eurowizji, bla, bla bla... Nie będę przytaczał historii związanej z tym jakże ciekawym konkursem na najlepszą piosenkę kontynentu, bo wikipedia miałaby konkurencję, a ja uchodziłbym za wielkiego fana tego wydarzenia. W rzeczywistości moje zainteresowanie Eurowizją i uczestnictwem Polski w tym evencie jest wątpliwe, ale ostatnio coś jakby drgnęło.
Za każdym razem, gdy rodzice zasiadali przed telewizorem, żeby obejrzeć na publicznej stacji obejrzeć finał Eurowizji moja reakcja była podobna: "Czy możecie przełączyć?" lub "Boże, kto w tym roku nas reprezentuje...". Niemniej wraz z faktem, że tym razem naszą wizytówką będzie Cleo i Donatan z piosenką "My Słowianie", która dosłownie podpaliła Internet w Polsce, zainteresowałem się tą "imprezą muzyczną" w AD 2014. Nie muszę chyba dodawać, że muzyka, której słucham nie jest puszczna (już) w telewizji, a to, co jest rokrocznie prezentowane na Eurowizji kojarzy mi się z Władysławowem/Chałupami/Mielnem/Kołobrzegiem 1999 i podniesionymi kołnierzykami na plażowych imprezach, albo muzyką w radiu, którą komentuję tak: "zmieniam stację". Ot, taka moja mała uszczypliwość.
Podobno nasz kraj miał wystartować na tej znamienitej imprezie już w 1975, kiedy socrealizm hulał na dobre, a Gierek zapożyczał się wszędzie gdzie się dało. Niestety szczelna żelazna kurtyna nie dała możliwości skonfrontowania się ze zgniłym Zachodem w pojedynku na słowa, a Anna Jantar, która miała wtedy wystąpić reprezentując nasz kraj, zginęła pięć lat później w katastrofie lotniczej na Okęciu nie doczekawszy debiutu Polski na Eurowizji.
Udało się nam zatriumfować w roku śmierci Kurta Cobaina (1994) - wtedy to własnie Edyta Górniak "perełka" polskiej muzyki, szkolnych dyskotek i spotkań przy wódce, wystąpiła z piosenką "To nie ja" i roztopiła serca jurorów. Mieliśmy wejście z przytupem, bo od razu zajęliśmy 2 miejsce - najlepsze w historii naszego udziału w tym muzycznym show. Ach, śliczna i młoda Edyta Górniak, wspomnień czar... (daje czadu od 1:20)
No, ale teraz troszkę konkretniej. Eurowizja to papierek lakmusowy polityki zagranicznej i układów, które panują w Europie. Dlaczego się dziwisz drogi czytelniku? Przecież kiedyś była nawet wojna footballowa, więc czemu nie prowadzić wieloletniej muzycznej batalii? W roku 1956 państwami, które wzięły udział były: Belgia, Luksemburg, Holandia, Niemcy, Włochy, Francja oraz Szwajcaria. Oprócz ostatniego uczestnika, były to państwa założycielskie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, która powstała cztery lata wcześniej. Przypadek? Wątpliwa sprawa, bo integracja może zachodzić także na szczeblu artystycznym, a sojusznicy lubią konsolidować swoje dobre stosunki.
Eurowizja doświadczyła także "zmiany stanu" poszczególnych uczestników. Państwa takie, jak NRD i RFN, Czechosłowacja czy Jugosławia (jako jedyna dopuszczona do uczestnictwa w dobie zimnej wojny) poprzez zachodzące procesy wewnętrzne i zewnętrzne występowały w kolejnych edycjach konkursu w różnych formach - zjednoczone lub podzielone. Udział krajów bloku wschodniego był ograniczany aż do upadku ZSRR, a kiedy kolos był słaby, można było działać pełną gębą. Stąd wysyp "oswobodzonych" państw od roku 1994.
Widać w tym przypadku jeszcze trochę innych dziwactw w postaci np. uczestnictwa Turcji, Izraela, Azerbejdżanu, Gruzji, Rosji i Maroka. Pomimo, że są to kraje Azjatyckie i Afrykańskie (Maroko), udział piosenkarzy z tych państw jest symbolem tego, jak ich interesy dalece wgryzają się w Europę. A w ramach case study zastanówmy się, jak czułby się Izrael w Eurowizji w wersji swojego regionu. To samo tyczy się Rosji, która w zależności od sytuacji jest albo azjatycka albo europejska. Zapomniałbym, Kosowo w ogóle nie jest brane pod uwagę.
Powracając do Polski, widać, że się staramy. Staramy się nie spaść niżej niż się da, bo z roku na rok jest jeszcze gorzej. Piosenek prezentowanych przez polskich artystów od kilkunastu lat nie da się słuchać na trzeźwo, a miejsca przez nich zajmowane przypominają slogan "Co z tą Polską?". Mam wymieniać "talenty", które zapamiętałem? Ok:
Za każdym razem, gdy rodzice zasiadali przed telewizorem, żeby obejrzeć na publicznej stacji obejrzeć finał Eurowizji moja reakcja była podobna: "Czy możecie przełączyć?" lub "Boże, kto w tym roku nas reprezentuje...". Niemniej wraz z faktem, że tym razem naszą wizytówką będzie Cleo i Donatan z piosenką "My Słowianie", która dosłownie podpaliła Internet w Polsce, zainteresowałem się tą "imprezą muzyczną" w AD 2014. Nie muszę chyba dodawać, że muzyka, której słucham nie jest puszczna (już) w telewizji, a to, co jest rokrocznie prezentowane na Eurowizji kojarzy mi się z Władysławowem/Chałupami/Mielnem/Kołobrzegiem 1999 i podniesionymi kołnierzykami na plażowych imprezach, albo muzyką w radiu, którą komentuję tak: "zmieniam stację". Ot, taka moja mała uszczypliwość.
| "My Słowianie" - utwór prezentujący najpiękniejsze oblicza Polski (i nie tylko) |
Podobno nasz kraj miał wystartować na tej znamienitej imprezie już w 1975, kiedy socrealizm hulał na dobre, a Gierek zapożyczał się wszędzie gdzie się dało. Niestety szczelna żelazna kurtyna nie dała możliwości skonfrontowania się ze zgniłym Zachodem w pojedynku na słowa, a Anna Jantar, która miała wtedy wystąpić reprezentując nasz kraj, zginęła pięć lat później w katastrofie lotniczej na Okęciu nie doczekawszy debiutu Polski na Eurowizji.
Udało się nam zatriumfować w roku śmierci Kurta Cobaina (1994) - wtedy to własnie Edyta Górniak "perełka" polskiej muzyki, szkolnych dyskotek i spotkań przy wódce, wystąpiła z piosenką "To nie ja" i roztopiła serca jurorów. Mieliśmy wejście z przytupem, bo od razu zajęliśmy 2 miejsce - najlepsze w historii naszego udziału w tym muzycznym show. Ach, śliczna i młoda Edyta Górniak, wspomnień czar... (daje czadu od 1:20)
No, ale teraz troszkę konkretniej. Eurowizja to papierek lakmusowy polityki zagranicznej i układów, które panują w Europie. Dlaczego się dziwisz drogi czytelniku? Przecież kiedyś była nawet wojna footballowa, więc czemu nie prowadzić wieloletniej muzycznej batalii? W roku 1956 państwami, które wzięły udział były: Belgia, Luksemburg, Holandia, Niemcy, Włochy, Francja oraz Szwajcaria. Oprócz ostatniego uczestnika, były to państwa założycielskie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, która powstała cztery lata wcześniej. Przypadek? Wątpliwa sprawa, bo integracja może zachodzić także na szczeblu artystycznym, a sojusznicy lubią konsolidować swoje dobre stosunki.
Eurowizja doświadczyła także "zmiany stanu" poszczególnych uczestników. Państwa takie, jak NRD i RFN, Czechosłowacja czy Jugosławia (jako jedyna dopuszczona do uczestnictwa w dobie zimnej wojny) poprzez zachodzące procesy wewnętrzne i zewnętrzne występowały w kolejnych edycjach konkursu w różnych formach - zjednoczone lub podzielone. Udział krajów bloku wschodniego był ograniczany aż do upadku ZSRR, a kiedy kolos był słaby, można było działać pełną gębą. Stąd wysyp "oswobodzonych" państw od roku 1994.
Widać w tym przypadku jeszcze trochę innych dziwactw w postaci np. uczestnictwa Turcji, Izraela, Azerbejdżanu, Gruzji, Rosji i Maroka. Pomimo, że są to kraje Azjatyckie i Afrykańskie (Maroko), udział piosenkarzy z tych państw jest symbolem tego, jak ich interesy dalece wgryzają się w Europę. A w ramach case study zastanówmy się, jak czułby się Izrael w Eurowizji w wersji swojego regionu. To samo tyczy się Rosji, która w zależności od sytuacji jest albo azjatycka albo europejska. Zapomniałbym, Kosowo w ogóle nie jest brane pod uwagę.
Powracając do Polski, widać, że się staramy. Staramy się nie spaść niżej niż się da, bo z roku na rok jest jeszcze gorzej. Piosenek prezentowanych przez polskich artystów od kilkunastu lat nie da się słuchać na trzeźwo, a miejsca przez nich zajmowane przypominają slogan "Co z tą Polską?". Mam wymieniać "talenty", które zapamiętałem? Ok:
- Piasek, rok 2001, miejsce 20
- Ich Troje, rok 2003, miejsce 7 (winszuję! choć trzy lata później nie dostali się do finału)
- Blue Cafe, rok 2004, miejsce 17
- Ivan i Delfin, rok 2005 (piach, nie dostali się do finału)
- The Jet Set, rok 2007 (piach II, nie dostali się do finału)
Jak zatem widać nie jesteśmy orłami. Ale trzeba pamiętać, że drogą do sławy jest kręta i niebezpieczna, a wygranej nie gwarantuje tylko piosenka, bo decydują także czynniki takie, jak wygląd. Żeby było jasne, niejednokrotnie "gwiazdy" z Europy lepiej wyglądają niż śpiewają.
A co będzie w roku 2014? Na pewno dużo radości, bo wracamy z energetyzującym "My Słowianie", piosenką, która wpada w ucho, promuję kraj i ma niesamowity teledysk, w którym podobno nie chodzi tylko i wyłącznie o cycki. Konkurencja, hmmm, jaka konkurencja?! Zresztą oceńcie sami patrząc na spin-off'y artystów z Europy i nie tylko. Pozostaje nam czekać, aż 10 maja o 21.00 we wszystkich stacjach telewizji publicznej (no może za wyjątkiem TVP2 i TVP Info) będzie transmitowany finał Eurowizji. Mam nadzieję, że "my Słowianie wiemy, jak użyć mowy ciała".
piątek, 11 kwietnia 2014
Bierz ją! - część V
On/a
Without her, we are lifeless satellites drifting
Reflection, Tool
W autobusie, którym jechał Adam
było gorąco. Tak parno, jak czasami bywa przed burzą. Żadnego wiatru, nawet
lekkiego zefira, który dawałby uczucie ulgi w nieznośnej lepkości dnia. Opuchnięta
twarz chłopaka pulsowała tępym bólem i nie dawała zapomnieć o nieprzyjemnych
regionalizmach panujących w mieście. Jednak zarówno upał, ból twarzy oraz
nieświeże ubrania („Bruno już chyba nie będzie chciał tego podkoszulka”)
wydawały się nie mieć w tej chwili jakiegokolwiek znaczenia. Ona stała kilka
kroków od niego, ubrana w lekką czarną sukienkę, jej ryże włosy opadały na
ramiona, a twarz wyrażała ni mniej ni więcej, jak bezgraniczne zdziwienie.
Adam podniósł się z siedzenia i wolnym
krokiem posuwał się do miejsca, gdzie stała. W głowie chłopaka panowała wojna
myśli, nogi zrobiły się jak z waty, emocje utraciły swój opisywalny wymiar.
Ludzie podczas audiencji u papieża muszą być mniej zdenerwowani niż Adam w kontakcie
z istotą, która sprawiła, że dwa razy zmienił się jego świat – pierwszy raz w
niebo, a następnym razem w otchłań. Żeby nie upaść musiał trzymać się
metalowych rurek zamontowanych w autobusie.
Szedł bardzo powoli, nie wiedział
do końca co powinien zrobić. A może nie powinien robić nic, udając, że jej nie
poznał lub nie zauważył. Wewnętrznie czuł, że ją kocha, że jej nienawidzi, że
tęskni i równocześnie nie chce jej już nigdy widzieć. Każdy krok w jej stronę
trwał lata, czas zwolnił. W głowie na nowo odżyły wspomnienia z czasów, gdy
byli razem. Wszystko w autobusie zniknęło i ucichło.
Zatracając się w nierealności, Adam
przypominał sobie, jak ona go przytula, jak on ją całuje w szyję, idą gdzieś
razem. Ścieżka nieopodal parku, śmieją się, wpadają rozgrzani i pełni życia do
jej pokoju. Rozbierają się w pośpiechu, kochają namiętnie. On dochodzi w niej,
a ona szepta mu na ucho, że jest cudownie. Urywki z życia, zdjęcia przeszłości zakodowane
w mózgu, które nigdy nie wyblakną i nie zostaną skasowane. Nagle, na samą myśl
wspomnień, powraca ogromny, pierwotny ból, bo przecież później już jej nie
było. Odeszła zabierając ze sobą ciepło, gwiazdy oraz normalne życie chłopaka.
- Adam?! – wyrzuciła z siebie ze
zdumieniem pomieszanym z zakłopotaniem – co ty tutaj robisz? Co ci się stało w
twarz?
Adam zupełnie zapomniał o tym-co-się-stało,
bo dla niego liczyło się tu i teraz. Otworzył usta, chciał powiedzieć, że ją
kocha, żeby dała mu szanse, ze się zmienił. Jednak wybrał inaczej.
- Spotkanie… spotkanie osób
takich jak ty jest nieskończenie trudne, ponieważ nie jesteśmy już tacy sami w
chwili kiedy ostatni raz się widzieliśmy – powiedział chłopak, a jego głos
brzmiał pusto.
- Trudne? – zrobiła zdziwioną
minę – przecież to TY ostatnio rozłączyłeś się, kiedy powiedziałam Ci, że
wyjeżdżam z miasta i żebyś postarał się wszystko jakoś ogarnąć. Czy ty naprawdę
nie potrafisz zapanować nad swoim życiem?
Adam przypomniał sobie jak kilka
miesięcy temu w złości wywołanej rozmową z nią rozwala telefon o chodnik.
Trzeba było ją widzieć, żeby
zrozumieć to, co czuł Adam. Jej rude włosy z każdym ruchem wykonywały własny
taniec, który mógł być widoczny tylko dla tego, kto patrzył na nią całą. Czarna
sukienka w upale pojazdu powoli zaczęła przywierać do jej ciała. Nogi miała
gładkie i zgrabne. Idealna kompozycja. Gdzie jechała tak ubrana?
Adam nie mógł powiedzieć
wszystkiego, co miał w głowie. Ostatnich kilkanaście godzin przypominało
karnawał obłędu, a teraz chłopak był na skraju „tego wszystkiego”. Wciągnął
powietrze do płuc przeczesał włosy ręką i powiedział.
- Wysłuchaj mnie – rzekł patrząc
jej prosto w oczy – zastanawiam się kiedy to wszystko się skończy, albo zacznie
na poważnie. Czuję wewnętrznie, że chaos i zła aura mnie nie opuszczają.
Ludzie w autobusie zerkali kątem
oka na tą niecodzienną scenę, w której jakiś chłystek poważnie przemawia do
pięknej dziewczyny.
- To chyba jakieś popieprzone fatum –
kontynuował – może po prostu niektórzy nie mogą być szczęśliwi, może to właśnie
ja jestem jednym z nich? Myślę, że rachunek sumienia będę mógł zrobić dopiero
przed śmiercią, to będzie właściwy czas. Od dawna zastanawiam się nad prostymi
rzeczami, które dla innych są częścią codzienności, czymś niezasługującym na
uwagę. Ja myślę i czuję inaczej. Wszystko ma swój cel i czas. Nigdy bym nie
pomyślał, że zobaczę cię jeszcze kiedykolwiek, gdziekolwiek indziej niż w
nawiedzających mnie snach. Nic nie istnieje bez przyczyny i nic nie przestaje funkcjonować
bez wpływu na otoczenie. Wiesz o tym, prawda?
- O czym ty mówisz? – powiedziała
odsuwając się kilka centymetrów.
- Mówię o nieskończoności
przypadku, który kieruje naszym życiem. Kilkanaście godzin wcześniej uciekałem
przed policją, później byłem w jakimś popieprzonym akademiku, nie dałem się
zlać nawalonym karkom, poznałem ciekawą osobę, a jak czekałem na autobus jacyś
dresiarze spuścili mi wpierdol. A teraz spotykam Ciebie. Ot tak, przypadkiem!
- Adam, dobrze się czujesz? –
zapytała, aby mieć spokój sumienia, że w ogóle to zrobiła.
- Czuje się świetnie – powiedział
chłopak i popatrzył przez okno – nie można już decydować za siebie, mamy przed
sobą świat i bariery, których nie potrafimy do końca zrozumieć. Nie ma już prostych
odpowiedzi i prostych pytań. Do końca życia będę się zastanawiał czy to, co
zrobiłem kiedyś ma teraz sens. Mogłem się na ciebie rzucić…
- Broniłabym się – powiedziała matowo
dziewczyna – no i co by ci to dało?
- Nie wiem. Nie wiem też czy
postępuję tak, jakbym tego chciał, ale muszę Ci wszystko powiedzieć – Adam
otarł pot z czoła – Kto jest wielki i szlachetny? Ten kto dużo posiada i dużo
daje, czy ten kto nie ma nic a oddałby wszystko?
- W ogóle co za pytanie? Oczywiście,
że ten drugi, ale nie rób już z siebie męczennika, przecież dobrze wiesz jak
było – powiedziała poprawiając ramiączko od czarnej sukienki – myślisz, że
oddałbyś dla mnie wszystko? A gdzie byłeś, gdy cię potrzebowałam?
- Zawsze byłem niedaleko. Jak się
pozmieniało, myślałem, że jestem potworem, że nie potrafię żyć tak jak inni, sądziłem,
że myślałem fiutem, ale w ostatnim czasie przekonałem się, że poziom zła na tym
świecie potrafi mnie zaskoczyć. Zawsze wierzyłem w ludzie, wierzyłem w ciebie,
niektórzy wierzyli nawet we mnie. Choć w smutku pozostajemy sami, tak jak w
idealnej wolności. Kurwa, to dopiero głupie.
Wszyscy w autobusie patrzyli się
na Adama. Chłopak w jeansowej kurtce i czarnych spodniach siedzący na końcu
pojazdu wyjął z uszu słuchawki, starsza kobieta ubrana elegancko odłożyła
gazetę i poprawiła okulary, żeby lepiej widzieć to, co się dzieje.
- To nie jest głupie – odparła
dziewczyna i popatrzyła na przemijające za oknem krajobrazy miasta – w życiu
trzeba wybierać. Ja wybrałam, ty wybrałeś. Wiesz jak jest.
- Nie mam pojęcia jak jest i jak
będzie – powiedział Adam ze złością – jak przychodzi co do czego, to
pozostajemy sami. To prawda, trzeba dokonywać wyborów, ale jeżeli ciągle stoi
się przed otchłanią przeszłości to nie takie proste. Każda rzecz, którą zrobimy
i której nie zrobimy wpłynie na otaczający nas świat.
Głos chłopaka załamał się na chwilę.
- Były dziesiątki sytuacji, w
których zabrakło prostych gestów, aby wszystko było inaczej, żeby życie było
lepsze. To takie dziwne. Czytałaś „Wielkiego Gatsby’ego”?
- Nie… – dziewczyna nie
spodziewała się takiego pytania od kogoś, kto wygłasza właśnie tak ważne wyznania.
- Ja też nie – powiedział chłopak
– ale oglądałem film. Główny bohater „Gatsby’ego” ciągle wierzy, że można sprawić,
że błędy przeszłości da się naprawić, a sytuacja może przybrać zupełnie inny
obrót. Też w to wierzę, tak bardzo, że czasami nie potrafię odróżnić złudzeń od
realu. Wiele osób myśli, że nie jestem wiele wart. Bo nie przeżyłem tego co oni,
bo nie przetrwałem kataklizmu, bo nie zaznałem cierpienia fizycznego, bo nie
umarłem za ideały. Może to prawda, ale gdyby wziąć inne standardy, to w swoim
wieku uchodziłbym za osobę bardzo doświadczoną.
Tutaj Adam przerwał i zdał sobie sprawę,
że słuchają go wszyscy, nawet robol we flanelowej koszuli, który odwrócił
wzrok, gdy chłopak na niego popatrzył.
- Kontynuuj młody człowieku –
powiedziała starsza kobieta spokojnym tonem – kontynuuj i nie zwracaj na nas
uwagi.
- A więc, gdyby przyjąć inne
standardy – zaczął znowu Adam i patrzył już tylko na rudowłosą dziewczynę –
byłbym człowiekiem bogatym w smutek. Przez miłość do ciebie, którą straciłem. Już
dawno powinno mnie tu nie być, choć kocham życie. Zawsze pojawia się coś, co
odbiera mi chęci i apetyt na więcej, że nie mogę normalnie myśleć i
funkcjonować.
- Adam – powiedziała cicho – czy ciągle myślisz, że to
wszystko przeze mnie?
- Teraz to już nie ma znaczenia. Jesteśmy
wpisani w swoje losy. Nie możemy się cofnąć w czasie, wymazać nazw państw i
kontynentów, zapomnieć języka i od początku tworzyć rzeczywistości. Wszystko
już się stało.
Tutaj przerwał i podszedł do
poręczy, której się trzymała. Adam poczuł się bardzo źle. Wszystko czego
doświadczył przez dwa dni zdawało się przybierać wewnątrz rakowatą formę. Musiał
się złapać rurki. Tej samej, której trzymała się ona.
- Usiądź – powiedziała
stanowczo przysuwając się jeszcze bliżej.
- Nie, daj mi skończyć –
odpowiedział – Od dłuższego czasu dziwnie
się czuję. Tak, jakby ktoś ciągle mnie oszukiwał, dając poczucie stabilności i
nadzieję, że potrafimy tworzyć zamiast niszczyć. Jestem opuszczony i
rozczarowany wszystkim i wszystkimi. No może za wyjątkiem Bruna. Może miałem
pecha i nie poznałem właściwych ludzi lub dokonałem złych wyborów. Może, bo nie
jestem tego w stanie stwierdzić do końca. Niczego już kurwa nie jestem pewien
do końca. To chyba ostatnia rzecz, o której jestem prawdziwie przekonany.
- Adam siadaj strasznie
wyglądasz, leci Ci krew z nosa! – powiedziała rudowłosa dziewczyna i zrobiła
przerażoną minę na widok tego co zaczęło się dziać z jej byłym chłopakiem.
Adam tylko otarł cieknącą krew i
powrócił do tego co mówił.
- Gdy cię straciłem i gdy tracę
cię w snach zaczynam odczuwać każdy drobny szczegół z czasów, kiedy byliśmy razem.
Dostrzegam drobiazgi, na które nie zwracałem nigdy uwagi. W głowie mimo woli
pojawiają mi się obrazy z tego co już było. To one tworzą wizerunek osoby,
która uświadamia mi, jak bardzo za tobą tęsknię. Bo wiem na prawdę, że
straciłem wszystko.
- A może to ty się oszukujesz i
tworzysz sobie w głowie idealny obraz. Nie zawsze jest idealnie. Siadaj
wreszcie, bo zaraz naprawdę umrzesz – skomentowała dziewczyna – czy ma ktoś z
państwa chusteczkę, bo kolega krwawi?
Zanim dostała odpowiedź autobus
się zatrzymał. Adam zauważył, że to przystanek przy parku. Musiał zebrać
wszystkie swoje psychiczne i fizyczne siły, żeby wysiąść. Wiedział, że nie ma
już czego ratować. Trzeba było oderwać się od niej po raz kolejny i możliwe, że
ostatni.
- Idę – powiedział i wyszedł z
autobusu, mijając ją o kilka centymetrów, czując jej perfumy i zapach włosów. Wzrokiem
odprowadzali go wszyscy pasażerowie, którzy nigdy nie spodziewaliby się, że z
rana w autobusie można być świadkiem takiej telenoweli. Niektórzy trzymali w
rękach pojedyncze chusteczki, których nie zdążyli dać chłopakowi.
Adam! – krzyknęła.
Chłopak odwrócił się. Drzwi
powoli się zamykały. Park pachniał niesamowicie tego dnia. Kilkaset metrów
dalej rozmawiała jakaś para.
Adam – powiedziała jego utracona
miłość– poczekaj, wszystko mogło być inaczej, gdybyś tylko
Epilog
(niech piosenka leci w tle)
Bruno biegł co sił w nogach. Jego
głowa, tak samo jak głowa Adama, przyjęła ostatnimi czasy zbyt wiele uderzeń i
ciężko było się skoncentrować na szczegółach rzeczywistości.
- Może jeszcze gdzieś tu jest! –
myślał pospiesznie chłopak - może ją znajdę.
- Patrz jak biegnie nasz gruby
Bruno – Kciuk wychylił się z okna pokoju w akademiku i podążał wzrokiem za
pędzącym sąsiadem – nie wiedziałem, że z takim guzem na głowie będzie w ogóle
chodził, a ty proszę - biegnie jak gepard!
- Dobrze, że przynajmniej zabrał
ręcznik – chichotał Lolo – jego narzeczona mogłaby się przestraszyć wielkości
jego ptaszka.
Bruno jedną ręką podtrzymywał
ręcznik, a druga przecierał zamglone oczy. Biegł znanymi mu uliczkami, mijał
znajome słupy i drzewa.
- Gdzie mogła pójść, gdzie mogła
pójść… – zachodził w głowę Bruno – myśl grubasie… O kurwa. Przystanek! Przecież
ona mieszka daleko stąd. Jestem genialny!
Otyły chłopak zmienił kierunek
biegu. Ścieżką w parku wybiegł przez boczne wejście, które prowadziło na
przystanek. Diana szła chwiejnym krokiem.
- Diana! – krzyknął Bruno, a jego
głos przypominał ryknięcie niedźwiedzia – poczekaj!
Chłopak podbiegł do niej tak
szybko jak umiał.
- O cześć, idziesz na basen? – spytała
się dziewczyna skupiając rozbiegany wzrok na ręczniku w tygrysy, którym
przewiązany był Bruno w pasie.
- Co? A, nie! Długa historia. Dobrze,
że cię złapałem. Mam ci tyle do powiedzenia. Co robisz dzisiaj, albo jutro,
albo, nie wiem sam, kiedy masz czas? – Bruno gubił słowa i oddech.
- Misiaczku, ja wyjeżdżam dziś
wieczorem, chciałam się zabawić na tej imprezie co byliśmy. Wyszło nawet lepiej
niż planowałam – powiedziała dziewczyna z trudem łapiąc pion.
- Jak to wyjeżdżasz?! –
powiedział Bruno, po czym uświadomił sobie, że tak naprawdę nic nie wie o
dziewczynie, którą poznał kilkanaście godzin temu – To znaczy, eee... gdzie
jedziesz?
- Spokojnieeee tygrysie – przeciągnęła
zadziornie Diana – jadę na Wyspy na wakacje, ale uwaga, uwaga – tutaj uśmiechnęła
się szeroko – mamy jeszcze jedno wolne miejsce, bo Nat się wykruszyła. Jeszcze
wczoraj to potwierdziła. Chciałbyś może jechać ze mna i ludźmi co byli w
Gehennie?
Mętlik w głowie Bruna przybrał
ostateczną formę. Czy mógł się spodziewać, że taka dziewczyna poprosi go o
cokolwiek innego niż zamkniecie gęby?
- Pewnie, że jadę! – powiedział z
dużym entuzjazmem.
- No to widzimy się tam około
osiemnastej – powiedziała pokazując oddalony przystanek, na którym stał poranny
autobus - weź tylko sporo kasy na nocleg, dalsze picie i cokolwiek co tam
chcesz. Paaaaaa.
Diana oddaliła się w kierunku
przystanku. Bruno zapomniał o wszystkim, co do tej pory go spotkało. Zapomniał
o bólu głowy, o tym, że wcale się nie umył i śmierdzi ja kloszard, o tym, że
stoi przed parkiem owinięty zaledwie ręcznikiem. Liczyło się dla niego to, że
show trwał dalej. Musiał tylko znaleźć Adama i powiedzieć mu o tej niezwykłej
nocy.
- Właśnie ciekawe co u Adama – pomyślał
Bruno – ciekawe czy nadział tą gorącą blondynę z parku...
KONIEC
Od autora
Od autora
Życie nie jest prostą linią. Jeżeli ująć by je w takich kategoriach, przypominałoby raczej znaki alfabetu Morse'a, jednak kto w dzisiejszych czasach potrafi odczytać przekaz zawarty w takiej formie? Bruno i Adam to zwykli ludzie, tak samo jak Diana, Kaja, Edward, Kciuk, czy nawet Ona. Choć te postaci znajdują się w nietypowych sytuacjach, gdzie trzeba działać i podejmować szybkie decyzje, to ciągle wykazują nad wyraz ludzkie uczucia - gniew, tęsknotę, rządzę, strach i miłość. Ciężko jest odpowiedzieć na pytanie, dlaczego bohaterowie postępujale w taki właśnie sposób. Jeżeli przyjrzymy się im bliżej okazuje się, że nie są tak bardzo odmienni od nas samych.
środa, 9 kwietnia 2014
Sport, polityka i negatywne emocje
Witaj drogi czytelniku. Ostatnio nie kontaktowaliśmy się bezpośrednio przez "klasyczne" artykuły, bo chciałem umieścić kilka ciekawych zdjęć zrobionych przez Kubę Skalskiego, a jeszcze wcześniej opublikować kolejne część mojego opowiadania "Bierz ją!", które (jak dochodzą mnie słuchy) cieszy się dużą popularnością. To dobrze, bo nie zamierzam na nim skończyć swojego "luźnego pisania". Dzisiaj postaram się nadrobić to i owo i napiszę kilka słów o płaszczyznach, które się przenikają i maja na siebie bezpośredni wpływ. Mowa o sporcie i polityce.
Nie chcę "komentować telewizora" ani Internetu, więc odniosę się bardzo, krótko do tego co zrobił nasz lubiany tenisista Jerzy Janowicz. Dla wszystkich, którzy mogą nie wiedzieć przypomnę, że sportowiec będąc sfrustrowanym po przegranym meczu na wszystkich oprócz siebie, wylał kubeł nieczystości na wiele płaszczyzn. Dostało się kondycji polskiego sportu, sytuacji młodych oraz ogólnej beznadziei życia w naszym kraju. W sferze publicznej pojawiły się od razu komentarze "Powiedział wreszcie!", "Ma rację" oraz "To prawda". Ja należę do tej drugiej grupy, która skomentowałaby takie zachowanie słowami "nie umie przegrywać". Mogę się oczywiście mylić.
Samo zachowanie nie jest godne sportowca takiej klasy, który w briefingu za swoją porażkę obwinia wszystko i wszystkich nie umiejąc przyjąć przegranej. 23-latek mówi, że "nie ma perspektywy w sporcie, biznesie i życiu prywatnym". Nie zgadzam się od początku do końca z tą wypowiedzią. Nie uważam, żebyśmy znajdowali się w beznadziejnej sytuacji na wszystkich płaszczyznach, które wymienił Janowicz. Perspektywy są i jest ich bardzo wiele, a nawet dzieciaki z biednych domów, mają szansę na zwycięstwo, jeżeli bardzo tego chcą. Liczy się zacięcie i upór. Tenisista trochę pogubił się ze wszystkim proponując, aby dziennikarze wyszli na kort, przepracowali całe życie na korcie (przypominam, Jerzy ma 23 lata) i dopiero wtedy mieli oczekiwania. To ogromnie butna postawa, która mnie odpycha. Czy, gdy zdarzy Ci się popełnić zawodowe faux pas drogi czytelniku, to każesz, aby ktoś kto Cię za to krytykuje wziął komputer/długopis/pędzel/kierownicę i zrobił to lepiej? Mam nadzieję, że nie. Funkcją dziennikarstwa jest drążenie tematów, zadawanie niewygodnych pytań oraz testowanie wszystkich uczestników życia społecznego. Jerzy Janowicz nie przeszedł tego sprawdzianu.
Kolejnym sportowcem, tym razem w grę wchodzi boks i waga ciężka, jest Tomasz Adamek. Jeżeli nie wiesz drogi czytelniku, to przypomnę, że obok Hołowczyca, Marczułajtis, Tomaszewskiego i Guzowskiej bokser zaczął "robić w polityce". Niestety pięściarz wybrał najbardziej hermetyczne światopoglądowo ugrupowanie, do którego można się przyłączyć - mowa o Solidarnej Polsce. Nie trudno się spodziewać, że robi to tylko i wyłącznie, aby dostać się do Parlamentu w Brukseli, a politykiem (jeszcze?) nie jest. Oczywiście popieram działalność polityczną sportowców, choć ostatnie słowa Adamka budzą we mnie negatywne uczucia. Widać, że doszczętnie głupia retoryka ugrupowania Zbigniewa Ziobry jest zaraźliwa, a świadczy o tym wypowiedź sportowca-polityka o mniejszościach:
Jeżeli miałbym pisać do boksera, moje słowa brzmiały by tak:
Nie mogę tez nie interesować się Ukrainą, naszym sąsiadem, który znajduje się w trudnej sytuacji na wszystkich obszarach - od spraw politycznych po społeczne i tożsamościowe. Rosja prowadzi zimną wojnę bis, Putin bezprawnie zajął Krym, teraz z drugiego fotela steruje sytuacją w Doniecku i zapewne zaciera ręce, gdy widzi, że ludność "marzy" (i walczy!) o przyłączeniu się do Federacji Rosyjskiej. Ciekawa sprawa, że wielu z "protestujących" przybyło prosto z Rosji, aby wypowiadać się w sprawie Ukrainy. Nasz sąsiad jest ciągle rozbity, politycznie, społecznie i gospodarczo, jeżeli polskie władze nie będą sterowały procesem pomocy (we współpracy z podmiotami międzynarodowymi i innymi pastami) damy legitymizację dla bandyckiego działania Kremla. Nie można spuszczać oka z tego co się dzieje za naszą wschodnią granicą.
Ostatnia sprawa tyczy się zwrotu "hańba!". Tak, tak, o katastrofie smoleńskiej mowa, bo jutro kolejna tragiczna rocznica polskiej historii (wiem, ja też wolałbym więcej tych radosnych). Polska prokuratura ustaliła ostatecznie, że nie było żadnego wybuchu, a samolot uległ destrukcji w wyniku zderzenia z drzewem. Dla niektórych to za mało. Na czele oburzonych, żadnych krwi i dowodów stoi oczywiście Antoni Macierewicz, zyskując poklask wśród innych jemu podobnych członków społeczeństwa i matecznika - Prawa i Sprawiedliwości. Mam nadzieję drogi czytelniku, że pomimo całego sceptycyzmu wobec władzy nie darzysz nieufnością wszystkich organów państwa, bo to zakrawałoby pod paranoję lub sytuację państw upadłych. Po prostu warto myśleć samodzielnie i powoli dawać sobie z tym spokój.
Mój ojciec patrzy na mnie zmęczonym wzrokiem i pyta, kiedy wreszcie skończy się ten obłęd. Nie potrafię mu odpowiedzieć na to pytanie.
| źródło: sport.tvn24.pl |
Samo zachowanie nie jest godne sportowca takiej klasy, który w briefingu za swoją porażkę obwinia wszystko i wszystkich nie umiejąc przyjąć przegranej. 23-latek mówi, że "nie ma perspektywy w sporcie, biznesie i życiu prywatnym". Nie zgadzam się od początku do końca z tą wypowiedzią. Nie uważam, żebyśmy znajdowali się w beznadziejnej sytuacji na wszystkich płaszczyznach, które wymienił Janowicz. Perspektywy są i jest ich bardzo wiele, a nawet dzieciaki z biednych domów, mają szansę na zwycięstwo, jeżeli bardzo tego chcą. Liczy się zacięcie i upór. Tenisista trochę pogubił się ze wszystkim proponując, aby dziennikarze wyszli na kort, przepracowali całe życie na korcie (przypominam, Jerzy ma 23 lata) i dopiero wtedy mieli oczekiwania. To ogromnie butna postawa, która mnie odpycha. Czy, gdy zdarzy Ci się popełnić zawodowe faux pas drogi czytelniku, to każesz, aby ktoś kto Cię za to krytykuje wziął komputer/długopis/pędzel/kierownicę i zrobił to lepiej? Mam nadzieję, że nie. Funkcją dziennikarstwa jest drążenie tematów, zadawanie niewygodnych pytań oraz testowanie wszystkich uczestników życia społecznego. Jerzy Janowicz nie przeszedł tego sprawdzianu.
| źródło: www.sport.pl |
Anna Grodzka nigdy nie będzie kobietą. Jest mężczyzną i nikt tego nie zmieni. Geje, lesbijki, czy osoby transseksualne to są jakieś wypaczenia i z tym należy walczyć. Zarówno Grodzkiej jak i posłowi Biedroniowi życzę, by zeszli ze złej drogi i się nawrócili.
Jeżeli miałbym pisać do boksera, moje słowa brzmiały by tak:
Drogi Panie Adamie, życzę powodzenia w polityce, choć to Pana komentarz uważam za wypaczenie, z którym należy walczyć, oczywiście słowami - poprzez trafne argumenty. Uwagi personalne skierowane wobec rywali ze sceny politycznej nie przystoją nikomu. Wszedł Pan na drogę polityki i widzę, że retoryka ugrupowania wzięła gorę. Namawiam więc Pana, aby to Pan zszedł ze złej drogi (politycznej) i podjął się zajęcia bardziej relaksujące niż boks czy wspominana polityka. Może udział w reklamach, albo pomoc w kościele? Sam Pan przecież twierdził, że trzeba "po bożemu".
Nie mogę tez nie interesować się Ukrainą, naszym sąsiadem, który znajduje się w trudnej sytuacji na wszystkich obszarach - od spraw politycznych po społeczne i tożsamościowe. Rosja prowadzi zimną wojnę bis, Putin bezprawnie zajął Krym, teraz z drugiego fotela steruje sytuacją w Doniecku i zapewne zaciera ręce, gdy widzi, że ludność "marzy" (i walczy!) o przyłączeniu się do Federacji Rosyjskiej. Ciekawa sprawa, że wielu z "protestujących" przybyło prosto z Rosji, aby wypowiadać się w sprawie Ukrainy. Nasz sąsiad jest ciągle rozbity, politycznie, społecznie i gospodarczo, jeżeli polskie władze nie będą sterowały procesem pomocy (we współpracy z podmiotami międzynarodowymi i innymi pastami) damy legitymizację dla bandyckiego działania Kremla. Nie można spuszczać oka z tego co się dzieje za naszą wschodnią granicą.Ostatnia sprawa tyczy się zwrotu "hańba!". Tak, tak, o katastrofie smoleńskiej mowa, bo jutro kolejna tragiczna rocznica polskiej historii (wiem, ja też wolałbym więcej tych radosnych). Polska prokuratura ustaliła ostatecznie, że nie było żadnego wybuchu, a samolot uległ destrukcji w wyniku zderzenia z drzewem. Dla niektórych to za mało. Na czele oburzonych, żadnych krwi i dowodów stoi oczywiście Antoni Macierewicz, zyskując poklask wśród innych jemu podobnych członków społeczeństwa i matecznika - Prawa i Sprawiedliwości. Mam nadzieję drogi czytelniku, że pomimo całego sceptycyzmu wobec władzy nie darzysz nieufnością wszystkich organów państwa, bo to zakrawałoby pod paranoję lub sytuację państw upadłych. Po prostu warto myśleć samodzielnie i powoli dawać sobie z tym spokój.
Mój ojciec patrzy na mnie zmęczonym wzrokiem i pyta, kiedy wreszcie skończy się ten obłęd. Nie potrafię mu odpowiedzieć na to pytanie.
sobota, 29 marca 2014
Autor w obiektywie
Zapewne zdajesz sobie sprawę mój drogi czytelniku, że nie żyję tylko i wyłącznie na jednej płaszczyźnie. Nie zajmuje się także jedną rzeczą naraz, tak samo jak nie jestem w stanie usiedzieć na miejscu i odmawiać pomocy, gdy ktoś ma ciekawe pomysły do zrealizowania. Moje zróżnicowane zainteresowania wpływają na inspiracje, które wykorzystuję później, aby poruszać wahadło rozpędowe swojego życia. Może więc ten wpis i wyda się osobisty, ale mam przy tym nadzieję, że będzie on impulsem dla wszystkich, którzy narzekają na nudę, brak czasu i pomysłów.
Od zawsze fascynowały mnie piwnice, lubię ciemne miejsca i jako dzieciak nigdy nie miałem oporów, żeby zaglądać tam, gdzie inni się bali. Niejednokrotnie schodziłem sam do piwnicy, żeby skonfrontować się z ciemnością i setkami wizji, które tworzył mój mózg. Piwnica to specyficzne miejsce, gdzie człowiek udaje się bardzo rzadko, tylko wtedy, gdy musi zostawić tam rzeczy, których zapewne nigdy nie użyje lub gdy przypomni sobie o czymś co skazał dawno na zsyłkę w to ponure miejsce.
Co do tematyki zdjęć...
wierzę w dualizm, dwa oblicza natury ludziej, które aktywują się w zależności od sytuacji, w której się znajdziemy. Nie można być w pełni dobrym, albo całkowicie złym. Tak też jest ze mną, tak jak każdy noszę w sobie "mrocznego pasażera", który czasami jest bardziej widoczny.
Co do fotografa...
Mój kolega Jakub Skalski ciężko pracuję nad swoją pasją i zawodem. Robi ludziom setki zdjęć, bardzo ciekawych i nietuzinkowych. Jednak nie wszyscy mu za nie płacą, a z czegoś przecież trzeba żyć. Tak jest nie tylko z fotografią, ale również z wieloma innymi płaszczyznami życia. Każdy chce coś mieć, ale jeżeli trzeba płacić, to wtedy zaczynają się problemy. Postanowiłem więc pomóc Kubie, mojemu dobremu znajomemu, aby jego projekt nabrał jeszcze większego rozpędu, a jego prace zainteresowały wszystkich, którzy choć trochę potrafią uaktywnić swoje uczucia estetyczne.
Piwnice wybraliśmy nie bez przyczyny. Miało być zarówno mrocznie jak i elegancko. Sam oceń drogi czytelniku, jak nam poszło.
Zainteresowało was? Zobaczcie więcej prac Kuby i piszcie jeżeli macie w głowie ciekawe pomysły!
Jakub Skalski Photography
Od zawsze fascynowały mnie piwnice, lubię ciemne miejsca i jako dzieciak nigdy nie miałem oporów, żeby zaglądać tam, gdzie inni się bali. Niejednokrotnie schodziłem sam do piwnicy, żeby skonfrontować się z ciemnością i setkami wizji, które tworzył mój mózg. Piwnica to specyficzne miejsce, gdzie człowiek udaje się bardzo rzadko, tylko wtedy, gdy musi zostawić tam rzeczy, których zapewne nigdy nie użyje lub gdy przypomni sobie o czymś co skazał dawno na zsyłkę w to ponure miejsce.
Co do tematyki zdjęć...
wierzę w dualizm, dwa oblicza natury ludziej, które aktywują się w zależności od sytuacji, w której się znajdziemy. Nie można być w pełni dobrym, albo całkowicie złym. Tak też jest ze mną, tak jak każdy noszę w sobie "mrocznego pasażera", który czasami jest bardziej widoczny.
Co do fotografa...
Mój kolega Jakub Skalski ciężko pracuję nad swoją pasją i zawodem. Robi ludziom setki zdjęć, bardzo ciekawych i nietuzinkowych. Jednak nie wszyscy mu za nie płacą, a z czegoś przecież trzeba żyć. Tak jest nie tylko z fotografią, ale również z wieloma innymi płaszczyznami życia. Każdy chce coś mieć, ale jeżeli trzeba płacić, to wtedy zaczynają się problemy. Postanowiłem więc pomóc Kubie, mojemu dobremu znajomemu, aby jego projekt nabrał jeszcze większego rozpędu, a jego prace zainteresowały wszystkich, którzy choć trochę potrafią uaktywnić swoje uczucia estetyczne.
Piwnice wybraliśmy nie bez przyczyny. Miało być zarówno mrocznie jak i elegancko. Sam oceń drogi czytelniku, jak nam poszło.
Zainteresowało was? Zobaczcie więcej prac Kuby i piszcie jeżeli macie w głowie ciekawe pomysły!
Jakub Skalski Photography
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















