Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

niedziela, 17 czerwca 2012

Klapa nadziei

Rozgrywki piłkarskie euro 2012 są dla nas ( a raczej naszej kadry) oficjalnie zakończone. Dopiero i już. Po pierwsze,  nasze oczy już za krótki czas będą mogły popatrzeć na coś innego niż udekorowane flagami i godłami narodowymi balkony, pojazdy i osoby, a nasze uszy zapewne odbierać będą inne przekazów niż komentarze o każdym szczególe związanym z naszą kadrą. Po drugie, wraz ze smutną porażką z naszymi przyjaznymi sąsiadami z południa, z którymi ciężko byłoby nawet wszcząć burdę, polskie media najpierw powrócą do "resentymentów pomeczowych" i wspominek, a później zajmą się tym czym interesują się zawsze ... Tutaj wypadałoby coś wstawić, ale uważam, że kierunek w którym zmierzają owe media nie zawsze jest jednakowy.

Rozgrywki skończyły się dla nas "już", bo każdy kibic, zarówno mały jak i duży, czuje pewien niedosyt będąc równocześnie zawiedzionym. Nie ma się co dziwić, bo pomimo wielkich nadziei pokładanych w polskiej kadrze, nie udało im się wyjść z grupy. Rozrywki jednak będą się toczyły dalej - "u nas, bez nas". To zrozumiałe, że wszystkim jest trochę przykro, no ale trzeba funkcjonować dalej, a na świecie dzieje się tak wiele! Już dziś poznamy wyniki wyborów do parlamentu w Grecji i wyborów prezydenckich w Egipcie i to własnie od nich zależeć będzie przyszłość i stabilność dwóch regionów- "unijnego" i północnoafrykańskiego. Natomiast z dalszych rozgrywek Euro, trzeba czerpać jak najwięcej pozytywnych emocji i doświadczeń. Zgodnie z azjatycką zasadą - zawsze mogłoby być gorzej, a teraz wcale nie jest tak źle.

Pozwoliłem sobie nawet także skonstruować listę pozytywów (było ciężko) związanych z naszym odejściem z toczących się mistrzostw piłki nożnej:

  • pogodzenie się z brakiem pucharu/II lub III miejsca mamy już za sobą,
  • "karnawał piłkarski" trwa dalej, a w miastach "stadionowych" ciągle jest gwarno, wesoło i wielonarodowo - czemu by więc nie cieszyć i bawić się razem z nimi?
  • serwisy informacyjne i prasa wysokonakładowa po "ochłonięciu" oderwie się od tematów typu "piłka nożna w 5 smakach",
  • miasta oszczędzą sporo pieniędzy na sprzątaniu śmieci i "powstrzymywaniu" polskich kibiców od aktywności fizycznej,
  • przez mniejszą (czy aby na pewno?) ilość alkoholu i mniej stresu będziemy bardziej wypoczęci i zdrowsi - takie pobożne życzenie,
  • skończy się czas narodowej wszechpolskości i wywieszania flag wszędzie gdzie się da oraz niekończących się debat w wykonaniu (dosłownie) każdego o piłce nożnej,
  • politycy, analitycy, dziennikarze i goście w programach publicystycznych zaczną odnosić się do wydarzeń politycznych i zagranicznych, o których każdy zapomniał na kilka dni.
No i ostatecznie wraz z końcem rozgrywek dla naszej kadry, będzie można kibicować innej drużynie, która wcześniej z powodu pobudek narodowych i sentymentalnych pozostawała na drugim miejscu. Nie ma się co martwić, za kilka lat też będzie szansa, szkoda jednak, że nie u nas. Bywa.

niedziela, 10 czerwca 2012

Współczesny trybalizm sportowy

W szale, który ogarnął kraje Europy mogące zagrać w turnieju piłkarskim anno domini 2012, trzeba silnej woli, aby choć przez chwilę nie zwrócić uwagi na to co się dzieje w mieszkaniach, "strefach kibica" czy na stadionach i ulicach miast. Ja uległem. Choć nie jestem fanem piłki nożnej dałem się uwieść czarowi narodowych reprezentacji, których potyczki znaczą dla mnie więcej niż klubowe rozgrywki. Cała kwestia wymaga jednak głębszej analizy, nie tylko na płaszczyźnie piłki nożnej, ale także innych masowych sportów zespołowych. Warto dodać, że rozważania, które zostaną zawarte w niniejszym poście koncentrują się głownie na Europie, Ameryce Północnej i Południowej oraz części Azji. Na innych kontynentach owe "masowe" dyscypliny sportu nie zawładnęły tak silnie wieloma płaszczyznami życia. 

W książce "Brandscaping" Otto Riewoldt rysuje obraz nowoczesnej marki, a taki opis może być zastosowany do sporu, a konkretnie do np. ulubionej drużyny:

Podstawowym celem [brandscapingu - czyli "markobrazowania"] nie jest sprzedaż produktu, ale stworzenie fascynacji daną marką; nakłonienie konsumenta, żeby się utożsamił ze światem marki, stworzenie świadomości marki i uzupełnienie jej o głęboko osadzone jądro emocjonalne.

Marka, która w mojej analizie może być zastąpiona drużyna, dyscypliną sportu czy inną kategorią, ma proste zadanie - powiązać się z naszym ja i wyzwalać określone uczucia, nakłaniając przy tym do konkretnych zachować. Można iść dalej tym tropem i określić drużyny danego sportu jako dumę regionu, reklamę miasta czy czynnik, który pompuje ego mieszkańców miasta/państwa, z którego drużyna się wywodzi.

Współczesne kibicowanie zastąpiło konflikty zbrojne, niemniej jednak niektóre elementy z przeszłości pozostały, bo przecież trudno jest stłumić ludziom pierwotne instynkty. Nie bez przyczyny powiązałem sport z zachowaniami plemiennymi. Czy to w europejskiej piłce nożnej i koszykówce czy w amerykańskim footballu i hokeju widać niezmienne od setek lat elementy plemienne: ciągle są barwy, godła, stroje, hymny, no i ciągle jest przeciwnik o odmiennym obiekcie kultu. Idąc dalej tym tropem współcześnie również mamy do czynienia z fanatykami "sportowych religii" (ultrasi), ba, są nawet współczesne walki plemienne w postaci tzw. "ustawek" i starć stadionowych.

Warto skupić się także na innym, mniej plemiennym aspekcie sportu. Obecnie wiele dyscyplin zderza się i zostaje połkniętych przez komercję i sferę biznesu. Oczywiście wszystko ma miejsce jeżeli mówimy o "dużych sportach", bo np. w curlingu na lodzie te kwestie wyglądają zupełnie inaczej. "Wgryzanie" się konkretnych marek w sferę sportu, na przykładzie Stanów Zjednoczonych doskonale opisuje Benjamin Barber w książce "Skonsumowani" (Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2008, s.306):

Kiedy stadion sportowy, jak Brendan Byrne Arena w New Jersey zostaje przechrzczony na Continental Airlines Arena, a logo linii Continental widać z góry z jej samolotów podchodzących do Liberty International Airport w Newark [miasto w New Jersey - przyp. E.C.], w grę wchodzi coś więcej niż zmiana nazwy. Miejsce należącego do strefy publicznej skojarzenia nazwiska gubernatora z publicznym obiektem sportowym zajmuje billboard prywatnej firmy. Dla strefy publicznej ma to takie same skutki, jak dla przestrzeni publicznej przekształcenie miejskich placów w prywatne centra handlowe.

Powyższy fragment książki Barbera w dobry sposób oddaje dynamiczną komercjalizację obecnego sportu. Ten proces jest widoczny także podczas "naszego" Euro. Przed, w trakcie i po każdym meczu jesteśmy bombardowani setkami reklam, wykupionymi za naprawdę duże pieniądze. Wśród nich prym wiedzie śmieciowe jedzenie McDonald's (z największą  postawioną ad hoc restauracją w Europie, usytuowaną przed warszawskim Pałacem Kultury i Nauki), Coca Cola, która nomen omen wygrywa wszystkie przetargi na sponsorowanie wszystkiego (firmy z nią związane posiadają wyłączność do reklamowania się nie tylko na boisku ale także na publicznych uniwersytetach w USA!) oraz dwie koreańskie marki: KIA i Hyundai. W skrócie chaos dla odbiorcy transmisji sportowych. Co więcej, reklamy podczas rozgrywek sportowych dostarczają dodatkowych bodźców dla rozentuzjazmowanych kibiców. Po zakończeniu meczu pijemy Cole i idziemy na cheeseburgera w McDonald's, bo już to "kiedyś i gdzieś" widzieliśmy. No i nawet koreańskie samochody są nam jakieś bliższe. Maszynka brandingu działa tak, jak chcą tego sponsorzy.
wszyscy "zamieszani" w sportowe rozgrywki
Coca Cola Park lub Ellis Stadium (Johannesburg, RPA)

McDonald's w "strefie kibica" niedaleko Pałacu Kultury i Nauki (Warszawa)


Duże wydarzenia sportowe odsuwają na dalszy plan czynności dnia codziennego, bowiem wszyscy w tym czasie stają się kibicami. Każdy "prawdziwy kibic" maluje twarz w barwy swojej drużyny, przywdziewa strój ulubionego zawodnika a na balkonie, samochodzie czy oknie wywiesza klubowe/narodowe barwy. Należy zauważyć, że pośrednio na sporcie cierpi nauka. Nie jest to wywód okularnika-anemika, który każdą chwilę spędza przed komputerem. Stwierdzam to osobiście, jako osoba, która uprawia od czasu do czasu kilka dyscyplin sportowych i równocześnie poświęca wiele czasu na naukę. Dla wszystkich zainteresowanych polecam artykuł z "Forum" nr 19 (7-13.05.2012) Wiedzy i igrzysk, a tymczasem pozwolę sobie zacytować fragment popierający moją tezę:

Jego zdaniem [Orina Stara, profesora antropologii sportu, krytykującego udział prestiżowego Uniwersytetu Duka'a z Karoliny Północnej w rozgrywkach Division I - przyp E.C.] koszykówka wywiera "antyintelektualną presję", pochłania zbyt wiele czasu i uwagi. Ale jako antropolog rozumie, dlaczego tak jest. - "Sport na najwyższym poziomie stał się dla studentów nowoczesną religią plemienną" - wyjaśnia naukowiec (...) "To pokolenie uwielbia ceremoniał i tradycję. Żeby być modnym, trzeba należeć do grupy, być kibicem jakiejś drużyny. A ponadto te dzieciaki dorastały przekonane, że sport jest naprawdę istotną częścią składową życia amerykańskiego społeczeństwa, o którą trzeba dbać."

Jak więc widać, w starciu nauki i sportu wynik jest jednoznaczny i co ciekawe, wszystko z przyzwoleniem władz publicznych i sporej części społeczeństwa. Nie chcę jednak dezawuować sportu jako takiego (czy którejkolwiek z dyscyplin), jestem jednak przeciwnikiem ekspansji sfer "pozasportowych" w dyscyplinach, które się umasowiły i na stałe zajęły miejsce w naszym życiu.

Retransmisje sportowe równieżna stałe zakorzeniły się w mediach. Wszystkie gazety i czasopisma podczas jakichkolwiek mistrzostw wrzucają na pierwsze strony najważniejsze wydarzenia sportowe. Można zatem potwierdzić postanowioną na początku artykułu tezę i zgodzić się z faktem, że wiele sportów o globalnym zasięgu zostało zawłaszczonych przez biznes (wsparcie finansowe w zamian za określone profity), sponsorów (marki) oraz politykę (resentymenty polityków wobec sportowych tradycji, poparcie kibiców dla określonych stronnictw oraz cała otoczka infrastrukturalna rozgrywek sportowych). Dlatego pamiętaj drogi czytelniku, że niejednokrotnie w życiu będziemy stykać się z wyborem pomiędzy sportem a nauką. Trzeba pamiętać, aby podczas dokonywania wyboru zachować głowę na swoim miejscu i nie dać się ponieść emocjom. 

wtorek, 5 czerwca 2012

Slayer i litewskie piwo lane

     Nie ma to jak proza dnia codziennego. Nawet nie zdawałem sobie sprawy jak wiele rzeczy można zrobić, kiedy nie jest się zajętym jedynie sprawami naukowymi lub "naukowopodobnymi". Poniedziałek zapowiadał się co najmniej przeciętnie, a pogoda nikogo wczoraj nie rozpieszczała, serwując aurę à la środek października / końcówka marca  ("W całej Polsce przewidywane zachmurzenie z miejscowymi przejaśnieniami"). Taki więc stan pogodowy przywitał mnie, gdy wstałem około godziny 8 rano, aby wybrać się na konferencję w Sejmie ("Nowe szanse dla europejskiej socjaldemokracji?"). Po przebudzeniu czułem, że zaraz padnę na twarz, bo ciało odmawiało mi posłuszeństwa, a w uszach ciągle słyszałem perkusję i szum gitary. Ale zacznijmy jednak od początku minionego weekendu.

     Nie jestem zwolennikiem teorii fatalistycznych o z góry założonym porządku i chronologii wydarzeń. Uważam, że to los kształtuje zdarzenia, które mają nastąpić. Neo z "Matrixa" pewnie by się ze mną nie zgodził, ale to już kwestia poglądów. Pewne czynniki nie pozwalają mi do końca zanegować Prawa Murphy'ego, wpędzając mnie w determinizm przypadku. Na czas tegorocznych Ursynaliów przypadł mi równocześnie weekendowy zjazd na Collegium Civitas. Oznaczało to zatem pewien zgrzyt - rozrywka  czy edukacja? Jako człowiek w miarę elastyczny postanowiłem wybrać obie opcje, nawet jeżeli miałoby to oznaczać uszczerbek na zdrowiu.


Dzień pierwszy - Limp Bizkit, Fot. SoWwa

Dzień trzeci - Mastodon 
    Tak więc przed sobotnim zjazdem udałem się na piątkowe koncerty (Slayer i Limp Bizkit), aby później, będąc wyczerpanym fizycznie dosłownie rozbić się na łóżku po godzinie 3 w nocy. W związku z tym, że zajęcia zaczynały się o dziesiątej nie miałem zbytnio czasu na rekonwalescencję i relaksujący sen. Sobotnia edukacja zleciała w miarę szybko, więc po zajęciach udałem się do domu, gdzie stwierdziłem, że sobotnie koncerty zostawię w spokoju i udam się na lokalną prywatkę. Nie wiem czy na koncertach zmęczyłbym się mniej niż u mojego kolegi, ale było już za późno na narzekanie - decyzja została podjęta. W domu po raz kolejny dobrze po północy. Niedziela była dłuższą powtórką z rozrywki dnia minionego, ponieważ po zajęciach od razu udałem się na wyczekiwane zespoły (Mastodon > Jelonek > Billy Talent) i ani trochę się nie zawiodłem! Szkoda tylko, że zaczęło padać, bo nie dość że zaczęło padać, to pot zalewał mi czoło, kiedy zostałem przepchnięty pod barierki przy scenie. Gdyby nie życzliwy znajomy mojej koleżanki, zapewne umarłbym po drodze w zatłoczonym nocnym, który pokonuje dystans Warszawa-Pruszków w ok. 70 minut.
Dzień pierwszy - Slayer !
     No i poniedziałek czyli wracając do punktu wyjścia. Do Sejmu się nie udałem, gdyż kolega, z którym miałem jechać podupadł zdrowotnie, a samemu jakoś nie miałem radości żeby jechać. Nie pierwsza konferencja i nie ostatnia. Jednak na samym początku tygodnia postanowiłem nie marnować czasu i zrobić maksymalnie dużo, tak aby zrekompensować sobie czas, który spędziłbym w Sejmie. A więc:
  • dokończyłem pracę zaliczeniową dotyczącą upadku I RP,
  • przeczytałem wszystkie artykuły dotyczące Korei Północnej na zagranicznych i polskich serwisach,
  • wysłałem aplikację zgłoszeniową do Akademii Służby Zagranicznej,
  • wysłuchałem debaty na temat marihuany w "Trójce" Polskiego Radia - kłócili się Kamil Sipowicz i prof. Mariusz Jędrzejko,
  • odwiedziłem bank,
  • przeniosłem wraz z moim kolegą fotel na kółkach od mojej babci (mój się dosłownie złamał),
I...
     Tutaj wypada dodać, że "destrukcyjną" aktywność rozpoczęliśmy dość wcześnie. Najpierw delektując się drinkami i piwami kupionymi na promocji w pobliskim Lidlu, a następnie wypełniając swoje płuca dymem. Przyszła także pora, aby coś zjeść. I właśnie tutaj zaczęły się ciekawe odkrycia dnia wczorajszego.

      Początkowo mieliśmy odwiedzić lokalny kebab bar (szybko, smacznie, tanio), choć coś nas odwiodło od tego pomysłu i udaliśmy się do wietnamskiej knajpki (w której jeszcze nie byliśmy) oddalonej o minutę drogi od owego kebab baru. Pomimo słów kolegi o tym, że goszczą tutaj panowie w szeleszczących spodniach nie zraziliśmy się do lokalu uświadczając równocześnie wielkiego posiłku za niewielkie pieniądze. Nie wiedziałem, że makaron chiński z kurczakiem może tak zapychać. Ale to ciągle nie wszystko.
   W drodze powrotnej postanowiliśmy dokupić jeszcze trochę złotego trunku i przez przypadek zawędrowaliśmy do sklepu obok baru o nazwie "Ale Piwo...", co było zresztą adekwatne do zawartości lokalu. Przez chwilę poczułem się jak dzieciak w sklepie z zabawkami - na półkach sklepu stały złote trunki z całego świata, od irlandzkiego ale po japońskie piwo ryżowo-chmielowe. Co więcej, można było kupić piwo lane i butelkowane na miejscu - 1 lub 2 litry. I muszę powiedzieć drogi czytelniku, że dawno nie piłem tak wyśmienitego trunku. "Skosztowałem" trzech rodzajów: Piwo książęce ciemne (7 proc. alkoholu), Lager starożytny (też 7 proc.) i niefiltrowane. Wszystkie trzy miały nietuzinkowy smak, który wydawał mi się niesamowity w zestawieniu z masowymi piwami reklamowanymi w telewizji i na banerach. No i ten klimat! Butelka co prawda plastikowa, ale za to zawartość iście bursztynowa, a nalepka z logiem sklepu (narysowana beczuszka) głosiła: 

Piwo (jego rodzaj)
Zawartość alkoholu 7,0% objętości.
Przechowywać w temp. 2-14*C
Producent: GUBERNIJA SIAULIAJA LITWA
Spożyć przed upływem 4 dni od daty nalania (nasze nie czekało dłużej niż 15 minut)
Pruszków Al. Wojska Polskiego 72 d lok. C

    Sprzedawca Litwin, który bardzo dobrze władał językiem polskim, ze szczegółami opisywał każdy trunek. Co więcej, kiedy pokazałem mu piwo, które wziąłem z domu "na wynos" (czeskie puszkowane, którego nazwy zapomniałem) opisał mi je dokładnie i podał co najmniej pięć innych podobnych do niego. Nie muszę wspominać, że po pierwsze wracaliśmy tam kilka razy, a po drugie zareklamowałem ów sklepik wszystkim znajomym. Nie straszne mi było nawet spotkanie z policją stołeczną, która odnalazła nas na obrzeżach Pruszkowa - na szczęście dla portfela już po konsumpcji. 

    Poniedziałek mogę zatem uznać za wykorzystany w stu procentach. No i jakiś wewnętrzny głos mi podpowiada, że rezygnacja z niektórych działań i planów nie musi być zła. Czasami bywa odkrywcza i pozwalająca zdobyć ciekawe doświadczenie.


niedziela, 27 maja 2012

Syria i Polska manifestują

Nawiązując do poprzedniego posta...: No i Tomaszewski zawieszony przez prezesa Kaczyńskiego. Nawet prezes potępił wypowiedzi dyskredytujące polską kadrę na Euro 2012 i zawiesił "legendarnego bramkarza" w prawach członka partii na miesiąc. Jan Tomaszewski przeprasza teraz wszystkich, moim zdaniem za późno i bez polotu. 
* * *
     Z kolei przenosząc wzrok na inny kontynent i inną rzeczywistość, widzę że w Syrii nie dzieje się dobrze. Ginie 90 protestujących pokojowo obywateli reżimu Baszara al-Assada, koszmar tego niewielkiego państwa trwa i wszystko wskazuje na to, że będzie trwał jeszcze długo. O okropieństwie rządów Assada mówił film dokumentalny prezentowany dziś w serii "Ewa Ewart poleca" na TVN 24. Wojsko i policja torturują i zabijają niewinnych cywili, każą im czcić Baszara al-Assada jako nowego boga, pociski rozrywają minarety, wartości Syryjczyków zostają zdeptane, pojawia się coraz więcej "męczenników mimo woli". Sami mieszkańcy kraju Assada nie chcą kalki działań z Libii, pragną aby wszyscy, którym zależy na obaleniu reżimu i wsparciu protestujących wsparli ich poprzez dostarczenie broni i pieniędzy. Ostatni kraj "Arabskiej Wiosny" walczy z tyrianią już od ponad roku.


   
     Z niektórymi hasłami w sferze publicznej ciężko jest zabłysnąć i przebić się do mediów, nie mają bowiem takiego "poklasku" jak aborcja/przeciwnicy aborcji, manifestacja 11 listopada/kolorowa niepodległa, ruch oburzonych itp. Zawsze tak było jest i będzie, choć wiem, że zbiorowy głos jest słyszalny o wiele głośniej i dalej niż osamotnione inicjatywy. Wczoraj, tak jak od kilku lat uczestniczyłem w Marszu Wyzwolenia Konopi, który ruszył z ul. Emilii Plater w Warszawie o godzinie 16.00. Nie było żadnych awantur, agresywnych zachowań czy dyskryminowania kogokolwiek (nie licząc haseł "kto nie skacze ten z policji" wzniesionych przez grupki w "strojach sportowych"). Miła muzyka sączyła się z głośników umieszczonych na busach - tym razem służby porządkowe nie "zawinęły" nikogo wcześniej i wystartowało ok 5-6 pojazdów z muzą różnego typu. Wszyscy uśmiechnięci, szczęśliwi i zdeterminowani w sprawie zalegalizowania. Tłum najróżniejszych ludzi przemaszerował przez stolicę domagając się "sadzenia, palenia i zalegalizowania", spotkałem wielu bliższych i dalszych znajomych.
przed Sejmem
     W mediach cicho, wszyscy boją się przeciwstawić politycznemu i prawnemu status quo, większość zadaje sobie pytanie "czy marihuana jest z konopi", mniejszość mówi "co wy tam wiecie". Niedoinformowanie doprowadza do dezorientacji i dezinformacji ("Marihuanę to pewnie sobie w melinach wstrzykują"), a przecież jej medyczne działanie zostało potwierdzone już setki lat temu. Można  ją stosować dla zmniejszenia skutków takich chorób jak stwardnienie rozsiane, anoreksja czy złośliwe nowotwory. Refundacja marihuany zapewne pozwoliłaby lepiej funkcjonować mojej mamie - dlatego nie dopuszczam myśli, że ktoś może być nielegalny za posiadanie medykamentu. Najwyraźniej komuś się to nie opłaca, a liberalny (choć jedynie z nazwy) rząd ma to gdzieś - z jednej strony czerpie zyski z akcyz na alkohol i papierosy, a z drugiej traci grube miliony na ściganie "posiadaczy" i procesy sądowe z tym związane. Obłęd i infantylne odwracanie się od problemu. Na mojej twarzy uśmiech piwniczny.

     Jedyną stroną, która zainteresowała się problemem jest lewica, a dokładniej Ruch Palikota. Janusz Palikot pojawił się na scenie skleconej przed Sejmem i powiedział parę słów po czym wziął "buszka dla Januszka". Pojawił się także dawno zapomniany Liroy i trochę pośpiewał, ale nie za długo bo miał problemy z mikrofonem. Był  obecny także Michał Pauli skazany na 12 kar śmierci (!!!) za przemyt narkotyków w Tajlandii, polecam zapoznać się z lekturą Polaka: http://www.michalpauli.pl/index.php?option=com_k2&view=item&layout=item&id=18&Itemid=96 . Nie zabrakło także Kamila Sipowicza, najstarszego polskiego hipisa, który zapalił swojego pierwszego skręta w 1967 roku i robi to nieprzerwanie po dziś dzień (żyje i ma się dobrze). Dlaczego więc by nie zalegalizować skoro jest coraz więcej argumentów i głosów za? Pytanie zostawiam otwarte.

     Fakty jakie płyną z dwóch powyższych wycinków rzeczywistości można interpretować na wiele różnych sposobów. W Polsce domagamy się legalizacji marihuany i swobody jej uprawy i posiadania, powołując się na takie wolności w innych państwach. W Syrii obywatele domagają się obalenia Assada i pragną pomocy zagranicznej w dostarczeniu im broni i środków pieniężnych - oni nie powołują się na nic innego niż sprawiedliwość i koniec zbrodniczego reżimu. W lobywatelach dwóch państw oddalonych o setki kilometrów jest nadzieja, że ich manifestacje zostaną zauważone, a pragnienia spełnione. Różnica polega na tym, że w Syrii obywateli zabija i torturuje się bez większych ceregieli, u nas jest spokojnie, choć 22 tysiące ludzi również nie idzie ulicami na próżno.
Marsz Wyzwolenia Konopi 2012 - Polska, Warszawa
"Odejdź Baszar" - opozycjonista syryjski, foto: PAP/EPA

środa, 23 maja 2012

Co się dzieje z Tomaszewskim?

     Na ogół nie interesuje się sportem w formie kibicowania i nie obchodzą mnie wielkie eventy takie jak finał Liga Mistrzów, Super Bowl czy finały ligi NBA. Jednakże staram się być "czynnym sportowcem" dlatego biegam na dużych dystansach i czasami gram w piłkę nożną  na pozycji obrońcy (ostatnio wyłączyła mnie kontuzja kostki), czasami w przypływie siły i energii zagram  w siatkówkę czy koszykówkę. Nie o moich zainteresowaniach sportowych (bądź ich braku) chciałem dziś napisać. Sam doceniam wszystkich sportowców, jeżeli tylko ćwiczą wytrwale i potrafią w trudnych chwilach dać z siebie wszystko, a czasami pogodzić się z porażką. Dlatego kiedy słyszę o "astmie" norweskich biegaczek, czy dopingu sportowców tracę do nich szacunek - to jak ściągać na egzaminie. Nie ukrywam także, że nadchodzące Euro 2012 wywołuje u mnie ambiwalentne uczucia. Plusem w tej kwestii jest to, że mamy dobre stadiony, które zostały co prawda wybudowane na ostatni gwizdek, ale trzymają się nieźle (tak jak schody na Narodowym), no i jeszcze sporo pieniędzy na wybudowanie infrastruktury. No własnie. Z drugiej strony mistrzostwa piłkarskie w Polsce i na Ukrainie mają także "otoczkę", w której nie wszyscy dostrzegają szczegóły. W owej otoczce  można by powymieniać: brak infrastruktury dojazdowej, brak przygotowania sanitarnego, horrendalne zawyżanie cen kwater, brak dostosowania językowego dla przyjezdnych, kwestia "utylizacji" bezdomnych psów na Ukrainie, czas splendoru seksturystyki i prostytucji, zamknięcie głównego wejścia do Pałacu Kultury i Nauki (dlatego muszę poszukać innej drogi aby dostać się do mojej uczelni) itd.

to nie jest reklama

     O powyższych się  nie mówi, bo to jest be, natomiast każda osoba fizyczna i prywatna chce firmować swoim nazwiskiem owe Euro - sklepy, producenci piwa, piłkarze i każdy kto wyczuł dobry biznes w związku ze zbliżającym się eventem. Jest jednak pewien pan, który pod wpływem Pana Prezesa zdecydowanie stracił jedną klepkę. Mowa o Janie Tomaszewskim, tym który kiedyś był dobrym bramkarzem a teraz jest politycznym pajacykiem. Jego bojkot polskiej reprezentacji ze względu, że grają tam "farbowani Polacy" świadczy tylko o wyłącznie o tym jak Prawo i Sprawiedliwość przenika do sfer, w których powinno wspierać nasz kraj. A tu ciągle krytyka: najpierw że nie ma stadionów, później, że stadiony są złe, a kiedy już były zbudowane i atestowane pora na autostrady. To jednak ciągle za mało! Tomaszewski, członek PiS słynny ze swojego ciętego języka (w sposób pejoratywny) odsądza polską kadrę od narodowości, powołania, a trenera reprezentacji wini za powoływanie obcokrajowców, uważając (uwaga uwaga), że to drużyna Smudy, Laty i Komorowskiego. Co za pusta ksenofobia i język propagandy, aż pozwolę sobie zacytować tego wybitnego polityka: "Brzydzę się tej koszulki, bo będzie w niej grał przestępca oraz dwóch zawodników niemieckich i jeden francuski, którzy kolaborowali z futbolem francuskim i niemieckim."


No cóż, ale chyba znając paranoiczne podejście do świata jednej z, nomen omen, wiodących partii na scenie politycznej (za co za każdym razem uderzam się w pierś i pytam dlaczego) nie ma się co dziwić. I jeszcze komentarz Jana Tomaszewskiego, który uważa Kaczyńskiego za Kazimierza Górskiego polskiej polityki. Przecież to zbezczeszczenie dobrego imienia ś.p. Górskiego i do tego puste wywyższenie polityka-hipokryty. Mozna by pomyśleć, że na Ukrainie jest jeszcze gorzej, no ale ja (i Ty drogi czytelniku) mieszkam w Polsce. Mieszkam tu, tu, tu, tu. 

sobota, 19 maja 2012

Złego dobre początki

Wielokrotnie bywa tak, że niemoc paraliżuje nasze życie. Taki stan przejawia się w mniej lub bardziej złożonych czynnościach dnia codziennego. Najgorzej jest zacząć pisać jakąś ważną pracę lub dokument,  nawet mimo faktu, że w myślach mieliśmy już ich ostateczną formę. Równie trudno jest także zacząć z kimś rozmawiać po dłuższym czasie rozłąki lub przy różnicach poglądowych czy, idąc dalej tym tropem, w ogóle otworzyć się na ludzi i wyjść z wyznaczonego społecznie kanonu postępowania i ideologii. Te bardzo proste czynności występują na wszystkich płaszczyznach życia społecznego, a ich istnienie jest czymś naturalnym - wielokrotnie w życiu trzeba przecież coś zaczynać i kończyć.

Po wielu miesiącach przygotowań i ciężkiej pracy przeplatanej tysiącem innych pomniejszych "aktywności" naukowych, trzymam w rękach niewielką "książkę" - to moja magisterka. Najlepsze jest to, że całkiem mi się podoba i uczucie napisania czegoś większego od artykułu na tego bloga przepełnia mnie i pozwala zrzucić kumulowany przez wiele tygodni stres. Druga kwestia to konferencja naukowa, którą udało się nam (liczba mnoga bo był to trud całego Koła Naukowego Młodych Dyplomatów z mojej uczelni) zorganizować. Sam fakt, że podczas trwania konferencji, na której byłem moderatorem/organizatorem nie doszło do większych zgrzytów, a przedstawione referaty profesorów, doktorów, magistrów i studentów były naprawdę dobre, sprawia, że teraz jedno wiem na pewno - ciężka praca popłaca, człowiek zdobywa wiedzę i doświadczenie.

Nie można jednakże żyć bez przerwy z nosem w książkach/przed komputerem. Wczorajsza balanga, którą nomen omen znowu zorganizowałem, ukazała, że część zaproszonych goście zajmujący się na co dzień także kwestiami naukowymi (dwoje było prelegentami na wspominanej konferencji!),czy po prostu wyróżniający się czymś z kategorii "wiedza, nauka, umiejętności", potrafią się dobrze bawić. Świadczy o tym fakt, że o 4.00 zdziwiło nas wstające słońce i brak spirytualiów do skosztowania. Dziś czuję się jak nowy, choć opuściłem "sobotę zjazdową" z przyczyn technicznych (tak przynajmniej to sobie tłumaczę). Rzeczywistość to także kwestie wyboru.

Już niedługo skończy się pewien ważny etap w moim życiu - skończę dwa kierunki studiów. Jestem pełen wiary w nasz kraj i jego możliwości rynku pracy, dlatego kiedy ktoś pyta mnie co dalej, odpowiadam najzwyczajniej, że jeszcze nie wiem. W głębi duszy chciałbym kontynuować działalność naukową na poziomie doktoratu, no ale zobaczymy. Bo tak jak mówiłem, najtrudniej jest zacząć.

Ostatnio coraz mniej oglądam telewizji - zwyczajnie nie starcza mi na wszystko czasu. Muszę jednak wspomnieć, że w ogromnej mierze swoje "oglądanie" ograniczyłem do serwisów informacyjnych i wiadomości, wyjątek stanowią programy dokumentalne na zagranicznych stacjach. Dlatego też bawi mnie niezmiernie fakt, że polskie media opuściły poziom przekazywanych treści do tak niskiego stopnia, że czasami nie jestem w stanie wytrwać do końca programów typu "wiadomości". Wszyscy zainteresowali się sprawą zamknięcia posłów przez robotników "Solidarności", każdy rozdziawił usta usłyszawszy, że polska prawica w starciu z lewicą, przywołuje postać Hitlera. Dla mnie to nie wiadomości, jest to przedstawianie nieważnych "chujóweczek", z których nie można zdobyć informacji merytorycznych czy choćby odpowiedzi na pytanie dlaczego.

Wszystko ma swój początek i koniec, trzeba do tego przywyknąć. Mam nadzieje, że niektóre etapy skończą się szybciej, a inne zaczną wolniej.