Proza życia i podróżowanie. Jakie to piękne i nie wymagające rozdrapywania polityki, kwestii gospodarczych i ideologicznych. Wracam z imprezy masowej pod zakrytym niebem, którą zaserwowała mi stolica. Po drodze wraz z moimi znajomymi dostajemy tyle mandatów od straży miejskiej (czego oni strzegą?) za picie w miejscu publicznym, że stosunek ludzi w grupie do otrzymanych kar wynosi 2:1. Alkohol niszczy społeczeństwo. Alkohol dziurawi kieszeń, nawet jak się już go zakupi. Alkohol zwalnia od racjonalnego myślenia, czyniąc z nas zwierze symboliczne. Może pora przerzucić się na herbatki ziołowe i medytacje, żeby wypełnić jakoś pustkę i marazm szarzyzny miesięcy zimnych? Chyba w tej kwestii jednak pozostanę konserwatywny. Ale po co to wszystko, skoro lada moment ma nastąpić rozpad znanej mi rzeczywistości.
Impreza
Raczej patologiczny wyraz obłędu młodzieży "18 up". Muzyka, która wierci mi dziurę w głowie, a jednocześnie zapada w pamięć jak traumatyczne przeżycie, dudni głośniej i głośniej. Przemiksowana i zmielona melodia coraz mniej przypomina klasyczny utwór, o ile w ogóle można nazwać remiksy czymkolwiek klasycznym. Znajomi świetnie się bawią, ja też nie nażekam, choć miejsce ciągle pozostawia wiele do życzenia. Organizm działa, trzeba odwiedzić łazienkę. Przy wejściu do kibla dziewczyna wyrzuca z siebie resztki tego co wcześniej zjadła. Ładna, ale zrozpaczona sytuacją niemocy kontrolowania siebie i sytuacji. Ktoś jej pomaga. Dobrze, że jeszcze niektórzy odczuwają, pokazują empatię. Kibel nie podzielony jak kiedyś na "trójkąt" i "kółko". I gdzie kurwa są drzwi? Ech nie oczekuje złotych klamek i jedwabnych ręczników, ale byłoby lepiej gdyby klamka do drzwi których nie ma, nie tonęła w muszli klozetowej jak Tytanic, a typ który stał za mną przestał się na mnie patrzeć (tryb homofoba ciągle na poziomie 0). Moi znajomi się jakoś rozpierzchli po chaotycznym klubie, czasami na siebie wpadamy, a mętne wyrazy naszych pysków dobrze komponują się z całą sytuacją. Ktoś mnie zahaczył, pół piwa na ziemi. Co się dzieje, otacza mnie tłum sklonowanych stylem ludzi, wszyscy zdają się płynąć ciekawe czy ich wartość zewnętrzna pokrywa się z tą wewnętrzną.Pora wychodzić/uciekać, bo siły odpuszczają nogi, a muzyka zaczyna drażnić, tak samo jak nachlane mordy ludzi.
Pociąg
Didaskalia: Jeszcze z echem muzyki, ale już długo po samym "klubie" (nienawidzę tego słowa, bo jest całkowicie nieadekwatne do miejsca gdzie praktycznie nikt się nie zna i nic wspólnie nie tworzy). Zmęczonym wzrokiem szukam miejsca w niesamowicie-szybkim-pociągu-kolei-miejskiej. Znajduje i siadam. Naprzeciwko mnie matka z dwójką chłopców (siedzą na jednym miejscu), obok mężczyzna ze spracowanymi dłońmi.
Kątem oka w ułamku sekundy dostrzegam tapetę jego telefonu - ładna twarz dziewczyny. Czy jest jego dziewczyną, czy do niej jedzie, tego nie wiem. Nie moja sprawa. Tonę więc w czasopiśmie i drążę temat kryzysu politycznego w Unii. Zdanie po zdaniu, akapity, wreszcie strona, ciężko jak w Afryce, ale jakoś idzie. W ogóle nie mogę się skupić, jakiś taki zamęt miejsca, mimowolne interakcje z przypadkowymi ludźmi, których (pomimo, że codziennie podróżuje pociągami od kilku lat) widzę pierwszy i ostatni raz. I mimochodem słyszę rozmowę chłopców. Czy wiesz skąd się bierze deszcz? - pyta jeden. Wiem - odpowiada młodszy - z wody która leci prosto do nieba i zamienia się w chmury. Na co drugi z charakterystycznym dla tego wieku przekąsem przerywa mu i podnosi głos - Nie prawda, deszcz bierze się od Boga, bo wszystko bierze się od Boga, prawda mamo? Uspokójcie się - kwituje matka.
Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hate story. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hate story. Pokaż wszystkie posty
sobota, 10 grudnia 2011
niedziela, 28 sierpnia 2011
Zwolnij, ale biegnij
O 12:20 na TVN 24 ze zwariowanego czasu mar sennych budzi mnie program Ewy Ewart o kobietach służących w libijskim wojsku. Nie jestem fanem jednej stacji telewizyjnej, ale to właśnie niebieski znaczek przypadł mi do gustu ze względu na "nową jakość" i konkrety (o ile w mediach można mówić o czymś takim), bo patos i "gorsza jakość" telewizji publicznych mnie nie kręci, no a po drugie trzeba wiedzieć co się ogląda a nie oglądać co się da. W każdym razie dowiedziałem się jak bardzo kobiety mogą wcielić się w męskie role, bez utraty swojego uroku i innych funkcji w społeczeństwie. W Libii wszyscy podczas kręcenia tego dokumentu służyli jeszcze "rewolucji", teraz wszystko ma się inaczej, powiem więcej - cały kraj przechodzi poważną próbę swojej historii.To nasuwa mi wiele pytań. Czy obecnie wszystkie wierne Kadafiemu kobiety zdezerterowały, czy po prostu uznały, że nowa rewolucja wymaga poświęceń w postaci rezygnacji z lojalności wobec władcy. Co się stało z tymi kobietami? Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek ma takie pojęcie? No ale dość już o Libii, zostawmy sprawy Afryki Północnej w fazie in statu nascendi (łac. w trakcie powstawania) i obserwujmy ten stosunkowo łagodny pod względem nakazów religijnych kraj (przy Arabii Saudyjskiej Libia to raj dla kobiet).
Kiedy rozpoczyna się lato nasze libido działa w najnormalniejszy sposób - idzie w górę i napędza nasz organizm w magiczny sposób. Ja, jako przedstawiciel płci męskiej wymyśliłem sobie, że będę biegał po to, aby rozładować wszystko co gromadzi się we mnie w sezonie letnim - pomysł może banalny, ale pomaga. Niektórzy ćwiczą po to aby nabrać masy mięśniowej, zrzucić zbędne kilogramy, czy wyrzeźbić sylwetkę. No i właśnie tutaj, mój drogi czytelniku, ja jestem inny. Kiedy obudziłem się z rana po "prywatce", którą opuściłem ok trzeciej rano (czy wieczorem?) myślałem, że mój mózg jest czymś innym niż integralną częścią mnie. Czyli w skrócie syndrom poalkoholowy, totalny rozkład impotencja czynów i myśli. Czasami w takim stanie dostaje nadprzyrodzonych zdolności, które działają tylko w takim stanie. Może to i dziwne ale tak właśnie jest - musiałem wybiegać toksyny i wypocić wszystkie związki, które wcześniej dostały się do moich organów. Zakładam więc wysłużone Najki i cały osprzęt biegacza i z domu schodami coraz szybciej zbiegam na parter, a dalej już przed blok i w trzewia miasta. Pierwsze metry, a dalej też kilometry przychodzą z trudem. Pot z dodatkiem innych substancji chemicznych z dnia poprzedniego zalewa mi oczy, ale biegnę. Po kilku kilometrach powtarzam sobie "zwolnij ale biegnij", bo nie mogę się zatrzymać. Jak bardzo chciałbym, aby każda instytucja, każdy człowiek zwalniał, ale biegł dalej w wyścigu życia. Oddech.
Tak jak wspominałem - inni mają jakiś swój cel w ćwiczeniach, ja biegam bez celu w syntetycznym ujęciu sportowym. Wiem, że muszę dobiec do jakiejś tam mety, wyznaczonego punktu, celu, który nie ma nic wspólnego z osiągnięciami sportowymi. Pot zalewa mnie po raz setny, czuje dziwne mrowienie. z tył czaszki Nie powinienem tyle pić, nie powinienem nadwyrężać wszystkich partii swojego organizmu- a jednak., stało się i stanie się jeszcze wiele razy. Pieprzony wpływ otoczenia, okropieństwo własnej hipokryzji (ależ jestem bezlitosny dla swoich słabości). No cóż, tak chyba ma być, po trochu każdy z nas jest zewnątrzsterowny.
* * *
Wczoraj koncert fortepianowy w Pruszkowie, następnie pokaz filmów. Wszystko w atmosferze komarów, których nienawidzę z całego serca. Koncert niesamowity, nie pamiętam kiedy ostatnim razem słyszałem coś takiego, miriady dźwięków, niesamowitość chwil, brawa, taki uśmiech, który wpełza mi na twarz tylko wtedy kiedy doceniam kunszt twórcy niesamowitych dźwięków. Niestety pruszkowski element niekulturalny również się pojawił i swoimi artykułowanymi, mniej lub więcej odgłosami przerywają moje chwile muzycznego katharsis. Tak niestety jest jak coś odbywa się za darmo, wtedy przychodzi każdy, niestety nie każdy przychodzi żeby uczestniczyć. Z filmami po koncercie było już gorzej, podobno nie zostało na nie zbyt wiele osób (sam ulotniłem się na "spotkanie" u kumpla). No ale w każdym razie program kulturalny w Pruszkowie można na chwilę odhaczyć. Oby działo się więcej i więcej. A ja cięgle biegnę, czasami zwalniam, ale biegnę, bo chyba o to chodzi.
PS. w dziale linki wrzucam recenzję książki, którą opublikowano w periodyku "Myśl polityczna i ekonomiczna" 1-2 2011
czwartek, 18 sierpnia 2011
Żyć szybko, umierać szybko
Zastanawia mnie co się wczoraj wydarzyło, bo pomimo mojego postanowienia (że pije) wszystko układało się jakoś tak składnie, aż do pewnego momentu w moim szalonym życiu...
Wyjazdy moich rodziców zarówno do ukochanej przez nich Turcji jak i gdziekolwiek indziej, nigdy nie zwiastowały poprawy stanu mieszkania i mojego zdrowia. Jakimś głupim i mistycznym trafem przyjęło się, że właśnie na czas absencji moich staruszków rozpoczyna się karnawał obłędu i chaosu. Lodówa zmienia się w jaskinię (pustą oczywiście) a wszystko co można zjeść i nie jest przyprawami zostaje zjedzone. Kot, który lata swojej świetności ma dawno, dawno za sobą przechodzi przez prawdziwą szkołę przetrwania - takie kocie dni grozy. Ja natomiast, wasz narrator prozy życia codziennego, podczas nieobecności Państwa Czop staczam się na dno, aby tuż po powrocie odbić się i wrócić do poziomu używalności. Tzn. to moja subiektywna opinia.
Wczoraj chaos, po kilku butlach z wodą ognistą z jęczmienia wydobytych pól, świat zaczął przypominać raczej karnawał szaleństwa i dziwnych wypadków. Wszystko odbywało się w agresywnym rytmie stroboskopu, który przyniósł jeden z uczestników "prywatki" (dlaczego już nikt tak nie mówi na imprezy w domowym zaciszu?). W każdym bądź razie wszystko w domu zmieniało położenie i konsystencje, najpierw alkohol zaczął z nas parować (był to proces raczej w obiegi: pijemy--> paruje, pijemy--> paruje, gdzie p>p), później co poniektórzy (a było nas wielu) tańczyli do łupaniny przy stroboskopie, następnie (albo wcześniej?) przyszły dwie moje byłe, z tym że obecność pierwszej zaskoczyła mnie znacząco przez sam fakt, że nie widzieliśmy się jakieś kilka lat (zdjęcia na Facebooku się nie liczą). No i żeby tego było mało zaczęły się rozlewać różne płyny w kolejności: stół, podłoga, czyjaś gęba. Jak to w życiu bywa, na takich "prywatkach" (a może tylko i wyłącznie na moich?) nie może obejść się bez strat w elementach otoczenia. Do dziś pamiętam jeszcze moje nie odżałowane akwarium (80 l) które zostało zbite oknem. Ach stare, złe czasy...
Powracając. Szyba została zbita przez właściciela stroboskopu, poprzez zbyt duży nacisk masy wywołany niedocenieniem (nie)możliwości tak kruchego materiału jakim jest szkło. Ojciec urwie mi za to łeb, albo nie zauważy - fifty -fifty. W każdym razie, mój drogi czytelniku, jak to na dobrej popijawie bywa, nie obyło się również bez wizytacji służb porządkowych. Dziwi mnie jednak fakt, że przyjechali tak późno. Gdybym, był swoim sąsiadem (a mieszkam w bloku!) poszedłbym do źródła chaosu i wszystkich potraktował paralizatorem "Skorpion" i gazem pieprzowym, a następnie zadzwonił po policję, dokładnie w takiej kolejności. Ciekawe jest również to, że po śpiewaniu kolęd (uznaliśmy, że narodziny Pana trzeba wielbić zawsze) i toastów urodzinowych (nikt nie miał urodzin) żaden z tych złamasów nie pofatygował się o wizytę bezpośrednią zamiast (jak to w staromodnym stylu), kablowania na policję. Socjopaci pierdoleni.
Wizyta policji łączyła się z wieloma nieprzyjemnymi czynnościami, po pierwsze primo: trzeba było ściszyć muzykę (kiedy to nastąpiło nie wiedziałem gdzie jestem), po drugie musiałem powiedzieć, żeby ktoś przekazał, że gospodarza nie ma (albo śpi), niestety władza kazała mnie "obudzić"(szczwane bestie). No i tutaj pojawia się najgorszy problem, gdyż w czasie "godziny policyjnej" narkotyzowałem się w najlepsze w salonie i musiałem się ogarnąć, wydać komendę schowania faji i przygotować dowód osobisty (a jak). Czarne mundury okazały się w miarę spoko. Pokrętnie tłumaczyłem im, że już nie włączę muzyki (a gówno tam), i będziemy ciszej i znośniej. Ani trochę nie pomagał mi stan upojenia alkoholowego i zaparowanego umysłu, no i jeszcze mój znajomy M. za wszelką cenę (przy policji) chciał wyjść i bić sąsiadów, którzy po patrol porządkowy zadzwonili. Na całe szczęście sytuacja opanowana. Dowiedziałem się również, że właściciele mundurów zostali wezwani przez sąsiadów z bloków obok, a nie z mojego. Toż to dopiero brać sąsiedzka! Ja akceptuje ich wariactwa, a oni moje - proste i dyskretne.
Dalej nie wiem co się stało.
No i załącza mi się druga klisza. Mózg wchodzi na tryb "hard", a wnętrzności informują mnie o stanie rozkładu, co gorsza zegarek wskazuje na 6:10 a impreza kręci się dalej. Czy Ci ludzie nie mają szacunku dla swojego zdrowia i bliźnich (hipokryzja + 10)? Najwidoczniej nie. W związku z tym, że na 12:00 mam ważne spotkanie z ważnymi ludźmi w stolicy, muszę przespać przynajmniej 3 godziny - niezbędne minimum na "trzeźwe myślenie". Przechodzę więc od słów do czynów, wypraszając maruderów, przy okazji zachęcając ich do wyniesienia śmieci. Gdy dom stoi pusty "i walają się dookoła rupiecie" wreszcie idę zemdleć na kanapie. Przykrywam się jakąś bluzą, później kołdrą i kotem. Amen.
Wstaje i znowu nie wiem gdzie jestem. Poranny make down na twarz, zjeść coś co nie wywoła padaczki i na rower! Zgadza się - na rower - gdyż moja głupota i brak zorganizowania nie pozwala mi się wyrobić na pociągi, które w Pruszkowie mają jakieś problemy z częstotliwością po godzinie 11. No i śmigam w pół śnie, rozbity i przemielony przez dzień poprzedni (a właściwie to obecny) i modlę się w myślach do boga i bogów, abym na nikogo nie wpadł. Bo jak ja umrę - to spoko, ktoś tam się posmuci, powspomina i tyle, gorzej jakbym z całym impetem wpadł np. w grupkę zuchów, wózek z dwojaczkami, czy starą babę z psem. Resztę życia spędzam w uroczej celi pełnej uroczych świrów. Marna perspektywa.
Pociąg spieprza mi oczywiście sprzed nosa, a 26 stopni rozpala mój łeb do czerwoności, świat mi kipi - następny pociąg za 20 minut. "Kurwa mać", 20 minut na kacu to wieczność, nieskończoność i jeszcze się spóźnię na spotkanie. A właśnie że się nie spóźniłem, byłem na Chmielnej w budynku Stronnictwa Demokratycznego (tylko w siedzibie, bez konotacji politycznych oczywiście) pięć minut przed 12, aby spotkać moje urocze koleżanki, które wraz ze mną (chyba?) będą odpowiedzialne za kampanię wyborczą prof. Dariusza Rosatiego do Parlamentu. Trzymałem fason całkiem nieźle, bo nawet na spotkaniu z koordynatorem kampanii, oprócz wywalenia 3 szklanek wody, udało mi się sypnąć jakimiś sensownymi pomysłami ( charyzma + 1). W drodze powrotnej zahaczamy do jakiegoś drogiego slow/fast fooda i za kanapkę i wodę płacę, bagatela 17 zł. I wcale nie czuje się lepszy, że jem na Chmielnej i płacę te pieprzone 17 zł za kanapkę wielkości mojej łapy, za którą miałbym mistrzowskiego "chińczyka" kilka pieprzonych ulic dalej! Ogólnie dzień na +. Żyć szybko, umierać szybko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


