Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

piątek, 27 marca 2015

"Kopciuszek Strong oraz Bierz ją!" - Edgar Czop, opowiadania niepokorne

Udało mi się spłodzić dwa dorodne opowiadania. Drogi czytelniku, to chwila niecodzienna, bo historie z projektu "Świat-człowiek-toksyny" wskakują na papier i zaczynają żyć własnym trybem!

Dzięki współpracy z Mariją Babiak książeczka opatrzona jest ciekawymi ilustracjami w czerni i bieli, a po godzinach, które spędziła nad nimi Ania Mrozowicz na pewno mniej w nich błędów, które ja w szale pisania i sprawdzania nieroztropnie pominąłem. Książki wyszły na świat dzięki krakowskiemu Wydawnictwu KASPER, z którym współpraca układała mi się niesamowicie dobrze.



O czym są opowiadania? Jak to o czym?! O tym w czym czuje się najbardziej elastycznie - nowoczesnych formach tracenia czasu, pragnieniach, które drzemią w każdym z nas i pogoni za uciekającą chwilą. Gwarantuje Ci drogi czytelniku, że na pewno się nie zawiedziesz.

JAK I ZA ILE...

Postanowiłem, że aby zwróciła mi się chociaż część zainwestowanych pieniędzy, opowiadania kosztują 20 ziko. Kupić je można na dwa sposoby:

1) Doliczając do ceny koszt przesyłki (7 PLN?) robisz przelew na:

Edgar Czop 


89 1140 2004 0000 3202 7520 6578 (mBank)


tytuł: "Toksyny dla TWOJE IMIĘ I NAZWISKO"


wysyłasz mi maila (edgar.czop@gmail.com) ze swoim adresem,  a ja wysyłam Ci książkę. Proste jak polski menel.


2) Jeżeli mieszkasz w Warszawie, Pruszkowie lub okolicach spotykamy się na sekundę, a ja daje Ci książkę osobiście


UWAGA: Do pierwszych 30 książek dołączam coś specjalnego!!!


wtorek, 17 marca 2015

Prezydenckie obiecanki-macanki

Wszyscy chcą nam wcisnąć gówno. Chyba za ostro zacząłem. A zatem, wszyscy chcą nam wcisnąć swój punkt widzenia na rzeczywistość i zawłaszczyć naszą wolną wolę i w miarę nieskrępowaną decyzyjność. Nie jest to jednak kraina Orwella ani przedmieścia Pjongjangu, a część Europy dumnie nazywanej środkowo-wschodnią. Dokładniej mówiąc, Polska nasza przenajświętsza, w bólu rzeźbiona i wywalczona przez dziada pradziada (z wąsem).

Owczy pęd łapie nas wszystkich w każdego dnia. Przytoczę prozaiczną sytuację: pociąg podstawia się w mieście-zapomnianym-przez-boga (Pruszkowie) na peron. Jest jakieś 8 minut przed odjazdem. Każdy człowiek posiadający zegarek powinien wiedzieć kilka faktów dotyczących naszych kolei:

a) choćby miał nastąpić koniec świata, pociąg nie odjedzie przed czasem,
b) nawiązując do punktu poprzedniego - pociąg przeważnie odjedzie po czasie,
c) pociąg może w ogóle nie odjechać z przyczyn technicznych, bliżej nikomu nie znanych.

Powyższe stany nie są jednak powstrzymać wszystkich, którzy widzą ów pociąg stojący na peronie. I biegną, a za nimi inni biegną, bo przecież jak tu nie biec, skoro wszyscy biegną, a pociąg stoi. Koło niepokoju kolejowego się zamyka. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby pociągi odjeżdżały minutę wcześniej.

Kolejny przykład biegnięcia z/za tłumem - mody sezonowe. "W tym roku modne będą (wstaw cokolwiek, polecam brody, buty New Balance, fryzury "na Hitlerjugend", najnowsze iPhone'y, zdjęcia z jedzeniem i kiepskie dowcipy)" mówi jakiś głos. A jeżeli jest to głos znany, bo sławę zyskał dzięki internetowym wystąpieniom, modowemu blogowi, czy słodkiemu pierdzeniu na szklanym ekranie, to ludzie o nieskomplikowanym charakterze przyjmą trend jako swój. I co z tego, że nam "to coś" nie pasuje, że nie jest do końca w naszym stylu (fashion victim?) itd. skoro inni to mają to dobrze, jeżeli ja nie będę odstawał z tłumu. Twórzmy system ochlokracji, biegnijmy w kołowrotku!

Dlaczego u mnie niechęć do postawy braku samodzielności wyboru? Już spieszę z wyjaśnieniem drogi czytelniku. Podstawy "ślepej czołobitności" i konformizmu widać także podczas wyborów, a bezrefleksyjne popieranie osób na jakieś ważne stanowisko uważam za rozpad demokracji obywatelskiej. To wszystko ważne, bo za niecałe dwa miesiące wybierzemy głowę państwa i to nie w byle jaki dzień, bo 10 maja. Wszyscy, którzy wiedzą na czym polega sekta smoleńska zapewne połączyli już kropki i wysnuli jakieś wnioski.

Pozwolę sobie w tym miejscu zrobić małe przedstawienie, dodam tylko, że o samej instytucji Prezydenta RP miałem przyjemność pisać w poprzednim artykule.


"My pokolenie solidarności..." 
Bronisław Komorowski - urzędujący prezydent, swojak, który pokazuje się w różnych miejscowościach i zapewne z niejednym wódkę wypił. Zaczyna swoje przemówienia od odwoływania się do "pokolenia solidarności". Jest myśliwym, a zatem sportowym mordercą zwierząt (swoje niezręczne porównanie do łowów użył podczas spotkania z Barackiem Obamą). Prezydent Komorowski ostatnio zaczął się upierać, że kampania prezydencka to czas zmarnowany, pełen chaosu i dysfunkcji dla jego stanowiska - czyżby demokratyczna instytucja wyborów przeszkadzała Bronisławowi Komorowskiemu? Jest on niestety faworytem nadchodzących wyborów, wygra w pierwszej turze (niewielką przewagą) lub miażdżącą większością w drugiej. Polacy lubią swojaków i zastosują w jego przypadku zarówno zasadę owczego pędu, jak i postawienia na to co znane - bo ładnie mówi, bo jeździ to tu, to tam, bo sypnie dowcipem, bo był w PO...



"Z poparciem Pana prezesa K."
Andrzej Duda - reprezentant Prawa i Sprawiedliwości, oskarża obecnego prezydenta o czytanie z kartki, a sam nie rozstaje się ze sprytnie ukrytym prompterem. Chce kontynuować prezydenturę Lecha Kaczyńskiego (w mojej optyce wybitnie słabą i niedostosowaną do geopolityki tamtych lat). Stawia na rodzinę, rozwój gospodarczy, w których Prezydent może niewiele. Panu Dudzie pomyliło się niestety, że w Polsce nie mamy systemu prezydenckiego, a większość władzy realnej skupia się w rękach premiera i ministrów. Andrzej Duda pojawia się w mediach katolickich (TV Trwam i Radio Maryja) i w akompaniamencie religijnych bzdetów przyciąga uwagę niezdecydowanych katolików. Zapomniałem dodać, że Duda zarozumiale głosi, że wygra te wybory - Jarosław Kaczyński musi być z niego naprawdę dumny!


"Milcząca dama" Magdalena Ogórek - kandydatka zdecydowanie małomówna, niemniej lubi przechadzać się po mieście w akompaniamencie zainteresowanych nią panów (czasami także i pań). Niezaprzeczalnie atrakcyjna kandydatka, dla przeciętnego męskiego wyborcy - pojawia się w białych lub beżowych kreacjach, jest młoda, piękna, powabna, występowała w TV i ma doktorat (co z tego, że z teologii). Dodatkowo, z ostatnich nowin wzbrania się przed sesją w Playboy'u, na którą motywuje ją rzesza fanów na fejsbuku. Jej deklaracje są słomiane i pod publiczkę. Czy jest symbolem lewicy? Myślę, że tak samo, jak ślimak jest rybą (grono ekspertów uważa, że owszem). A tak na poważnie - nie, nie i jeszcze raz nie. Lewica, jest rozbita, podzielona, rozdrobniona i bez szans na połączenie sił oraz dwucyfrowy wynik. Leszku Milerze, chwała Ci za twoje decyzje i rady. Co ciekawe, przewodniczącym sztabu Pani Ogórek jest Tomasz Kalita, bardzo fajny facet, którego miałem przyjemność poznać pracując u Aleksandra Kwaśniewskiego. Człowiek zna się na rzeczy, jest dobrym PR-owcem, ma kontakty mediami, a teraz wierzy w Magdalenę Ogórek. Tomaszu, why? :(



"Człowiek znikąd" Andrzej Jarubas - kolejny swojak, choć trochę mniejszego kalibru. Człowiek z chłopskiego rodu, wcześniej znany tylko nielicznym i wtajemniczonym. Przeprasza Rosjan za decyzję rządu (eksport towarów), co stawia go w świetle koalicjanta-renegata. Nieźle, bo z przytupem! Chce zdobyć wynik dwucyfrowy i dwoi się i troi, aby nie skończyć jak jego poprzednicy z minionych wyborach na fotel prezydencki - Waldemar Pawlak i Jarosław Kalinowski - których "sukces" oscylował w granicach 1,5 proc. głosów. W jego mdłych i sztampowych wystąpieniach, w związku z zamieszaniem wokół ustawy o in vitro przejawia się tematyka zarodków. Jego dużym atutem jest brak kontrowersji i wpadek. Może dlatego, że jest mało znany i niewielu Polaków w ogóle go kojarzy. 


"Tam gdzie wieje polityczny wiatr" Janusz Palikot - przewodniczący dezintegrującej się partii, ma duży fundusz na prowadzenie działalności politycznej, nawet na szczeblu wyborów prezydenckich. Jego postawy i poglądy zmieniają się szybciej niż kreacje Pani Ogórek. Kandydat zrobił sobie bardzo dużo czarnego PR, to konformista, który pomimo przylepienia sobie naklejki "mesjasza lewicy" głosi poglądy liberalne. Raz "niszczy" w wypowiedziach kler i PO, a innym razem epatuje liberalnymi hasłami i potulnie przyznaje rację rządowi. Reprezentant Twojego Ruchu zmienił image, zmienił program, ale nie zmienił oportunizmu i instrumentalnego podejścia do polityki. Ciągle pozostaje skandalistą, niepokornym i zwariowanym.


"Nie będzie niczego vol. II" Janusz Korwin-Mikke - postać, która brała udział we wszystkich (tak, we WSZYSTKICH) wyborach prezydenckich w demokratycznej Polsce. Jego poparcie oscyluje w granicach 1 procenta, jednak ptaszki ćwierkają, że w tych wyborach może zgromadzić nawet 3-4 proc. głosów poparcia. Dlaczego? Bo jego hasła są proste, jak budowa cepa, głosi niechęć wobec grup społecznych, jest chamem, mówi co wie (a nie wie co mówi), a jego elektorat wyszedł z gimnazjów i może wreszcie głosować. JKM jest bezsprzecznie największym hipokrytą polskiej sceny politycznej (wystarczy przypomnieć, że zasiada w PE, do którego w zasadzie nie chciał się dostać i pobiera za to sowite wynagrodzenie). W myśl utopistów-libertarian chce całkowitej wolności, a więc anarchii, połączonej z nieograniczonym dostępem do broni oraz karą śmierci. Czy może być gorzej?


"Worek osobliwych rozmaitości" Anna Grodzka, Marcin Kowalski, Paweł Kukiz, Wanda Nowicka - wrzucam ich do jednego worka, muszą mi wybaczyć. Niektórych nie darzę sympatią ze względu na prostackie podejście do władzy (Marcin Kowalski), natomiast inni wywodzą się od niedawna z ugrupowań, które na polskiej scenie politycznej nie mają siły przebicia, a uratować ich może tylko własna marka (Anna Grodzka z Zielonych oraz Wanda Nowicka z Partii Pracy). No i jeszcze ten Kukiz, sam już nie wiem o co mu chodzi, nie wyszło mu z JOW-ami, w filmach już nie gra, a w muzykę się nie bawi - może dlatego zajął się polityką? Jeżeli tej zbieranince uda się zebrać wymagane 100 tys. głosów i zaznaczą swój udział w wyborach ich poparcie będziemy mogli liczyć w promilach. Czuję jednak, że mogę się mylić w stosunku do Pawła Kukiza. Will see...

Reasumując, widać, że w wyścigu supersamców pojawiły się także kobiety, które są bardzo pewne siebie i zdeterminowane żeby wygrać. To bardzo dobre wieści jeżeli chodzi o parytet tej instytucji. Nie są to matki-Polki, ale kobiety w wyborach, panie z własnym charakterem nie podporządkowujące się publice. Po drugie, widać ogromne rozbicie lewicy (brak wspólnego kandydata) i zanikanie jakiejkolwiek ideologii tego skrzydła. Jego osłabienie jest zastrzykiem dla prawicy i ultraprawicy, której pomysły niejednokrotnie cofają Polskę o całe dekady i blokują świeży powiew prospołecznych zmian.

Chciałbym zakończyć ten artykuł słowami pewnego liberalnego blogera politycznego, którego spojrzenie na to, co ma nastąpić 10 maja jest bardzo adekwatne do sytuacji:

"Politycy nie traktują wyborów prezydenckich ani wyborców poważnie. Zamierzam potraktować ich dokładnie tak samo."
Leszek Jażdżewski


środa, 11 marca 2015

Poległy opozycjonista i wstęp do wyborów prezydenckich

Dobry wieczór drogi czytelniku. Mam wrażenie, że troszkę się rozmijamy. Niech jedyną osłodą na gorycz naszej rozłąki, będzie fakt, że tęskniłem i starałem się układać puzzle rzeczywistości tak, aby wszyscy byli szczęśliwi. A Ty tęskniłeś? Mam nadzieję, że choć odrobinę. Zapraszam do karuzeli

"Putin zabił mojego przyjaciela"
27 lutego z rąk "nieznanych zamachowców ginie Borys Niemcow, były wicepremier Federacji Rosyjskiej, republikanin, który włożył dużo swojego wysiłku, aby zaleźć za skórę i podważyć pozycję cara 2.0 - Władimira Putina, wyjątkowego skurwiela. Dla wszystkich, którzy nie za bardzo interesują się polityką rosyjską, będzie to posta znana tylko i wyłącznie z mediów-ostatniego-czasu, gdy zrobiły one szum na temat tej ważnej, antyputinowskiej figury. Jak wskazuje wiele poszlak, Borysowi udało dopier "nietykalnym", jednak karą za niesforność była śmierć. Trzeba pamiętać, że Putin sprzeciwu nie znosi, przeinacza zasady nowożytnej demokracji (demokracja fasadowa - wersja wodzowska, autorytarna), a z adwersarzami rozprawia się tak, jak nauczono go w KGB. 

WYBÓR
Jeżeli ktokolwiek uwierzy w scenariusze morderstwa i zaangażowanie "wszystkich organów ścigania" w śledztwo, które podawane są przez rosyjskie oficjalne media takie, jak Rossija TV, "Sputnik" czy inne szczekaczki systemu, to znaczy, że dał się nabić w butelkę. Oczywiście sprawców zamachu można bardzo łatwo dorwać - nikt przecież się nie dowie, kto tak naprawdę stał za morderstwem, kozła ofiarnego znaleźć łatwo, a już najwygodniej będzie zrzucić wszystko na odwiecznego mąciciela w regionie - Czeczenów i miernego Kadyrowa. Tylko co mieszkańcy tego autonomicznego regionu chcieliby od Niemcowa? Możliwe, że niedouczony watażka został zmuszony, aby wysłać swoich ludzi i odciążyć rosysjkie służby od ciężaru winy. Co więcej, walki frakcji wielu instytucji siłowych w Rosji pozostają wielką tajemnicą i nie wiadomo, czy zlecenie nie wyszło właśnie od nich. Może niektórzy w ten sposób chcą osłabić neo-cara? Sporo mają jeszcze do zrobienia, wystarczy wymienić głównych opozycjinistów: Nawalnego, Kasparowa, Jaszyn, Ponamariewa, Udalcowa, Kasjanowa, czy naznaczonego piętnem Chodorkowskiego. Z wyjawieniem prawdy o samym Niemcowie przyjdzie nam trochę poczekać.

***

A u nas? U nas na szczęście władza nie wydaje wyroków śmierci na opozycjonistów, choć walka na ostre słowa trwa odkąd pamiętam. Niedługo wybory prezydenckie, które w moim mniemaniu są najmniej znaczącą i wielce irytującą instytucją demokracji, ze względu na funkcje samej głowy państwa oraz wielki szum z tym związany. Jeżeli spojrzeć na to, co prezydent może, to oprócz wizyt oficjalnych, prawa łaski, wręczania wszelkiego rodzaju medali, nagród, wyróżnień, dyplomów, mianowań honorowych, klepania sportowców po plecach i całej masy innych nadmuchanych protokołem i ceremoniałem gadżetów, jego rola w państwie na pewno nie skupia się na obszarach kluczowych dla procesu funkcjonowania państwa. Ważnym atutem jest jednak udział w obronności kraju w stanie pokoju, bo Prezydent w naszym kraju:
  • zatwierdza, na wniosek Prezesa Rady Ministrów, strategię bezpieczeństwa narodowego;
  • wydaje, na wniosek Prezesa Rady Ministrów, w drodze postanowienia, Polityczno-Strategiczną Dyrektywę Obronną Rzeczypospolitej Polskiej oraz inne dokumenty wykonawcze do strategii bezpieczeństwa narodowego;
  • zatwierdza, na wniosek Rady Ministrów, plany krajowych ćwiczeń systemu obronnego i kieruje ich przebiegiem;
  • postanawia, na wniosek Prezesa Rady Ministrów, o wprowadzeniu albo zmianie określonego stanu gotowości obronnej państwa;
  • może zwracać się do wszystkich organów władzy publicznej, administracji rządowej i samorządowej, przedsiębiorców, kierowników innych jednostek organizacyjnych oraz organizacji społecznych o informacje mające znaczenie dla bezpieczeństwa i obronności państwa;
  • inicjuje i patronuje przedsięwzięciom ukierunkowanym na kształtowanie postaw patriotycznych i obronnych w społeczeństwie.
na straży macierzy - źródło: http://i.iplsc.com/

Obronność jest ważną cechą funkcjonowania państwa na arenie międzynarodowej, choć tutaj nie przesadzałbym z pozycją Polski. Można oczywiście zakładać futurystyczny scenariusz, gdzie prezydent będzie aktywnie sprawował swoją funkcję zwierzchnika sił zbrojnych, którą określa konstytucja RP w art. 126 słowami: "Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium", jednak agresję na Polskę osobiście wsadzam między bajki i uspokajam wszystkich zatroskanych nadchodzącą apokalipsą. 

Drogi czytelniku, to nie koniec pisania o wyborach prezydenckich, bo warto poświęcić jeszcze troszeczkę miejsca na moim blogu, dla tej instytucji. Zapraszam więc do czytania kolejnego artykułu, który pojawi się już za kilka dni. Ciao!

gęby, twarze i buzie wyborów prezydenckich - źródło: www.tvn24.pl


wtorek, 13 stycznia 2015

Świat bez Boga

Dobry wieczór drogi czytelniku. Jestem Ci winien przeproszenie, za tak długi okres absencji (ostatni post wskazuje, że to ponad trzy tygodnie). Muszę posypać głowę popiołem i ukorzyć przed każdym, kto wiernie śledzi moje słowa. 

Po nowym roku obudziłem się w nowej rzeczywistości. Zakładałem przecież, że niewiele się zmieni wraz z przeskokiem na nowe cztery cyferki, a tu nie lada niespodzianka! 

Górnictwo 3 x N

Po pierwsze, premier Kopacz poszła rozmawiać z górnikami i chyba chce być jak żelazna Thatcher, która poskromiła związki zawodowe. Muszę jednak z przykrością przyznać, że u nas to nie przejdzie - zbyt duża patologia społeczna. Już mi się dostało po głowie na pewnym portalu społecznościowym za pomysły zamknięcia nierentownych kopalnii, do których państwo musi dopłacać setki miliardów.

Dlaczego trzy razy "N"? Bo jest niebezpieczne (wpisz w wyszukiwarkę "kopalnia tragedia"), a jestem przekonany, że się zgodzimy drogi czytelniku. Drugie "N", to nierentowność, która wynika z rozdmuchanej polityki zarządczej i patologicznych przywilejów. Trzecie "N" to nieekologiczność - tutaj chyba nie muszę tłumaczyć czytelnikowi, że brudna energia bez odpowiedniej infrastruktury niszczy nasz ekosystem skutecznie i uporczywie. Chińczycy przekonają się o tym najszybciej (największa konsumpcja węgla na świecie). W zasadzie, to już się przekonują.
Pekin w smogu

Sam jestem głupi bo myślę, że można normalnie rozmawiać z ludźmi, którzy wyszli na ulice, jednak środowiska związków zawodowych, które powinienem cenić za swoje skrzywienie postawy na lewo, to nabrzmiała tkanka, która zamiast wzmacniać organizm doprowadza do jego osłabienia. Czytałem bardzo ciekawy artykuł na ten temat i dostrzegłem, jak źle ma się ten sektor - górnicy bowiem osiedli na laurach już za czasów Edwarda Gierka, który reprezentował ich środowisko i rozdmuchał istotność tego zawodu do gargantuicznych rozmiarów. To paternalistyczne przyzwyczajenie do opieki państwa nie zdaje egzaminu w obecnych realiach. Stąd, bezsensowne gospodarczo przywileje dla tej grupy i nadmierne wynagrodzenia dla kadry nadzorczej. 



Jeżeli jednak rozpatrujemy zwolnienia (moim zdaniem niestety konieczne), to trzeba jednak ułożyć tym ludziom życie na nowo, to oczywiście wymaga bardzo ryzykownych decyzji, odważnych działań i zrozumienia dla osób przyzwyczajonych do takiej egzystancji. W takich sytuacjach zawsze myślę, co by było gdyby w tym tłumie, co ma problem, bo zwolnienia, ciężkie warunki, brak perspektyw itd. szedł mój ojciec. I nabieram dystansu i pokory. Podsumowując ten problem - jak pokazuje niechęć związków zawodowych (które czasami są "zbrojnym ramieniem" opcji politycznych) do rządu oraz porażki rozmów komisji trójstronnej, pogodzenie interesów wszystkich będzie zadaniem heroicznym. 

Zderzenie cywilizacji II

Huntington skurczybyku, 20 lat temu miałeś rację i nadal ją masz! Na naszych oczach w sposób bezpośredni starły się dwie cywilizacje: Islam, który ceni tradycję, brak progresu i posłuszeństwo bez podważania prastarych racji oraz szeroko rozumiany świat zachodni, którego motywem przewodnim jest wolność i postęp. W tym starciu już widać ofiary, bo poszło o Boga, który dla jednych jest latarnią w ciemnościach, a dla innych kolesiem z książki pełnej legend.



Sam staram się nie wypowiadać zbyt często na temat religii, niestety nie za bardzo mi wychodzi. To prywatna sprawa, każdy ma prawo wierzyć w co mu się podoba, lub nie wierzyć w nic. Jednak, jeżeli dostrzega się patologie i ekstremizmy ciężko pozostać pokornym wobec własnych przyzwyczajeń. Już we wcześniejszym wpisie wyrażałem zaniepokojenie wobec radykalnego Islamu. 

W tym miejscu muszę napisać, że równie obawiam się radykalnych katolików i Żydów - stwierdzam to dla zachowania status quo w moich przekonaniach. Bo wiesz drogi czytelniku, z fanatykami się nie da rozmawiać, szczególnie jak mówią Ci, że jesteś niewierny i zasługujesz na śmierć, albo widzą u Ciebie za mało wiary czy niewiele pokory. W takich czasach przyszło nam żyć. No i do tego dochodzi jeszcze nowożytny terroryzm - zjawisko najstraszniejsze, bo niedyskryminujące miejsc ataku, ofiar i używanych środków.

Ciężko mi to wszystko zrozumieć, bo gdy na poważnie myślę o terroryzmie widzę ludzką głupotę.

Dostrzegam, jak bardzo cały Zachód przespał Islamską Wiosnę Ludów i pozwoliłby Państwo Islamskie rozpuściło zatrute owoce religijnego obłędu. 
Dostrzegam porozrywane ciała dzieci, których nie pokazują w żadnej stacji telewizyjnej. 
Dostrzegam głupich i ślepych ludzi, którzy uwierzyli w książki sprzed setek lat i bzdury w nich zawarte, tak, jakby nigdy nie wymagały wykładni czy nowelizacji.
Dostrzegam własną niechęć do innych, gdy głupi ludzie zaczynam się denerwować na całą religię, a nie oszalałych fundamentalistów, przyczynę całej nienawiści i zniszczenia.
Dostrzegam zepsucie moich znajomych, którzy posłaliby "arabusów" do piachu tylko dla tego, że są "arabusami". 
Dostrzegam własną naiwność w wiarę ludzi, jednak wiem, że muszę szanować wszystkich, chyba, żę wkraczają w moją strefę prywatną i zagrażają spokojowi ciała i ducha.
Dostrzegam jak bardzo trzeba nienawidzić, żeby zabijać pisarzy i rysowników - tego nie rozumiem najbardziej.

Wyobraźmy sobie czysto hipotetyczną sytuację. Urodziłem się we Francji i dojeżdżam do Paryża, żeby pracować w jednej z bardziej kontrowersyjnych redakcji (mowa oczywiście o "Charlie Hebdo"). Lubię swoją europejską wolność słowa, dlatego wyrażam się krytycznie o religii, bo mam do tego prawo w laickim kraju. Niestety, to jest mój pechowy dzień (no i dla wszystkich, którzy mnie lubili), bo do redakcji wchodzą uzbrojeni zamachowcy i pakują mi kulkę w klatkę piersiową i w głowę. Umieram za humor, który skierowany był przeciwko religii, w mojej ocenie największej siatce przestępczo-ekonomicznej na ziemi. A przecież "tylko pisałem" - pióro mocniejsze od miecza. Na nie/szczęście mieszkam w Polsce, kraju zabunkrowanym konserwatyzmem, utytłanym w marazm historyczny, brzydką pogodę i cebulę, która wielu politykom wystaje z butów.

A gdyby to tak wszystko...

Nie jesteśmy zdefiniowani ostatecznie, możemy zmienić wszystko w 24 godziny, ale przeważnie za bardzo boimy się wyjść z ciepłych pieleszy i podjąć poważne decyzje. Zacytuje teraz mój ulubiony zespół, Tool'a, aby pokazać Ci drogi czytelniku dobre podsumowanie powyższych wątków:

Myśl samodzielnie.
Podważaj decyzje władzy.

W swojej historii gatunek ludzki doświadczył przerażającego i szokującego odkrycia, że nie wiemy kim jesteśmy, albo że nie wiadomo dokąd zmierzamy w tym oceanie chaosu,  władza, politycy, autorytety religijne i naukowe, które chcą nas uspokoić i pocieszyć, dając nam porządek, zasady, regulacje, informacje, forując w naszych głowach ich wizję rzeczywistości. Aby myśleć samodzielnie musisz kwestionować władzę i autorytety oraz nauczyć się odnajdywać w stanie wrażliwej otwartości, chaosu i rozczarowań.

Myśl samodzielnie.
Podważaj decyzje władzy.
(...)



niedziela, 21 grudnia 2014

Opium dla nas

Witaj drogi czytelniku. Warto nadmienić, że forma "witaj" we wszystkich kontaktach międzyludzkich, bez względu na ich formę zarezerwowana jest dla gospodarza witającego gości "u siebie". Gospodarz tego bloga musi jednak przeprosić za wiele rzeczy. Najbardziej wstydliwą z nich jest zaniedbanie czytelnika i skłonności do ogromnej niechęci do wydarzeń masowych, które są ubóstwiane przez wielu.

Ostatnimi czasy jestem pozbawiony chwil wolnych, a wynika to z mojej słabości do realizowania wielu celów naraz. Tutaj nie mogę się poddać i zawieść, więc mój czas wolny (nie licząc głębokiej nocy) ogranicza się dziennie do około kilkunastu minut. Płaszczyzn na których działam, jest bowiem bardzo dużo i nie zamierzam ich wymieniać. Dość z tymi tłumaczeniami, bo każdy człowiek pracy i czynu (dajmy na to, że sam się nim określiłem) doskonale wie o czym piszę. Pora spojrzeć na rzeczywistość z perspektywy toksyn.

W naszym państwie nie dzieje się źle, choć widzę początki obłędu. Ludzie coraz bardziej głupieją i oddają się rozrywce oraz pędowi dyktowanemu przez tłum, a raczej masę. Miłościwie panująca władza od dawna nie ma pomysłów na cokolwiek, a decyzje i zaniechania w jej wykonaniu są wysoce dotkliwe. Jak można bowiem inaczej określić plan oddania 16 mln PLN na budowę świątyni Opatrzności Bożej, symbolu dominacji Kościoła Katolickiego nad władzą świecką? Tak wiele innych stref woła o pieniądze, które arbitralnie przekazywane są na rzecz budowania pomnikó władzy i religii. Od razu przypomina mi się północnokoreański hotel Ryugyong, ogromna betonowa konstrukcja, bezsensowna wydmuszka budowana od 1987 roku, aby zaspokoić chore ambicje władz. Katolicka świątynia i koreański hotel to betonowe kalectwa i kosztowny kretynizm, a w przypadku tej pierwszej, symbol ogromnego wpływu lobby kościelnego na władzę w naszym kraju. 

Na obrazku od lewej: północnokoreański betonowy potwór, świątynia Pazerności Bożej





















Dalej, porusza mnie decyzja Trybunału Konstytucyjnego o możliwości "masowego" uboju rytualnego. Krótkowzroczność miesza się w niej  z przyzwoleniem na okrucieństwo, Koalicja PO i PSL się cieszy, bo do kieszeni państwa popłynie więcej pieniędzy z importu mięsa ze zwierząt, które dla zaspokojenia efemerycznych ambicji osób kultywujących religijne tradycje sprzed setek lat , umierają w nieopisanym cierpieniu. Gratuluje obiektywizmu i przestrzegania konstytucyjnej zasady dobra wspólnego. Teraz to już się nie cofamy, ale biegniemy do tył.

Wczoraj czytam w  na tvn24.pl, że śledztwo ws. arcybiskupa Wesołowskiego zostało zawieszone. Dla wszystkich, którzy nie znają tematu polecam o przeczytaniu o tym, jak Watykan kryje swoje pionki w pedofilskich rozgrywkach. Powiem w skrócie tyle, że do Polski jakimś dziwnym trafem nie dotarły tutaj dokumenty związane z pieprzeniem małych dzieci przez jednego z duchownych na Dominikanie. Więc co?  Prokuratura zawiesiła śledztwo! Nie martwmy się, każdego kiedyś spotka kara za winy, choć w przypadku religii sprawa jest o wiele bardziej wielopłaszczyznowa i skomplikowana, mają oni bowiem monopol na prawdy dotyczące Boga.



No właśnie, Stolica Apostolska, jedno z najmniejszych państw, a zarazem niezwykle ważny gracz na arenie międzynarodowej. Zwykli ludzie widzą w tej monarchii absolutnej niegroźne państwo wpisane do Włoch, gdzie są kolorowo ubrani, czerpiący tradycjami z okresu po średniowieczu nikomu niepotrzebni Szwajcarzy mieszka prawie-święty papież, poczciwa starsza osoba, która błogosławi i radzi jak żyć. Trzeba kwestionować i sprawdzać każdą władzę - tą w Watykanie w szczególności. Brudy tego tajemniczego państewka zaczynają się wylewać drzwiami i oknami, a media złapały przynętę. Wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego poprzedni papież zrezygnował. Wiedział zbyt dużo złych rzeczy? Nie mógł poradzić sobie z walkami z wewnętrznymi frakcjami Świętego Miasta? Może, tak jak przyjęło się to w tradycji parlamentarnej (ale nie u nas), zrzekł się funkcji po dużej wpadce i własnych błędach? Nie poznamy odpowiedzi na te pytania. Warto zatem zastanowić się m.in. czy pod maską nietykalnych figur kościoła nie kryją się chciwe twarze, czy Bank Watykanu działa prawidłowo i dlaczego do cholery księża mają być karani w innym trybie za pedofilię.

No i ostatecznie idzie czas, który jest dla mnie niezwykle przygnębiający. Bynajmniej jest to spowodowane ciężarem wspomnień z poprzednich lat, gdy osoby, którym zawierzyłem dogłębnie znikały. Jest mi przykro z powodu wszystkich ludzi, którzy muszą kupić drogie i wyszukane prezenty dla bliskich, jest mi niezręcznie, gdy podczas świat marnuje się więcej jedzenia z suto zastawionych stołów, niż kiedykolwiek w roku. I na końcu, bardzo współczuje moim znajomym, pracującym w sklepach i korporacjach, którzy w czasie przed świętami mają czasami więcej pracy niż da się to opisać. To nie koniec, ludzie tracą rozum, a czerwony grubas zawłaszczony przez koncerny wydaje się wołać "Ho ho ho, kupuj idioto". I kupujemy i walczymy o produkty, bo tak robią wszyscy, a karp, najbiedniejsza ryba, w ten dziwny czas ma na prawdę przekichane.





Jeżeli miałbym składać życzenia z okazji tego święta (o stricte pogańskich korzeniach) napisałbym: W ten czas wolny od pracy polecam wszystkim odpocząć, zatrzymać się na sekundę i skupić na innych - ich uśmiechach, problemach, rzeczach, o których marzą i oczach, w które czasami boimy się spojrzeć. 

***

Koleżanka mówi mi: "Jak masz możliwość to wyjedź z tego kraju". Mam wiele predyspozycji i możliwości żeby to zrobić, jednak ciągle trzyma mnie nadzieja, że mogę coś zmienić i przekazać ważne myśl. Niemniej w swojej walce i ignorancji innych osób jestem bardzo osamotniony. W swoim rodzinnym mieście muszę walczyć o to, aby coś się zmieniło, w sieci Internet podejmuje bezsensowne spory z grupą cyfrowych trolli, mocnych słowem, gdy nikt ich nie widzi, na zewnątrz bronię racji ideowych. Także wewnątrz toczę walkę. Bije się z myślami, że pomimo stabilnej sytuacji gospodarczej ciężko sprawić, aby ludzie zaczęli myśleć i wiedzieli co mówią, zamiast mówić co wiedzą. Jesteśmy ze sobą już 5 lat drogi czytelniku. Miesiąc temu była rocznica, o której ze względu na chaos zapomniałem. Za to również przepraszam, w ramach rewanżu obrazek.


niedziela, 7 grudnia 2014

Poprzez ściany - cały tekst, wersja finalna

Drogi czytelniku, oddaje w twoje ręce całe opowiadanie "Poprzez ściany", jest to wersja poprawiona i ostateczna, możliwa do pobrania pod tym linkiem.

Nie zgub się w odmętach kosmosu.



wtorek, 2 grudnia 2014

Poprzez ściany- część VII, ostatnia.

Ponad nieskończonością


Wy śmier­telni­cy jes­teście je­dynie cieniami i pyłem.

Przekaz echo przechwycony z Melpomene, statku-widmo, data nieznana


Człowiek jest z natury istotą ciekawską, a owa chęć poznawania nowych przestrzeni nieraz ściągnęła już na nasze głowy szereg nieszczęść. Wystarczy przywołać chęć poznania efektów broni chemicznej i jądrowej, wiedzę na temat tego, co dzieje się z człowiekiem w skrajnych warunkach, czy w końcu wypuszczanie nas, Astronautów w niebezpieczne misje. Jednak tylko odważne (lub szalone) jednostki wprowadziły innowacje i pokazały świtu, że odkrywanie nieznanych płaszczyzn może być konstruktywne i potrafi wpisać do kart historii najważniejsze ze słów - przełom.

Jako wytrwały Astronauta i niestrudzony badacz, mając w głowię ten pozytywniejszy scenariusz, nie mogłem zastanawiać się ani chwili dłużej. Bo co jest ciekawszego od wchodzenia w nieznane obszary? Co podnosi ciśnienie krwi bardziej niż emocje związane z przecieraniem szlaków? Na pewno nie sztuczne substancje, stymulowanie emocji za pomocą urządzeń czy wspomnienia odkopywane z niepamięci. Osobiście nazywam to szaleństwem zuchwałych.

- Muszę tam wejść – mówię do siebie i walczę ze strachem przed wszystkim i powoli nachylam się nad otworem odkładając na bok urządzenie, które pozwalało mi się poruszać.

Czuje jak coś mnie wzywa. Zapominam o pięknym Marsie, o rozprutych Odkrywcach i o strzępkach przeszłości pielęgnowanych od lat. Zatracam się i powoli wślizguje się w ciemny otwór, który przed chwilą roztworzył się przede mną. Przypomina mi się co mówił mi jeden z nauczycieli historii kosmosu: „Zło najczęściej kryje się w mroku”. Ale w tym momencie mrok wydawał mi się szalenie ciekawy i godny zwiedzania.

Wnętrze miejsca, do którego się przedostałem podobne było do jaskini i w zasadzie oprócz tego opalizującego połysku nie wydawało się niczym nadzwyczajnym, dla osób, które uprzednio zwiedzały tunele na księżycach głównych planet. Ot, zwykła jaskinia, jak te na Ziemi powstałe na skutek wiecznych odwiertów i szukania surowców przez najgorsze na świecie istoty nie potrafiące gospodarować swoim środowiskiem. Problem w tym, że ta jaskinia znajdowała się na planecie, która zrobiona była z mieszaniny gazów! Sensory w moim kombinezonie, tak samo jak większość przyrządów, zupełnie zwariowały, nic się nie zgadzało, a sygnał Astro w chwili przejścia przez otwór był praktycznie zerowy. Nie mogę się poddać w tak ważnej chwili. Brnę do przodu i czuje się, jak jeden z Pionierów, bardzo nielicznej grupy Astronautów, którzy poświęcili swoje życie dla poznania niezbadanych przestrzeni kosmosu.

Kilka pierwszych kroków.

Kilkanaście dalszych.

Kilkadziesiąt ostatnich.

Kiedy wszedłem w głąb tego dziwnego miejsca, przez ciemne jak hades mroki nie przebijała się nawet moja lampa zamontowana przy głowie. Musiałem nie zauważyć, że powierzchnia, po której stąpałem kończy się. A może tuż pode mną coś właśnie się rozwarło? W tym ostatnim z kroków jedyne co pamiętam, to jakbym spadał przez chmury. Czy ja jestem skończonym samobójcą? Co myślałem wchodząc do tego miejsca, przecież można było zebrać próbki i zrobić badania na zewnątrz. Przeklęty eter już prawie przestał działać i to może dlatego zaczęło ogarniać mnie to dziwne zwątpienie w powodzenie powrotu na statek. Jako ludzie jesteśmy strasznie naiwni i nawet pomimo poczucia swojej wyższości popełniamy głupie błędy.

Nie byłoby nic dziwnego w moim spadaniu (wiedziałem, że musi się kiedyś skończyć wiadomym skutkiem), gdyby nie to że w pewnym momencie wcale nie uderzyłem z całym impetem w skałę i nie połamałem sobie wszystkiego, co było możliwe do połamania przy takim upadku. Wpadłem na coś co przypominać mogło wielką poduszkę zrobioną z dziwnej galaretowatej substancji w kolorze zjełczałego budyniu. Ledwo udało mi się wydostać z tego czegoś i stanąć na nogi.

Obraz wnętrza miejsca, w którym się znalazłem sprawił, że ryknąłem na całe gardło, niepohamowanym okrzykiem przerażenia, które zapewne towarzyszyło w przeszłości wszystkim prabraciom, którzy widzieli najstraszniejsze okropności unikatowe dla swoich czasów. Teraz wiedziałem, że mój koniec to kwestia chwili.

Ukazał mi się widok przerażający i paraliżujący moje myśli, mógłbym tutaj wymyślić dziesiątki innych przymiotników, które nie oddałyby zapewne strachu petryfikującego całe moje ciało i rozszarpującego moją duszę. W komnacie wyrytej w skale znajdowało się pomieszczenie. W pomieszczeniu znajdowały się istoty wystające ze ścian. Z istot emanowało przerażenie, które czułem. Były one wpół żywe, wpół martwe, a z każdej z nich odprowadzone były rurki i przewody, które prowadziły do istoty, w obliczu której blakły nieumarłe szczątki. To pozostało z zagubionych pokryte było galaretowatą substancją, na którą wylądowałem. Wiedziałem, że ze ścian sterczą Odkrywcy, Astronauci, a raczej ich animowane truchła pozbawione kombinezonów lub skóry i sam nie wiem co. Wszyscy wtopieni w jakimś strasznym procesie, albo w rytuale w to miejsce. Niektórzy machali spazmatycznie tym, co wystawało ze skały, jeszcze inni wydawali dźwięki, które najwytrwalszym Astronautom zmroziłyby krew w żyłach, pozostała część po prostu zwisała nieruchomo od czasu do czasu drgając delikatnie.

Przysiadłem z przerażenia i pomimo braku łączności wklepałem na podręcznym ekranie dotykowym sygnał S.O.S. z najwyższym priorytetem, który Astro miał wysyłać na najdłuższych falach w przestrzeń kosmiczną. Wiedziałem jednak, że przy antycyklonach i ścianach zrobionych z nieznanych mi minerałów, takie kroki są czystą i nic nie wartą formalnością. Byłem zgubiony, bo znalazłem się na statku Chimery, który stworzony był ze wszystkiego, co bestia przyswoiła bądź opętała przez swoją odwieczną podróż w przestrzeni – stąd jego nadnaturalny kolor.

- Naiwniaku, przecież na Jowiszu nie ma stałej materii – pomyślałem bezsilnie, bo dałem się nabrać w pułapkę, jak uczniak.

Chciałem uciekać, pobrać próbki, dobić konające truchła, zrobić cokolwiek, ale „to” nagle zaczęło funkcjonować pompując ze zdwojoną siłą w swoje wnętrze substancje z udręczonych. Zacząłem płakać ze strachu, bo pomimo, że znałem tylko legendy, potrafiłem rozpoznać Chimerę. Istotę, czy też istoty, o ile w ogóle nazwać można było tak przedziwne kształty z niekrytych skórą tkanek. przypominały pękające mięśnie, które wiły się, jak dżdżownice w kałuży, wydając z siebie dźwięki, tak bardzo odmienne od wszystkiego co usłyszałem na ziemi. Moje serce zamarło.

Z legend , które słyszałem od osób zaprzyjaźnionych z Odkrywcami (a więc półszalonych) Astronautów słyszałem, że Chimera rzadko zabija swoje ofiary bezpośrednio, woli popychać je do samobójstwa lub torturować tak długo, jak jest to tylko możliwe. Jej ulubioną ścieżką działania jest czatowanie niedaleko osad, gdzie znajduje się jakieś życie i doprowadzenie jej mieszkań do obłędu, a następnie samounicestwienia. Czytałem kiedyś w jednej z książek w bibliotece Ostatnich Zbiorów na Ziemi zarezerwowanej tylko dla adiunktów, którzy mieli zostać wysłani w kosmos na długie lata, że Chimera lubi rozmawiać ze swoimi ofiarami – schlebia im, szydzi, zastrasza i łamie ich psychicznie. Ten potwór potrafi przez dekady siedzieć gdzieś, gdzie nie dociera światło i czekać na swoje ofiary. Na głupców takich, jak ja.

Kiedy pomyślałem o ucieczce, miriady dźwięków - od pisku, po niskie szumy i wycie – zalały moją głowę. Padłem na kolana i trzymałem się z całej siły za hełm licząc na to, że zdołam zagłuszyć ten przerażający dźwięk. Chimera uformowała się w coś, co wyglądało, jak wyciągnięty ze skorupy ślimak z dziwnymi odnóżami, przypominającymi macki, kończyny pająka i coś jakby ropiejące dziecięce rączki. Wiła się w oszalale, jak w transie, wydając setki odgłosów. W kolejnej sekundzie odłączyła się od wszystkich rurek prowadzących do nieszczęsnych bytów. Pomimo tego, że to coś nie miało oczu czułem, że patrzy na mnie. Przemówiła, a jej głos brzmiał dźwiękiem wszystkich zagubionych w galaktyce.

- Istoto pierwszego rzędu – głos monstrum sprawił, że zwymiotowałem do środka skafandra. – Nie mieliśmy gości od dekad, żywiliśmy się tylko wyrzutkami, a teraz spotykamy jednego z synów małp.

- No już zabij mnie – szepczę, bo nie spodziewam się innego końca, zabrnąwszy jak nowicjusz wprost w paszczę potwora. Jestem taki głupi i naiwny.

- Zabić Cię? Czy istota pierwszego rzędu zna tylko taki tryb opuszczania formy stałej? – Chimera krzyczy teraz głosami wszystkich moich bliskich z ziemi.

Próbuję zaaplikować sobie śmiertelną dawkę jakiejś substancji z podręcznego przybornika, ale Chimera jest szybsza. W ułamku sekundy ten pozornie niezręczny ślimak znajduje się metr ode mnie i oplata moje ręce.

- Uczynię twoje wnętrze pyłem kosmosu – szepcze głosem dziewczyny, którą zostawiłem na Ziemi.

I wnika w mój kombinezon, przez skórę opanowuje kości i mięśnie. Z mojego hełmu znika przesłona. Czuje jeszcze, że żyję, ale wszystko mi mówi, że to nie potrwa długo. Rozpoczynają się przyspieszone skutki choroby wysokościowej, moja głowa promienieje od bólu, zaczynam wymiotować. Skóra mrowi mnie tak, jakby ktoś powoli sypał na nią słony, palący piasek, wszystko dookoła się kręci. Widzę już coraz mniej, bo obraz zawęża mi się od braku tlenu, miotają mnie konwulsje. Chimera oplata mnie w całości. Bije od niej czysta nienawiść. Czuję, że rozpoczyna się najgorsza część niedotlenienia – kwasica. Wszystko we mnie zaczyna się rozrywać, a ból jest nie do opisania. Chciałbym odłączyć się od galaktyki.

Na chwilę przed zniknięciem świadomości powracają do mnie wspomnienia. Widzę jak w zwolnionym tempie idę z moją dziewczyną za rękę przez jedne ze sztucznych parków na wygenerowanych naturalnych rubieżach Ziemi. Ona uśmiecha się i mówi coś niezrozumiale. Wiatr powoli rozwiewa jej piękne włosy. Obraz się zmienia. Widzę moją matkę, która czyta mi książkę z biblioteki Ostatnich Zbiorów na Ziemi. Powoli porusza ustami, wpaja mi odwieczne prawdy o kosmosie. Mówi o wielkim wybuchu, o słońcu o legendarnym Pogromcy. Później widzę siebie, z daleka, jak odlatuję z Ziemi i niknę w mrokach kosmosu. Jak spadająca gwiazda.

Jak w sali kinowej na Ziemi, ujrzałem niewielki czarny punkt na środku białej przestrzeni. Czarny punkt zdawał się trwać przez dobre kilka sekund na swoim miejscu, aż do chwili, gdy w zupełnie niespodziewany dla mnie sposób eksplodował z takim hukiem, że na chwilę zacząłem oddychać, a przynajmniej tak mi się wydawało. Obrazy zaczęły zmieniać się w niesamowicie szybkim tempie, tak, że nawet jakby zwolnić je setki razy nie zdołałbym wszystkiego pojąć. Kombinacje świateł przekazywane bezpośrednio do mojego wnętrza pokazywał jakieś dziwne procesy i zajścia, już nie na białym, ale teraz na czarnym tle. W pewnej chwili uchwyciłem wzrokiem znany mi obraz. Krzyknąłem jakby w myślach. I możesz wierzyć lub nie drogi czytelniku, ale zauważyłem wtedy coś bardzo mi bliskiego i znanego, co wydawało się coś znaczyć pośrodku czarnego ekranu. Przy zatrzymaniu z łatwością mogłem wskazać bardzo wiele ciał niebieskich. Mogłem wskazać układ planety i gwiazdy, a dalej układ słoneczny. To był prapoczątek.

* * *

Tysiąc myśl na centymetr kwadratowy mojego mózgu sprawia, że topnieją lodowce na krańcu wszechświata. Przebijam się przez ściany braku świadomości.

- Ockną się, więc żyje – powiedział pewnie męski głos.

- O Boże, ale mówił Pan… - drugi damski głos miesza w sobie odcienie rozpaczy i radości.

- Mówiłem, mówiłem. Miał szczęście gnoj… to znaczy chłopak – kontynuuje bas-baryton. - Przeważnie tacy jak on po takiej kawalkadzie chemii trafiają w jedno miejsce i wcale nie jest to pierwsza liga koszykówki.

- Biedny, dobrze, że pogotowie przyjechało tak szybko – drugi głos ciągle łka. – A Mil się obudził.

- Kto? – dziwi się głos numer jeden.

- No, ten drugi, co leżał w swoich wymiocinach i nie czuliście pulsu – damski głos smutnieje.

- A, drugi kosmonauta… Wszystko okaże się przez tą noc. Nasz toksykolog robi co w jego mocy, więc zobaczymy. – kontynuuje mężczyzna – Mówimy na niego Pogromca, bo niejednego ciekawskiego substancji wyciągnął z odmętów otchłani.

- Och doktorze Cassini, nie wiem jak panu dziękować – rozkleja się pierwszy głos.

- Niech pani skupi się na swoim dzieciaku, to nie trzeba będzie w przyszłości wpompowywać w niego ponownie tych wszystkich odtrutek. Chodźmy teraz, dajmy mu odpocząć. – mówi lekarz i razem z kobietą oddalają się.

Leżę na łóżku podpięty do kilku rurek i o dziwo mam wszystkie kończyny. Co prawda nie udusiłem się, ale czuje jakby rozpoczynały się pierwsze objawy kwasicy, a głowa pęka mi jak na największym kacu. Zupełnie nic z tego nie rozumiem. Pamiętam wszystko, ale tak, jakby to było co najmniej 10 lat temu. Kosmos, Astro, Mars, Chimera, białe tło i co dalej? Pamiętam to, tak, jak przez mgłę, ale jednak. Chyba nie chciałem wiedzieć, co się stanie dalej. Nie chcę nawet rozmyślać na tym, jak daleko jest to "dalej". Myślę, że w jakimś stopniu udało mi się wykonać misję. Wyrwałem się Chimerze. Otwieram oczy szeroko i widzę całą aparaturę, która mnie otacza, nie mam pojęcia do czego służą maszyny i ich pokrętła oraz co w tej chwili wpompowują mi do żył. To dziwne, bo czuje się trochę jak przyłączony do Astro, tylko nie mogę wydawać poleceń.

Uśmiecham się szeroko i przez szpitalne okno widzę, że księżyc świeci bardzo mocno, tak samo jak gwiazdy.

- Doktor Cassini – mówię i uśmiecham się do siebie – doprawdy bardzo ciekawe.



KONIEC