Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

wtorek, 29 listopada 2011

Post-świat

Witajcie drodzy czytelnicy, dziś będzie trochę o świecie, oraz o tym co dzieje się poza Polską, ale poprzez system naczyń powiązanych wpływa też na nasz kraj. O co dokładnie mi chodzi? Zapraszam do czytania!

(Piosenka do puszczenia w tle :) )

     Nie sposób nie zauważyć, że żyjemy w dynamicznych czasach niekończących się zmian. Bella epoque, Pax Americana i Pax Romana  to teraz jedynie pojęcia historyczne, godne uwagi, lecz pozbawione aktualności. Trzeba dynamicznie myśleć i elastycznie analizować. Świat z dostępem do informacji 24/7 stwarza z jednej strony idealną dźwignię dla poszerzania horyzontów, ale z drugiej, ze względu na jakość nośników przekazu medialnego i jego wszechobecność, postawieni przed setkami wiadomości i danych nie przyjmujemy do siebie niczego, nie dokonujemy analizy i wyborów treści - "Człowiek, który traci zdolność myślenia abstrakcyjnego jest eo ipso, niezdolny do racjonalności, staje się zwierzęciem symbolicznym, które nie jest już dłużej w stanie podtrzymywać, ani tym bardziej ożywić, świata stworzonego przez gatunek homo sapiens."(G. Sartori, Homo Videns, 2005). Zachęcam Cie jednak drogi czytelniku, abyś czytał i był nieufny, drążył powierzchownie przedstawiane tematy, nie zgadzał się na wszystko - bądź głodny wiedzy, bądź spragniony informacji. Era odgrodzonych od siebie, niemych państw dawno minęła, a globalna wioska McLuhana Wkroczyła już dawno na nasze zielone poletko.

     Amerykańskie i europejskie czasopisma i dzienniki posyłają czarne prognozy w stronę strefy euro. To prawda, że nie jest dobrze, że kraje (szczególnie grupa PIIGS) mają fatalną sytuację finansową, ale nie oznacza to rozpadu całej unii walutowej, a już na pewno nie dorobku cywilizacyjnego, którym jest Unia Europejska. Zalecam trochę zimnej krwi i roztropności. Wspólnoty Europejskie, a później Unia Europejska przechodziły już przez podobne kryzysy, wychodząc bogatsze zarówno w blizny jak i doświadczenia. Cykl koniunkturalny to takie coś, co sprawia, że raz jest bardzo dobrze a raz niezwykle ciężko, choć Polska nie odczuwa specjalnie załamania Zachodu, czy to przez roztropną politykę, czy też zwyczajnie przez nie bycie w eurolandzie, trzeba pamiętać, że ta funkcja ekonomiczna nie jest kategorycznie wieszczącą koniec - od dna się odbija. 
    Niemcy i Francuzi mają za to nóż na gardle i nie wiedzą do końca co robić. Z jednej strony wpompowywanie euro w gospodarki mniej sprawnych finansowo członków nic nie daje, a działa jak działka hery "trzymając dogorywające kraje-narkomanów przy życiu (nie-bankrutowaniu). Druga pomysł tworu MerKozy (od połączenia nazwisk dwóch "sterników" UE, prasa to lansowała, więc zapożyczyłem) to zmiana traktatów i dostosowanie ich do sytuacji gospodarczej, moim zdaniem kiepski pomysł, bo nie trzeba zmeniać prawa aby dostosować go pod własne, ekonomiczne widzimisię. UE dwóch prędkości to już rzeczywistość - pytanie teraz, czy Europa nie znajdzie się na większej ilości ścieżek, którymi kroczyć będą państwa. Zresztą, UE jest organizacją dobrowolną, komu nie pasuje może wystąpić, droga wolna (patrz art. 49a Traktatu Lizbońskiego poniżej). Istnieje oczywiście seria "utrudnień" ex post w postaci ponownego formułowania wielu polityk no i utraty ogromu przywilejów, które ma się będąc w ugrupowaniu.

Artykuł 49a
1. Każde Państwo Członkowskie może, zgodnie ze swoimi wymogami konstytucyjnymi,
podjąć decyzję o wystąpieniu z Unii.
2. Państwo Członkowskie, które podjęło decyzję o wystąpieniu, notyfikuje swój zamiar
Radzie Europejskiej. W świetle wytycznych Rady Europejskiej Unia prowadzi negocjacje
i zawiera z tym Państwem umowę określającą warunki jego wystąpienia, uwzględniając ramy
jego przyszłych stosunków z Unią. Umowę tę negocjuje się zgodnie z artykułem 188n ustęp 3
Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej. Jest ona zawierana w imieniu Unii przez Radę (...)

     Kolejna kwestia warta zwrócenia (tym razem krócej) uwagi to szczyt UE - USA. Ta forma współpracy została zinstytucjonalizowana po Deklaracji Transatlantyckiej 22 listopada 1990 roku. Oprócz poprawy bilateralnych stosunków na wielu płaszczyznach dokument zakładał też powstanie owych spotkań, w których uczestniczą przewodniczący Komisji Europejskiej, przewodniczący Rady Unii Europejskiej oraz prezydent Stanów Zjednoczonych. Jednak ostatni Waszyngtoński szczyt UE-USA (28.11.2011 r.) nie wniósł nic odkrywczego do wzajemnych relacji. Amerykanie nie pomogą Unii ze względu na swój własny fiskalny bałagan (Chińczycy stwierdzili za to że nie pomogą ze względu na bałagan w Europie), a kraje wspólnoty mogą stracić bo po pierwsze agencje ratingowe (przede wszystkim Moody's) straszą perspektywą obniżki ratingów wszystkich krajów UE, a po drugie nie dostaniemy wsparcia w postaci gotówki (co zresztą zrozumiałe). Co do ratingów, nie ma się jednak czego obawiać, agencje ratingowe dawały ocenę AAA (najwyższa) dla banku Lehman Brothers tuż przed jego upadkiem, w czasie gdy dzień później zdobył ocenę 0 (dno, spekulanci, akcje śmieciowe).

     No to teraz popatrzmy na Durban (co to ? gdzie to ?), czyli miasto w Republice Południowej Afryki, gdzie odbywa się konferencja klimatyczna mająca fundamentalne znaczenie dla wielu innych płaszczyzn. Za rok przestanie obowiązywać protokół z Kioto, który po 15 latach wymagać będzie dostosowania do zmienionej rzeczywistości. Potrzeba podpisania nowego dokumentu przez wszystkie 182 państwa (obecny  protokół nie ma ratyfikacji USA i ChRL - największych trucicieli środowiska) i realnego przestrzegania jego zapisów jest coraz bardziej zasadna. 

     Mieszkańcy globu ery postindustrialnej wytwarzają przez swoją technologię i przemysł ogromne ilości CO2, więc teraz przez zaledwie dwanaście dni trzeba podjąć stanowcze decyzji, które miejmy nadzieje, będą procentować w przyszłości dla klimatu i środowiska naturalnego. UE w tym celu w ramach finansowych 2014-2020 poświęci 17 mld EUR, czyli prawie dwa razy więcej niż w poprzedniej perspektywie finansowej. Jednak sama Europa (a głównie kraje skandynawskie i Niemcy) do naprawy świata nie wystarczy, konieczna jest kooperacja wszystkich. Jakie więc argumenty przemówią - ekonomiczne, czy moralne?. Osobiście wyznaję idee zrównoważonego rozwoju - zaspokajajmy potrzeby własnej generacji, bez ograniczania przyszłym generacjom zaspokajania ich potrzeb. Szkoda, że podstawowa edukacja ekologiczna kojarzy się w Polsce z podstawówką, a nie dalekosiężnym myśleniem.

     No i na koniec rzućmy jeszcze okiem w stronę Egiptu. Choć uważam, że każdy z przytoczonych tutaj wątków wymaga co najmniej arkusza tekstu do przedstawienia, sam zrobię to krócej i niestety bardziej powierzchowniej (mam nadzieje, że to zachęci cię, drogi czytelniku, do indywidualnego pogłębienia tych, jakże palących kwestii) . Faraonowie zapewne  przewracaliby się w sarkofagach, gdyby usłyszeli o tym co dzieje się na ich ziemi. Po wyborach w Tunezji, przyszła pora na najstarszą z cywilizacji, teraz Egipcjanie w trwających w sumie do marca wyborach, namaszczą (miejmy nadzieje demokratycznie) członków parlamentu pierwszej kadencji. Wciąż istnieje jednak ryzyko fałszowania wyborów, co było standardem za czasów Mubaraka oraz dojścia do władzy radykalnych ugrupowań islamskich, które z kolei za czasów wieloletniego prezydenta trzymane były na smyczy. Egipt głosować będzie w kilku turach, pierwsza miała miejsce wczoraj (28.11.2011 r.), głosowały Kair i Aleksandria, druga odbędzie się 5 grudnia, następna 14 (obszar Suezu i Asuanu), później 3 stycznia do urn pójdą mieszkańcy Delty Nilu i Synaju. W połowie stycznia powinniśmy poznać wyniki głosowania, a od końca pierwszego miesiąca 2012 roku do połowy marca wybierani będą senatorowie. Jak widać sporo czasu upłynie zanim wszystko będzie wiadome, jest to również powiązane ze skomplikowaną ordynacją wyborczą i ogromem partii politycznych, stanowiących całe spektrum ideologiczne. A mówią, że u nas zrobienie dwudniowych wyborów jest zbyt kosztowne i ryzykowne. To jaką pewność mają mieszkańcy Egiptu?


    Kolejny problem społeczeństwa w Egipcie to wojsko, które działa tak jakby chciało (a nie może) dostosować się do sytuacji - stąd nikłe poparcie dla wojskowych ugrupowań startujących w wyborach. Egipcjanie stanowczo sprzeciwiają się przedłużania tymczasowych rządów junty wojskowej i demonstrują to na placu Tahrir. Zdaje mi się, że jednak lepsi mundurowi przywódcy, niż religijni fundamentaliści odcinający Egipt od reszty świata, stwarzający niebezpieczeństwo ograniczenia przepustowości Kanału Sueskiego, zaostrzenia kontaktów z Izraelem (umowa z Camp David ciągle w mocy), no i oczywiście radykalizacji nastrojów społecznych.

     Na naszym globie dzieje się coraz więcej i szybciej. Oczekując zmian pozostaje mi wierzyć w ludzi i liberalną wizję stosunków międzynarodowych, choć w środku czuję, że realizm triumfatorsko pokazuje mi środkowy palec i budzi mnie ze snu o pokoju. Jak będzie - zobaczymy. 




czwartek, 24 listopada 2011

Zakaz poniewierania



     Sąd ogłasza legalność i pełnoprawność w stosowaniu symbolu "zakaz pedałowania" dla Narodowego Odrodzenia Polski. Kolejny zalegalizowany symbol, Krzyż celtycki, również będzie mógł być stosowany na koszulkach, plakatach, forach organizacji, a dalej w przestrzeni publicznej. Czujesz pewien zgrzyt drogi czytelniku? Jeżeli po prostu nie lubisz osób o innej orientacji popatrz na nich jak na ludzi, którzy również odczuwają i analizują i tak jak my są pełnoprawnymi uczestnikami życia publicznego, a od hetero różni ich odmienny popęd seksualny. Nie wszyscy musimy być tacy sami, ten etap minął wraz z upadkiem nazizmu i komunizmu. Jednak to co zostało przepchnięte przez sąd (legalizacja), czyli uprawomocnienie stosowania symbolu nietolerancji i wykluczenia to czysta bezmyślność.


     Pomyślmy nad tym w innych kategoriach. Jesteśmy zwolennikami hinduskiej kultury ludowej i podoba nam się symbol, który odwrócony przez Adolfa Hitlera stał się symbolem III rzeczy - mowa oczywiście o swastyce. Sąd nie pozwoli nam go zalegalizować, bo kojarzy się z totalitaryzmem, a dokładniej nazizmem, czego w sposób bezpośredni zabrania konstytucja. Popatrzmy jednak bezpośrednio na jej artykuły.

W symbolach zawsze liczy się kontekst i to kto stosuje dany symbol, bo tylko tak zyskuje on znaczeni

Art. 13.
Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.

     Ten artykuł jest całkowicie zrozumiały dla wszystkich, którzy potrafią czytać i myśleć abstrakcyjnie. Nie wiele jednak osób wie, że krzyż celtycki, który również stał się symbolem NOP jest symbolem neopogańskim, nacjonalistycznym i i funkcjonuje w zastępstwie zakazanej w większości krajów cywilizacji zachodniej swastyki. Jest również z przymknięciem oka traktowany przez kościół katolicki, który (kolejne kuriozum) wepchnął go do grona symboli kościoła. Ups... Sędziowie nie odrobili lekcji, czy jak? Choć z drugiej strony funkcjonowanie sierpa i młota, czy czerwonej gwiazdy nie jest zakazane w naszym pięknym kraju, ale czy ktokolwiek chciał go legalizować? Pewnie ugrupowania skrajne po drugiej stronie linii ideologicznej.

  Patrząc na drugi "symbol", a raczej obleśne i obrażające uczucia wielu osób logo, "zakaz pedałowania", zobaczmy, że już w samej nazwie jest pierwiastek nietolerancji. Po pierwsze "zakaz" to mocne stwierdzenie nie zezwalania wykonywania jakiejś akcji, a "pedałowanie" to wg osób nie dysponujących pokaźnym zasobem słów, stosunek osób homoseksualnych (tu: pedałów), czyli wydźwięk czysto pejoratywny. A gdyby ktoś nie lubił czarnoskórych i chciał zalegalizować symbol znaku drogowego z przekreślonym Murzynem, to czy miałby do tego prawo? Myślę, że na pewno nie, ale kto wie czy kiedy stopień niechęci do niePolaków, nieHetero, nieKatolików osiągnie apogeum, wszystkie populistyczne hasła wypłyną na powierzchnię a władza sądownicza uzna że są OK. Na szczęście na straży równości stoi lite, pisane prawo:
  • określa prawnie chroniony model m.in. (co do zawierania związków jednopłciowych na razie nam daleko, ale interpretując ten zapis - związki homoseksualne mogłyby funkcjonować, lecz nie byłby chronione prawem.)
Art. 18.
Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.

  • zapewnia równość wszystkich, a tym samym przeciwdziałanie wkluczeniu ("żyj i pozwól żyć innym")
Art. 32.
1.     (...)
2.     Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
  • Jeżeli druga strona chce zaglądać do łóżka innym i mówić co mają robić i kim mają być (albo nie być) niech najpierw sami zrobią rachunek sumienia, a wszystko w oparciu na art. 47
Art. 47.
Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym.

     Na szczęście w Polsce funkcjonuje system wielostopniowych sądów i możliwe są apelacje od wyroków. Może tym razem, ktoś odpowiedzialny za podejmowanie decyzji postawi się w roli osoby innej orientacji i pomyśli co będzie jeżeli nieprzychylni sąsiedzi albo ktokolwiek obklei mu drzwi symbolami NOP i zakażą tych symboli naruszać, bo jak twierdzi prezes NOP Adam Gmurczyk - są prawnie chronione. Warszawska prokuratura już przygotowuje apelacje do tej sprawy.



niedziela, 20 listopada 2011

Nakarmić kruki

Drogi czytelniku włącz video znajdujące się poniżej. Możesz przesłuchać całe bez czytania (choć nie wiem czy przywykłeś do takiej muzyki), albo możesz też zostawić, aby leciało podczas Twojej lektury mojego artykułu. Gotowy?


     Niektórzy mówią, że koniec jest blisko. To zarazem prawda i fałsz. Prawda dlatego, że wszystko co istnieje zmierza do jakiegoś bliżej nieokreślonego końca, lub zamknięcia w czasie. Sama otaczająca nas rzeczywistość podzielona jest na cykle, które kończą się i zaczynają, a ich główną cechą jest powtarzalność. Cykl narodzin i śmierci, cykliczność kadencji instytucji i stanowisk, cykl koniunktury gospodarczej, cykl obiegu wody w przyrodzie, czy cykl faz księżyca i tak dalej do końca długiej listy - te przykłady można mnożyć do późnej nocy. Prawdę, że koniec jest bliski można rozpatrywać na przykładzie pierwszego z przytoczonych przeze mnie cyklów. Śmierć kończy, albo wieńczy życie i analogicznie - istnienie bytu kończy się odejściem z wymiaru rzeczywistego, nieabstrakcyjnego. Nie zawsze jesteśmy świadomi takiej zależności, czasami budzimy się z przeświadczenia, że będziemy na to przygotowani. Okłamujemy się, że moment końca leży poza naszym rozumowaniem. Oszukujemy tymczasem samych siebie. To smutne, ale ludzkie.
   
     Wiedziałem, że mój dziadek umrze, ale nie wiedziałem, że nie zdążę się z nim przed śmiercią zobaczyć i że jego odejście nastąpi w szpitalu. Wiedziałem też, że mój kot, przyjaciel od 20 lat, kiedyś odejdzie do krainy Wiecznych Łowów, choć byłem naiwny i zignorowałem klepsydrę życia. Rodzimy się i umieramy to proza rzeczywistości a ten artykuł nie jest smutny nawet go tak nie odbieraj -  stwierdzam w nim ustalone od zawsze prawdy. Rodzimy się i umieramy - tego jestem pewien (choć przywołując prof. Rosatiego dodałbym tu jeszcze podatki).

     Premier Tusk także rozpoczął początek, tutaj już politycznego, cyklu kończąc tym samym poprzedni (musiała nastąpić bowiem uprzednia dymisja poprzedniego składu Rady Ministrów). Godzinne, konkretne i zdecydowane expose - cytuje i powtarzam polityków wypowiadających się przed wystąpieniem Tuska. Mam nadzieje, że wiele dobrych decyzji de facto bezmyślnie skrytykowanych i zignorowanych przez betonową opozycję, wejdzie w życie i poprawi finanse publiczne i przestrzeń obywatelską. Tak więc rozpoczął się 4 letni etap i tym razem postaram się być bardziej krytyczny i bardziej nieufny w ocenianiu poczynań premiera i ministrów. Od ubiegłego czwartku patrzę politykom w oczy przez szklany ekran telewizora i sprawdzam ich obietnice.

     Francis Fukuyama był w błędzie. Tak samo zresztą jak pomylą się (zapewne) Samuel Huntington (w pewnym stopniu) i George Friedman i inni futurystyczni twórcy dalekosiężnych prognoz międzynarodowych. Nie da się przecież przewidzieć tego co będzie za rok, nie mówiąc już o 90 latach (tu: G. Friedman, "Następne 100 lat"). Nawet sztab profesjonalistów od prognozowania nie jest w stanie wziąć pod uwagę tak wielu zmiennych na arenie międzynarodowej w takim okresie. Podobno można dobrze prognozować, kiedy analiza wybiega maksymalnie pół roku do przodu, choć jej trafność tez nie zawsze jest wiarygodna. Fukuyama tytułem swojej książki-eseju, który jest zarazem paradygmatem ("Koniec historii") wieszczy koniec spisywanych dziejów i panującego porządku, jest on jednak w błędzie. Miał jednak swoją szansę do zaprezentowania swojego stanowiska, jestem teraz jednym z dziesiątek badaczy, którzy je podważają. Historia trwa dalej i chciałoby się powiedzieć "ma się dobrze", niestety nie do końca tak jest. Cywilizacje ciągle znaczą ją krwawymi plamami. Co więcej, sama zapowiedź końca historii i końca świata była wieszczona od zarania dziejów przez wielu znanych ludzi, od samozwańczych proroków i wizjonerów, po naukowców i filozofów. Ludzie muszą w coś wierzyć skoro ich życie zawiera luki w pojmowaniu.
     Jest w owym końcu cień prawdy. Zawsze, gdy nastaje listopad, którego osobiście w naszych warunkach klimatycznych nienawidzę z całego serca, przeszywa mnie umysłowe roztargnienie i zawieszenie - przeżywam swój personalny koniec historii. A żyć i działać trzeba przecież dalej. Ten miesiąc w 11 dniu swojego cyklu był w tym roku osobliwy, szczególnie dla nas, Polaków. Ogromne grupy społeczne podzieliły się na strony: tych co stoją po prawej i po lewej stronie osi ideologii politycznej (wliczając oczywiście tych, którzy zgadzają się z ich opiniami). Nie powinno tak być, czy zapomnieliśmy co wydarzyło się tego dnia 92 lata temu i jak ważne było to dla naszego narodu? To był dla nas najważniejszy czas łączący się z końcem I Wojny Światowej. Szkoda tej ślepoty historycznej, tak wąskich horyzontów i nietolerancji, nie wspominając już o nakręcaniu całej zadymy przez media.
   
     Listopad to fragment cyklu całego roku, posiadający ciekawą właściwość, która jest charakterystyczna dla fragmentów cyklów - ten fragment pojawia się i znika. W tym roku również się skończy. Żal tylko, że bez mojego dziadka, czworonożnego przyjaciela i jeszcze nie teraz.

wtorek, 15 listopada 2011

Zmiany kadrowe w strukturach politycznych w Polsce i na świecie. Bye bye "Occupy Wall Street movement"

Benjamin R. Barber w Warszawie

Jako zawzięty "czytacz" autora, którego nazwisko znajduje się w tytule, pragnę was zaprosić na referat profesora będącego autorem książek takich jak: "Dżihad kontra McŚwiat", "Imperium strachu. Wojna, terroryzm i demokracja", czy "Skonsumowani". Co więcej o autorze? Cytując okładkę jednej z jego książek:

"Benjamin R. Barber, światowej sławy amerykański politolog międzynarodowej sławy, członek Demos i szef pozarządowej organizacji organizacji CivWorld, doradca liderów politycznych i społecznych w Stanach Zjednoczonych i Europie (m.in. byłych prezydentów: Billa Clintona i Romana Herzoga). Doradzał także Corporation for National Service, UNESCO, Parlamentowi Europejskiemu, Szwedzkiej Komisji Parlamentarnej ds. demokracji. Jest autorem 17 książek w tym bestsellera Dżihad kontra McŚwiat przetłumaczonego na 20 języków. Współpracuje jako stały korespondent z Harper's Magazine, The New York Times, The Washington Post, Le Nouvel Observateur, Die Zeit, El Pais, La Repubblica"


sobota, 12 listopada 2011

11 Listo-pała

     Czuje się dumny z Józefa Piłsudskiego, dlatego, że po 123 latach niewoli i zależności od narodowych państw, w 1918 roku oddał Polakom wolność i niepodległość. Ciekawe są również jego perypetie życiowe, w tym odbicie Marii Juszkiewicz (kobiety dla której zmienił wyzwanie) Romanowi Dmowskiemu, oraz jego wielożeństwo i stopniowe zdobywanie władzy, a ostatecznie przewrót majowy i autorytaryzm w wersji soft. O tym, w atmosferze zadymy i emocjonalnych hasłach nie pamięta już nikt.
     Z drugiej strony wstydzę się i jest mi żal bezrozumnych Polaków wczorajszych manifestacji. Zarówno po jednej jak i drugiej stronie. Choć nie powiem, strona "narodowa" (choć ten tytuł brzmi okropnie jako opis osób, które atakują swoich rodaków) wywołała o wiele więcej zniszczeń i przedstawiła mnogość pejoratywnie kojarzących się haseł i postaw, więc ich jak zwykle wstydzę się bardziej.

     Wszystko dlatego, że po 1989 roku nie ustalono dokładnie na szczeblach władzy jak wyglądać ma to "święto". Jego przebieg w postaci uroczystości państwowo-wojskowej nie daje większości grup społecznych kanalizacji ich rozbuchanych emocji i ambicji. Stąd grupy skrajne  po lewej, czy prawej stronie popadły w państwową (bo nie zagospodarowaną przez państwo) próżnię, które w takim stanie rzeczy same musiały wypełnić. Dlatego Polska, a w szczególności Warszawa, którą miałem (nie)przyjemność wczoraj odwiedzić, stała się w dniu 11 listopada miejscem walk ONR i Falangi z Antifą. Udział wzięło również wiele sympatyzujących organizacji popierających jedną, albo drugą stronę - każdy chce się jakoś otagować, lub oflagować.

     Chciałbym również zauważyć, że organizatorowie marszu mylili się - żadna ze stron nie była w stanie zapewnić pełnego bezpieczeństwa uczestnikom marszu, ponieważ ucierpieli ludzie i ich mienie. Nie było czegoś takiego jak bezpieczna strefa publiczna. I już na pewno nie zgodzę się, że bez żadnych zadrapań fizycznych, czy psychicznych można było być po stronie dziennikarzy TVN (spalone samochody, pobity reporter).



     Szkoda, że tak się dzieje i dziać się będzie. Sam jestem orędownikiem powstrzymywania się i balansu, a nie skrajności. Nie rozumiem więc głupoty chuliganów  niszczących cudze mienie i zdrowie w imię jakiejś nie akceptującej konfrontacji poglądowej ideologii. Nie rozumiem też mediów w Polsce, które winę spychają na poszczególne grupy: lewacy, kibole, nacjonaliści, Niemcy i Rosjanie, a nie na państwo i jego środki zapobiegawcze (każdy ma prawo do legalnej demonstracji i kontrdemonstracji). Najłatwiej jest zrzucić jednak na antysystemowców (którymi na pewno nie są Młodzież Wszechpolska, ONR i Falanga), którzy nie wypowiadają się dla mediów, lub na osoby z zagranicy, którzy po prostu nie mówią po Polsku. Gdzie więc miejsce dla haseł "równość, braterstwo i tolerancja"? Z jednej strony manifestacji widziałem i słyszałem takie własnie hasła, a pewna część wydarzeń odbywała się w warunkach zabawy (muzyka, śpiewanie, refleksje). Z drugiej hasła  bardziej radykalne, rdzennie polskie. Szkoda, że media nie pokazywały własnie tego(zabawy i muzyki po stronie "kolorowej niepodległej", jak i również trzonu marszu niepodległości (ok 20 tys. osób), który w sposób pokojowy chciał po prostu przejść do placu na Rozdrożu.

     Kocham Polskę, kocham Europę, a dalej cały świat. Najpierw jestem jednak Polakiem. Uciekając przed racami, kamieniami, butelkami i wszystkim co się da rzucić wstyd mi za moich rodaków i sąsiadów Polski. Chciałbym dać Tobie, drogi czytelniku relacje (wideo, foto) z dwóch stron manifestacji, które de facto są idealnym miejscem do głoszenia haseł, postaw i opinii, jednak nie było możliwości swobodnego wyjścia z "Kolorowej niepodległej" obstawionego kordonem policji i "bojówkami". Nie ukrywając przyznaje również, że bałem się o swoje zdrowie. 


Nie jestem w stanie zrozumieć takiej hekatomby nienawiści, emocji i zbydlęcenia. W czasach kiedy wygraliśmy z faszyzmem i komunizmem w Polsce, takie postawy powinny być marginalizowane. Wszyscy jesteśmy równi wobec siebie i wobec celebrowania 11 listopada.

czwartek, 10 listopada 2011

Z Polski i ze świata

Chciałbym dodać, że oczywiście nie jestem tak krytyczny wobec informacji telewizyjnych, czy telewizji samej w sobie jak G. Sartori, czy N. Postman i uważam, że nowe media spełniają wiele przydatnych społecznie funkcji - od rozrywki po integrację grup społecznych. Niemniej jednak w TV przekaz jest spłycony i ograniczony do obrazów i opinii, czytajmy więc więcej książek i gazet.

A co do Grecji, to wspominał o jej niezdyscyplinowaniu i "ciążeniu Unii" nawet Samuel Huntington w "Zderzeniu cywilizacji", rok 1996, s. 238:

"Często można było odnieść wrażenie, że greccy przywódcy z uporem godnym lepszej sprawy naruszają normy obowiązujące w świecie zachodnim i antagonizują zachodnie rządy. (...) Przewodnicząc Radzie Wspólnoty Europejskiej w 1994 roku doprowadziła innych jej członków do szału, a zachodnioeuropejscy politycy w prywatnych wypowiedziach stwierdzali, że jej obecność we Wspólnocie jest omyłką" 


Skoro każdy wiedział to dlaczego wcześniej nie wymyślono prawa zawieszenia członka WE/UE ?