Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

piątek, 3 czerwca 2011

Nieskończona historia cz. 4

Kolejna część niesamowitego życia mojego dziadka.


            Po Świętach Bożego Narodzenia miałem nieprzyjemną przygodę z Milicją Obywatelską, zostałem aresztowany i oskarżony o utrudnianie śledztwa w sprawie kradzieży. W areszcie kolejowym, który mieścił się naprzeciw peronu w było pomieszczenie rewidentów wagonów, przebywało kilku zatrzymanych pracowników wagonowni podejrzanych o kradzież obuwia z wagonów towarowych. Wśród zatrzymanych byli trzej pracownicy mieszkający w Rokitnie Szlacheckim, tj. Kazimierz Rybnicki, który uczęszczał ze mną do jednej klasy, Kazimierz Jeziorowski, który mieszał niedaleko moich rodziców, oraz magazynier, szwagier Ryszarda Bialika. Kazimierz Jeziorowski napisał gryps do rodziców i przekazał go za pośrednictwem rewidenta Stefana Górala (Stefan Góral był kolegą Jeziorowskiego, chodzili do jednej klasy) na posterunek rewidentów, gdzie z kolei starszy rewident zobaczywszy mnie czekającego na pociąg do Zawiercia, wręczył mi list mówiąc: „Przekaż to rodzicom Jeziorowskiego”. Na stacji w Łazach czekała na mnie milicja i poprosiła mnie na posterunek, gdzie poddano mnie rewizji i odebrano list pytając, czy wiem co w nim jest napisane, odpowiedziałem, że nie mam zwyczaju czytać cudzej korespondencji. Aresztowano mnie i przewieziono do Komisariatu Kolejowego w Katowicach. Zostałem przesłuchiwany przez oficera śledczego, który był bardzo agresywny i użył wobec mnie przemocy. Zostałem wraz z Góralem i starszym rewidentem Chlebakiem oskarżony o utrudnianie śledztwa. Prokurator zastosował areszt tymczasowy na trzy miesiące i zamknął nas w wiezieniu śledczym w Mysłowicach. Okazało się, że w Komisariacie Kolejowym w celi, w której przebywał Jeziorowski milicja umieściła donosiciela „kapusia”, który powiedział milicji o przemycaniu grypsu. Rozprawa odbyła się w Sądzie Powiatowym w Katowicach, zostaliśmy oskarżeni o utrudnianie śledztwa. Obywatel Prokurator zarządzał po dwa lata pozbawienia wolności dla każdego (dla Górala, Chlebaka i dla mnie). Sąd był łagodniejszy i zaliczył nam areszt tymczasowy. Po rozprawie byliśmy wolni, lecz musieliśmy jechać do więzienia w celu rozliczenia się z pobranych przyborów, jak i pobrania pieniędzy z depozytu, które nam zabrano w czasie aresztowania. Pożegnałem się też z przyjacielem z celi, który był lekarzem i „siedział” za popchnięcia milicjanta, któremu spadła czapka służbowa i wpadła pod pociąg (odsiadywał karę roku wiezienia). Spotkałem go po wyjściu z więzienia, pracował jako lekarz w przychodni kolejowej w Łazach, więc mogłem dzięki niemu dostać zwolnienie lekarskie w każdej chwili. Nieraz korzystałem z tego przywileju w razie pilnej potrzeby. Złodziejom kolejowym udowodniono winę kradzieży obuwia z przesyłek kolejowych. Otrzymali kary pozbawienia wolności od roku do pięciu lat. Kazio Jeziorowski załamał się psychicznie i przed rozprawą sądową popełnił samobójstwo, wieszając się w celi na prześcieradle.
Po wyjściu z więzienia powróciłem do pracy w Wagonowni Katowice, ponieważ przerwa 32 w pracy trwała mniej jak trzy miesiące okres ten zaliczono mi do stażu pracy, wypłacając zaległe pobory. Wróciłem na poprzednie stanowisko palacza w wagonie ogrzewczym, a po skończonym sezonie wysłano mnie w delegacje do miejscowości Milówka, razem ze mną oddelegowany został mój kolega Marian Siewnik. W Milówce obok stacji znajdował się ośrodek wczasów wagonowych. Naszym zadaniem było przygotowanie go do sezonu wczasowego, który rozpoczynał się w połowie maja. Musieliśmy zdążyć na czas, niekiedy pracując po godzinach w sobotę i wracając z powrotem w podziałek w południe.
Pierwszego maja po pochodzie przez Milówek, po południu odbyła się zabawa taneczna w gospodzie „Pod Góralem” (przygrywała wtedy kapela góralska). Stary gazda za szklaneczkę gorzałki grał na kobzie. Tańczono „zbójnickiego”, lecz nie dopuszczono nas wtedy do tańca, bo trzeba było mieć strój góralski
Prace związane z otwarciem ośrodka zostały zakończone. Odbyło się oficjalne otwarcie Ośrodka Wczasów Wagonowych w Milówce, na którym wręczano dyplomy i nagrody pieniężne. Po części oficjalnej odbyła się zabawa, na którą przyjechała Stasia z Dusznik, która była narzeczoną Mariana, razem z nią powróciliśmy do Katowic, a później każdy udał się do swojego domu.
Po powrocie z delegacji wysłano mnie na kurs rewidentów do Maczek. Marian Siewnik zwolnił się z pracy i zamieszkał w Dusznikach. Aby być bliżej narzeczonej zatrudnił się w sanatorium kolejowym w Dusznikach, jako palacz w kotłowni. W krótkim czasie wzięli ślub i do dnia dzisiejszego mieszkają w Dusznikach. Urodziło im się dwoje dzieci, Bożena i Jarek, który w wieku dziewiętnastu lat zginął tragicznie.
Prawie wszyscy moi koledzy wstąpili w związek małżeński: Rysiek Gola, Władek Sadowisk, Czesiek Gibas, Józek Biały (wymieniłem oczywiście tylko najbliższych kolegów). Rodzice wiązali nadzieje, że pozostanę w domu. Namawiali mnie, abym ożenił się z Aliną, siostrą mojego kolegi Stanisława Kocura, lecz ja nie miałem zamiaru wiązać się tą dziewczyną. Ciągle byłem myślami dalej przy innej dziewczynie. Moja siostra też była zmuszana do poślubienia chłopca, którego nie kochała. Już nawet był ustalony termin ślubu i szły zapowiedzi, gdy Stasia wszystko odwoła, bo spotkała mężczyznę swego życia, za którego wyszła za maż. Zwierzyłem się siostrze o moich zamiarach, podając jej wszystkie szczegóły dotyczące dziewczyny, która mieszkała w Pruszkowie i bardzo mi się podobała. W czerwcu przyjechała ciotka Józefa. Z siostrą poprosiliśmy ją, aby zrobiła rozeznanie i zorganizowała spotkanie z nieznajomą dziewczyną (tą z akordeonem), o ile to oczywiście jest możliwe, na co ciotka wyraziła zgodę. W przeciwnym razie, gdyby nie doszło do zapoznania, szukałbym innych sposobów na spotkanie. Od ciotki otrzymałem list, w którym były pocieszającą wiadomość, że dziewczyna jest w stanie wolnym, pracuje w Zakładzie Fryzjerskim w Pruszkowie jako fryzjerka damska i ma imię Urszula.
15 sierpnia w niedziele w godzinach popołudniowy doszło do spotkania, było to w dniu chrzcin mojego siostrzeńca Waldemara, którego Urszula była matką chrzestną. Zaprosiłem Urszulę, ciotkę i wujka na lampkę wina (Wermut Istria) i ciastko, do kawiarni przy ulicy Lipowej na rogu Kraszewskiego. Zaproponowałem później Urszuli następne spotkanie, a ona po chwilowym zastanowieniu zgodziła się na moją propozycję. Widocznie przypadłem jej do gustu. Wymieniliśmy adresy i zaczęliśmy utrzymywać miedzy sobą korespondencję.
Zakończył się kurs rewidentów, zostałem zatrudniony w charakterze rewidenta wagonów na dworcu Katowice, przy wyprawie pociągów pasażerskich. Ponieważ praca była w systemie zmianowym, miałem więcej wolnego czasu, co ułatwiało mi częste wyjazdy do Pruszkowa. Po skończonej nocnej zmianie, wsiadałem w pociąg pospieszny odjeżdżający do Warszawy. Prawie całą podróż przespałem. Po przyjeździe do Warszawy udałem się do fryzjera, który mieścił się w hali Dworca Głównego. Fryzjer ogolił mnie, umył i przyciął włosy na modną fryzurę „Fan fana „ ( Fan fan był bohaterem filmu pt. „Fan fan Tulipan” główną rolę zagrał Gerard Fihrard). Obiad zjadłem w restauracji Wars tzn. sali lustrzanej. Udałem się kolejką WKD do Pruszkowa na spotkanie z Urszulą. Chodziłem przeważnie pod Zakład Fryzjerski Pana Placka, czekając jak Urszula po skończonej pracy wyjdzie mi na spotkanie, a wtedy spacerkiem udawaliśmy się na ulicę Żwirową do jej domku. Lubiłem posiedzieć razem z nią na ławeczce w ganku. Jeżeli akurat wypadała sobota to nocowałem u ciotki w pokoju. W niedziele byłem zapraszany przez rodziców Urszuli (Państwa Majewskich) na obiad. Trochę się krępowałem. ale mama Uli żartowała: „Nie krępuj się Pan, czuj się Pan jak u siebie w domu”. Po obiedzie chodziliśmy na różne imprezy, do Parku Kościuszki, lub do Parku Potulickiego. Kiedyś Ula załatwiła bilety na koncert Połomskiego, który odbywał się na Torwarze, wtedy razem z nami była koleżanka Urszuli, Barbara Mątak. Po zakończonym koncercie pojechaliśmy taksówką na Dworzec Główny, gdyż miałem mało czasu do odjazdu pociągu do Katowic, ale zdążyłem jednak się pożegnać przed podróżą. Częste spotkania coraz bardziej przybliżały nas do siebie, któregoś dnia siedząc na ławeczce w ganku wyznaliśmy sobie wzajemną miłość. Zapytałem Ule, czy zechce zostać moją żona, bez wahania odpowiedziała „Tak, chcę być Twoją żoną”.
Na następnym spotkaniu nastąpiły oficjalne zaręczyny, na których byli moi rodzice. Poprosiłem rodziców Urszuli o rękę, na co wyrazili zgodę. Ustaliliśmy, że ślub kościelny odbędzie się na święta Wielkanocne 1961 r. Zaprosiłem Ule i jej rodziców, aby złożyli wizytę w domu moich rodziców Rokitnie Szlacheckim. Na zaręczyny byli zaproszeni ciotka i wujek Kopciowi, ale nie przyszli, bo byli przeciwni naszemu związkowi, dążyli do tego, abym zerwał zaręczyny z Urszulą i ożenił się z dziewczyną, która była ich znajomą i ponadto była bardzo bogata. Odrzuciłem propozycje i oznajmiłem, że zaręczyn nie zerwie, bo przyrzekłem wierność mej wybrance- Urszuli, którą bardzo kocham. Po otrzymaniu zaświadczenia z urzędu Stanu Cywilnego, o wyznaczonej dacie ślubu udaliśmy się do sklepu jubilerskiego, mieszącego się przy ulicy Kruczej, róg Al. Jerozolimskich w Warszawie po zakup złotych obrączek.
Przygotowania do wesela
25 lutego 1961 roku w Urzędzie Stanu Cywilnego w Pruszkowie, przy ulicy Kraszewskiego w obecności Kierownika Urzędu Stanu Cywilnego w Pruszkowie, oraz świadków: Barbary Mątak i Jerzego Należyty, spisano akt zawarcia związku małżeńskiego pomiędzy Urszulą Majewską- córką Piotra i Janiny a Tadeuszem Czop- synem Antoniego i Heleny. Żona przyjęła nazwisko męża. Po podpisaniu aktu ślubu („kontraktu”) otrzymaliśmy skrócony wypis aktu małżeństwa, który był potrzebny do zawarcia ślubu kościelnego. Po podpisaniu aktu podano, na tacy po lampce wina „Wermut” i wzniesiono toast za szczęście młodej pary. Pozostałych gości zaprosiliśmy na uroczysty obiad do domu rodziców. Nasi rodzice nie byli na podpisaniu „ kontraktu”, bo uznawali tylko ślub kościelny.
W lutym 1961 roku daliśmy pieniądze na zapowiedzi kościelne, które zostały ogłoszone z ambony podczas mszy w Kościele Parafialnym pod wezwaniem św. Kazimierza w Pruszkowie, oraz w Kościele św. Michała w Łazach. W pierwszą niedzielę miesiąca w Domu Katechetycznym odbywała się nauka dla młodych par w mających wstąpić w związek małżeński, nauki prowadził ksiądz Jan Górny. „Przedmałżeńskie lekcje” były obowiązkowe, inaczej nie dostalibyśmy ślubu. Nadszedł czas zapraszania gości na ślub i przyjęcie weselne. Gości ze strony pani młodej zorganizowaliśmy w ciągu jednej niedzieli. Moją rodzinę zapraszaliśmy razem z Urszulą.
Odwiedzając stryjenkę Sabinę, dowiedzieliśmy się, że jej mąż jest konwojentem wagonu socjalnego w wagonowni Szczęśliwiec i obsługuje wycieczki między innymi do Oświęcimia, a jedna z nich miała się odbyć za parę dni. Ustaliliśmy, że wraz z tą wycieczką do Katowic przyjedzie Urszula.
Wszystko przebiegało zgodnie z założeniami. Starszy Rewident wyznaczył mi dyżur na nocną zmianę. Urszula przyjechała rannym pociągiem wagonem socjalnym, w którym konwojent zapewnił jej wygodne spanie w przedziale służbowym. Za dobrą opiekę nad moją narzeczoną konwojent otrzymał butelkę koniaku. Rano przedstawiłem kolegom z pracy moją narzeczoną, oraz przy okazji zaprosiłem ich na wesele do Pruszkowa. Na ślub przyjechał tylko jeden zaproszony kolega- Ryszard Cieślik.
Udaliśmy się do Sosnowca (Ula powiedziała, że jest taki zwyczaj jak się idzie do znajomych to kupuje się słodycze, więc w cukierni kupiliśmy ciastka). Odwiedziliśmy chrzestną matkę, jednocześnie zapraszając ją na wesele. Matka chrzestna przyjęła nas bardzo serdecznie mówiąc: „Tadek, ale masz ładną narzeczoną widać, że będzie dobrą żoną”. Udaliśmy się pociągiem do Łaz, a następnie taksówką do Rokitna, gdzie mama czekała już z obiadem. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się również do ojca chrzestnego, prosząc go na wesele, lecz niestety chrzestny był chory i powiedział, że chyba nie doczeka naszego ślubu. Życzył nam jednak wszystkiego najlepszego, wręczając prezent w postaci banknotów. Zaprosiliśmy też babcie Franciszkę i stryjeczne siostry: Janinę i Alinę (oraz ich mężów).
Na drugi dzień po obiedzie pojechaliśmy do Bytomia, zaprosić na wesele ciotkę Marysię. Po dopełnieni formalności udałyśmy się do sklepu Galux, w którym kupiliśmy białe pantofle dla Uli. Mając trochę czasu zaprosiłem Ule do cukierni na lody. Była to ta sama cukiernia, do której chodziłem kiedy mieszkałem w Suchej Górze. Z Bytomia tramwajem udaliśmy się do Gliwic, skąd odjeżdżał pociąg do Warszawy. Wybrałem dla Uli miejsce przy oknie (z biegiem pociągu) i razem z nią dojechałem do Katowic, ponieważ musiałem iść na nocny dyżur. Ula dojechała do domu szczęśliwe, bo rano telefonowałem do Zakładu Placka, że podróż odbyła się pomyślnie.
Uzgodniony termin ślubu zbliżał się nieuchronnie, zastanawialiśmy się gdzie będziemy mieszkać. Zakład Pracy gwarantował mi mieszkanie służbowe w Katowicach, oraz pożyczkę bezzwrotną. Doszliśmy do wniosku, że będziemy jednak mieszkać w Pruszkowie. Zacząłem starania o przeniesienie do pracy w Wagonowni Szczęśliwie w Warszawie. Zakład Pracy nie zgodził się na moje przeniesienie. Udałem się z tatą do naszego znajomego, który pracował w Dyrekcji Kolei w Katowicach. Po przedstawieniu mojego problemu związanego z przeniesieniem do pracy w Warszawie koledze taty, sprawa przeniesienia została załatwiona pozytywnie. I tym właśnie sposobem 1-go kwietnia 1961 roku rozpocząłem pracę w Wagonowni Warszawa Odlany na stanowisku rewidenta wagonów.
Wesele
Po spełnionych wszystkich warunkach wymaganych przez kościół, ślub odbył w Kościele św. Kazimierza w Pruszkowie 3 kwietnia 1961r o godzinie 13.15 (był to drugi dzień Świąt Wielkanocnych). Ślubu udzielił nam ksiądz proboszcz Jan Górny, który pobłogosławił nasz związek, oraz wygłosił kazanie. Po złożonych życzeniach i gratulacjach zaprosiliśmy gości na ucztę weselną, która odbywała się u w domu rodziców Urszuli. Z mojej strony przybyli: rodzice, Stanisław Sowula, który reprezentował matkę chrzestną i kolega z pracy Ryszard Cieplik. Siostra nie przyjechała z powodu, że mąż Jurek przebywał na ćwiczeniach wojskowych i nie miał kto w owym czasie zaopiekować się ich synem Zbyszkiem. Natomiast ze trony żony przybyli: rodzice, siostry z mężami, ciocia Anna, Wujek Eugeniusz z rodziną, państwo Paw oraz Barbara Mątak, która była jako świadek na ślubie cywilnym i kościelnym.
Pomimo, że została zaproszona na ślub i przyjęcie weselne, ciotka Józefa nie zjawiła się w kościele i na ślubie. Na pewien czas nasze kontakty z ciotką zostały zawieszone. Ponowne nawiązanie kontaktu nastąpiło w czasie kiedy zostaliśmy zaproszeni na uroczystości związane z przestąpieniem ich syna Włodzimierza do Pierwszej Komunii Świętej. Zaproszenie przyjęliśmy, bo jako katolicy nie mogliśmy odmówić. Po uroczystościach kościelnych udaliśmy się do mieszkania na uroczysty obiad. Na pamiątkę Włodzimierzowi wręczyliśmy aparat fotograficzny polskiej produkcji Amin, oraz dużą paczkę z słodyczami. Od tej pory nasze stosunki rodzinne i towarzyskie były poprawne, aż do śmierci ciotki Józefy.
Zakończyły się uroczystości weselne. Rodzice wrócili do domu, prosząc o częste odwiedziny w Rokitnie Szlacheckim. Otrzymane prezenty były bardzo praktyczne, niektóre z nich są używane do dnia dzisiejszego, np. komplet sztućców, oraz kryształowe wazony. W podróż poślubna pojechaliśmy w lipcu na dwa tygodnie do miejscowości Giżycko na Mazurach, gdzie spędziliśmy
Pierwsze lata poślubne
Powróciliśmy z wczasów z Giżycka, a ja w pierwszej kolejności załatwiłem formalności w pracy. Zostałem zatrudniony w Wagonowni Warszawa Odlany jako rewident wagonów, pracowałem osiem godzin dziennie od 8.00 do 16.00 niedziele miałem wolne, z czego Ula była bardzo zadowolona. Musieliśmy pomyśleć, gdzie zamieszkamy, bo w owym czasie wynajęcie mieszkania w Pruszkowie graniczyło z cudem. Ustaliliśmy, że wyremontujemy „letniak” mieszczący się z tyłu budynku rodziców. Po szybkim remoncie zamówiliśmy w sklepie meblowym tapczan. Konwojentowi obiecaliśmy dodatkową opłatę za dostawę. Takim sposobem wymarzony tapczan mieliśmy w ciągu trzech dni (służył on nam przez kilka lat). W maju, na Zielone Świątki pojechaliśmy odwiedzić rodziców. Robiąc w Częstochowie przerwę w podróży udaliśmy na Jasną Gorę, pomodlić się przed ołtarzem Matki Boskiej Częstochowskiej. W drodze powrotnej do Pruszkowa, również odwiedziliśmy Częstochowę, lecz tym razem celem zwiedzania był klasztor Paulinów na Jasne Górze. Zbliżał się okres urlopowy, z pracy otrzymałem wczasy rodzinne do miejscowości Giżycko nad jeziorem Niegocin.
Po powrocie z urlopu czekała nas przykra niespodzianka. Właściciel zakładu fryzjerskiego, pan Placek, za namową swej żony wymówił Uli pracę. Rzekomym powodem, było nie uzgodnienie z nim terminu urlopu. Faktyczny powód był inny. Ula przed wyjazdem pochwaliła się, że jest w ciąży. Właściciel obawiał się, że będzie musiał płacić za urlop macierzyński. Ula miała swoje klientki i gdy odeszła z pracy, z zakładu fryzjerskiego u Placka odeszło bardzo dużo klientek, a tym samym zmniejszył się dochód Placka. Zorientował się, że zwalniając Ule z pracy popełnił błąd. Przyszedł do naszego domu prosić Ule o powrót do pracy, proponując bardzo dobrą strawę. Propozycja została odrzucona i wyśmiana. Rodzina Należytych zwolniła pokój, w który otworzyliśmy własny zakład fryzjerski pod nazwą: Fryzjer Damski Urszula, mieścił się on w Pruszków na ul. Żwirowa.
Na jesionie rosnącym na rogu ulicy 17-go stycznia i Żwirowej, umieściłem tabliczkę wskazującą kierunek do zakładu fryzjerskiego (jesion rośnie do dzisiejszego dnia, lecz pozostały na nim tylko fragmenty tabliczki).
We wrześniu wybraliśmy się z wizytą do moich rodziców, pojechał też wtedy z nami tata Uli. Zrobiliśmy przerwę w podróży udając się ponownie na Jasną Górę pomodlić się za zdrowie całej rodziny i szczęśliwy poród mej żony. W Rokitnie byliśmy tylko parę dni, w tym czasie zorganizowałem wycieczki do lasu na grzybobranie. Ja zbierałem smardze, które przyrządzałem według receptury znanej tylko mnie. Smardze, które przygotowałem bardzo wszystkim smakowały.
Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Jak zawsze pojechałem odwiedzić rodziców i zawieść prezenty świąteczne. Ula nie pojechała, gdyż była w ósmym miesiącu ciąży i w każdej chwili mogło nastąpić „rozwiązanie sprawy”. Na święta przywiozłem mała choinkę, aby przypominała mi rodzinne strony, za którymi nieraz tęskniłem. Sylwester 1961 spędziliśmy w domu, a Nowy Rok 1962 witaliśmy w przed ekranem telewizora.
Nadszedł oczekiwany dzień porodu, wszystko odbyło się w nocy sobotę na niedzielę. Ula poczuła bóle porodowe, szybko pobiegłem na postój taxi. Na ulicy Bolesława Prusa zatrzymałem taksówkę, która wiozła pasażera. Zacząłem krzyczeć, że żona rodzi i trzeba szybko zawieść ja do szpitala, pasażer opuścił taksówkę, a ja podjechałem pod dom i razem z teściem zawieźliśmy Ule na porodówkę do szpitala na Wrzesinie. 14 stycznia 1962 roku o godzinie 8.55 nastąpił poród, Ula urodziła syna, który ważył 4000 gram i mierzył 54 centymetry.
Po południu dzięki szwagrowi Jurkowi, który załatwił mi u dr Mankowskiego wejście na porodówkę, wszedłem na salę w kitlu razem doktorem Mankowskim. Pielęgniarka oddziałowa myślała, że jestem lekarzem i nie robiła przeszkód, żebym zobaczył żonę i nowo narodzonego syna. Mama ugotowała rosół z kurczaka, który Ula zjadła z wielkim smakiem. Tygodniowy pobyt na porodówce w zupełności wystarczył na powrót do domu. Po załatwieniu formalności związanych z wypisem, odebrałem syna od pielęgniarki i w trójkę pojechaliśmy taksówką do domu, w którym czekała babcia Janina, dziadek Piotr, oraz ciotki: Teresa i Jadwiga. Wszyscy chcieli zobaczyć członka rodziny- mego syna Jarosława (wcześniej uzgodniliśmy, że jak będzie syn to na imię będzie miał Jarosław, a jak dziewczyna to Agnieszka). Spełniło się moje marzenie, żona urodziła mi syna. Chrzest odbył się w Święta Wielkanocne w kościele św. Kazimierza w Pruszkowie. Rodzicami chrzestnymi zostali: siostra Uli Teresa i mąż mojej siostry Jerzy Kozieł. Chrztu udzielał ksiądz proboszcz Jan Górny, który był już „zaznajomiony” z naszą rodziną.
Pierwszy etap został osiągnięty, urodził się nam syn. Zaczęliśmy myśleć o budowie domu. Nastąpiły zmiany w pracy, zostałem delegowany do Elektrociepłowni Siekierki jako przedstawiciel P.K.P. do spraw wagonowych. Punkt zdawczo-odbiorczy był usytuowany na stacji zakładowej Jeziorna. Pracowałem w układzie 12-sto godzinnym, po nocnej zmianie miałem 48 godzin wolnego. Na dojazd do pracy traciłem ponad dwie godziny w jedną stronę, najpierw jechałem pociągiem, a następnie tramwajem przez całą Warszawę do Wilanowa i dalej kolejką wąskotorową do Klarysewa. Zakład pracy, aby ułatwić mi dojazdy na stację Jeziorna udzielił mi pożyczki bezzwrotnej, oraz talon na zakup motoru. Kupiłem motor marki Panonia, bo na taki otrzymałem talon. Znacznie skrócił się mój dojazd do pracy w Jeziornie i od wyjazdu z domu trasą przez Nadarzyn, Magdalenkę, Iwicznę i Kostancin w 30 minut dojeżdżałem na punkt zdawczo-odbiorczy w Jeziornie.
Uzyskaliśmy zgodę z Wydziału Architektury i Urbanistyki Miejskiej Rady Narodowej w Pruszkowie na rozbudowę istniejącego budynku rodziców Uli. Budynek był jednospadowy i istniała możliwość dobudowy drugiej połowy. Po wykonaniu planu rozbudowy domu i uzyskaniu odpowiednich dokumentów zaczęliśmy gromadzić materiały, które kupowaliśmy na przydział. Po dostatecznym zgromadzeni potrzebnych rzeczy mogliśmy rozpocząć budowę.
Prace zaczęto na wiosnę 1963 r. W zakładzie pracy dostałem miesiąc urlopu wypoczynkowego, który wykorzystałem przy budowie domu. Jak wcześniej wspominałem, w maju uczestniczyliśmy w uroczystościach związanych z Pierwszą Komunią kuzyna- Włodzimierza Kopcia. Ciotka i wujek Kopeć często nas odwiedzali i podziwiali szybki postęp przy wznoszeniu budynku. Muszę się pochwalić, że roboty ciesielskie i stolarskie robiłem sam, np. montaż dachu i układanie podłóg.
Po postawieniu trzonu kuchennego i pieca kaflowego, budynek był gotowy do użytku. Pod koniec lipca wprowadziliśmy się do naszego domu. Doprowadzenie do budynku kanalizacji, montaż centralnego ogrzewania i wykończenie łazienki miał miejsce w późniejszym terminie. Drugi etap mego marzenia został zrealizowany- wybudowałem dom. Zacząłem zastanawiać się, czy nie podjąć nauki i uzupełnić wykształcenie średniego. Ostatecznie wybrałem Liceum dla Pracujących. Od września 1963 zostałem uczniem Liceum dla Pracujących w Pruszkowie, które ukończyłem w roku 1966.

niedziela, 29 maja 2011

Usłyszcie nasz krzyk


Wiele rzeczy wydaje się  nie w porządku, tonących w entropii, w okropnym bałaganie. Niektóre fragmenty "Tanga" Sławomira Mrożka nadal zyskują swoje odwzorowanie w życiu codziennym. Wiele zależy od nas samych - czy uporządkujemy swój stan wewnętrzny, światopogląd, stosunki z innymi, życie. Niestety wiele sfer pozostaje poza naszymi wpływami, a ja jako entuzjasta zmian wielokrotnie daje się nabrać i oszukać jak głupi dzieciak, któremu ktoś kiedyś obiecał nowy rower. Po wczorajszym dniu wiem, że prezentów nie będzie i chyba nigdy nie było.

Wczoraj ja i znajoma siedzimy nad Wisłą. Żeby tam dotrzeć trzeba było użyć mięśni nóg, gdyż w związku z wizytą Obamy wszystko zamknięte i zalane policją. Most Poniatowskiego ciągnie się w nieskończoność. Puste ulice powinny zwiastować bardzo ważną chwilę, robocza, oficjalną wizytę - przybycie prezydenta supermocarstwa.Oprócz ciszy, którą tak trudno odnaleźć na Marszałkowskiej i Nowym świecie trochę się wydarzyło wczorajszego dnia, wiele rzeczy nie zostanie bez komentarza oficjalnego i tego nieoficjalnego, do którego rękę przykładam od dwóch lat. W skrócie: ulice pozamykane, kwiaty złożone w miejsca ważne, prezydent Komorowski zjadł "roboczy diner", a Obama wrócił do Stanów przez które przechodzą obecnie tornada niszczące papierowe domy Amerykanów. Nie wspomniałem o pozytywnym aspekcie. Prezydent USA otrzymał grę "Wiedźmin II" i IPada (jakby nie było ich w Stanach), oraz zepsute pióro. Poszukując pozytywów tych podarków, oprócz polskiego majstersztyku programistów "Wiedźmina", widzę również załączone filmy o historii Polski w wersji animowanej, czyli dzieło Bagińskiego "Animowana historia Polski" i "Miasto ruin" Nenowa, naprawdę godne polecenia wszystkim obcokrajowcom. Ale czy Obama cokolwiek zrozumie z historii Europy (nie wspominając o zawiłych dziejach Polski).
Koniec pozytywów.

Gdy siedziałem nad Wisłą zastanawiało mnie wiele rzeczy. Po pierwsze dlaczego tak strasznie brzydko pachnie woda,  po drugie dlaczego kaczki chcą w niej pływać i po trzecie czy rybacy jedzą złowione tam ryby. Na ostatnie pytanie odpowiedź jest zdecydowanie przecząca, a co do innych pozostawię chwilę na zadumę. Po dziwnym uczuciu podglądu władz, gdy siedzimy na brzegu rzeki i pijemy piwo, które może nas kosztować nawet 100 zł wymieniamy spostrzeżenia na temat przyszłości, perspektyw, zastanawiamy się co dalej i po co dalej. Każdy chce wrzucić nas w ciąg jakiejś opowieści, która tylko w telewizji wygląda ładnie: "Studiuj kierunki ścisłe", "Zalicz praktyki za granicą" , "Ucz się języków". Dodam jeszcze od siebie "Bądź stary za młodu i gnij od środka". Taka niestety jest prawda, ambicje zjadają ludzi, psują ich los i wypaczają historię. Młody człowiek MUSI znać języki obce, musi mieć starz (najlepiej kilka, za granicą i każdy więcej niż 3 miesiące). Ktoś najwyraźniej tak się o nas troszczy, że z serdecznego uścisku, w który wpadamy wychodzimy bez powietrza w płucach, wypłukani przez slogany i wieczorne seriale.

Opuszczam brudne i szare schodki prowadzące do rzeki.
Tramwaje i autobusy nie jeździły jeszcze przez jakiś czas. Kolejne wyzwanie przede mną - zmierzyć się z władzą i poniekąd legislaturą. Myśleliście zapewne, że jako politolog i znawca SM jestem poukładany i poprawny. Nic z tych rzeczy. System strasznie mnie dusi, zabiera możliwości, wytycza ścieżki, którymi nie chce iść. Okłamuje i mydli oczy. Nie wierzę jednak w anarchię, a młodzieńczy bunt mam już za sobą, chciałbym po prostu oddychać nadzieją.


 Wtapiam się w tłum ludzi, którzy walczą na swój indywidualny sposób z hipokryzją najwyższej rangi. Chodzi oczywiście o marihuanę. Ustawa, którą prezydent podpisać dwa dni temu zdaje się zupełnie nic nie zmieniać w kwestii "posiadania". Po zatrzymaniu kogoś z "ilością narkotyków" na własny użytek, będzie opcja odejścia od postępowania przez prokuratora.wciąż jest to tylko opcja, a nie depenalizacja substancji, która nikogo jeszcze nie zabiła, która nie niszczy wszystkiego jak alkohol. Gdzie ty sens i logika? Młodzi i starzy nadal będą trafiali na 48, albo o wiele dłużej za "substancję zakazaną". Jakby tego było mało, marsz odbył się w obciętym składzie organizacyjnym, bo wcześniejszego dnia (zupełnie "przypadkowo") policja wtargnęła do domu organizatorów uniemożliwiając im wszczęcie jakiejkolwiek inicjatywy w dniu marszu. Nie było więc platform muzycznych, oraz (niestety) na marszu zjawili się "reprezentanci" ulicy, którzy skandowali populistyczne hasła stadionowe, oczerniając tym samym policję, która wykonywała tylko rozkazy. Oni chyba nigdy nie zrozumieją o co chodzi w marszach o wyzwolenie, lub wolność czegoś. W związku z ograniczeniami kadrowymi nie pojawiły się jak w zeszłym roku platformy z różnymi typami muzyki, to (nie licząc haseł "kto nie skacze ten z policji" i "sadzić, palić, zalegalizować") był w mojej ocenie bardzo cichy marsz. No ale odbył się pomimo trudności z wydostaniem się z Placu defilad i nieprzychylnością pogody. Nie mniej jednak zgromadził ok 6-7 tysięcy osób popierających inicjatywę.

Najbardziej zaskoczył mnie Janusz Palikot, który de facto wykorzystał marsz w celu propagowania "Ruchu Poparcia". Były poseł PO na Placu Bankowym wziął dwa głębokie "wdechy", a wszyscy (wraz ze mną) skandowali "Dajcie buszka dla Januszka!". Palikot jest jaki jest - kontrowersyjny, często zmieniający zdanie będący w opozycji do skostniałego i zakonserwowanego społeczeństwa, nie wiem czy jego pojawienie się i działanie to woda na młyn poparcia, czy populizm, ale on przynajmniej nie wstydzi się pokazać jak jest i pojechać na jedynej platformie (Kalisz jeździł na platformach z marszem równości). Marsz zakończył się pod Sejmem na wiejskiej i standardowym pokazaniem co sądzimy o polskim prawie dot. narkotyków.
To bardzo zabawne, że wiele portali internetowych i stacji komercyjnych, obudziło się dopiero następnego dnia, aby od niechcenia napisać kilka linijek na temat wydarzenia, które zgromadziło tysiące ludzi z różnych stron Polski i nie tylko, gdyż obok mnie szli Włosi i Czesi. Lepiej jest oczywiście patrzeć na każdy krok Obamy, który o Polsce przypomina sobie tylko wtedy, gdy widzi swój interes. O łubkach, wizach i kwestiach anty rakietowych możemy pomarzyć. Wizyta nie zmieniła nic co dotychczas było wypracowane. Niech więc żyją piękne gesty, wymuskany protokół i "roboczy diner". Podziękujmy więc wszystkim którzy dbają o to aby pokazywać rzeczywistość z jak najlepszej strony.

piątek, 27 maja 2011

Nieskończona historia cz. 3

W dniu wizyty prezydenta USA Baracka Obamy, oraz w czasie gdy weekend zapowiada się deszczowo, ja zachęcam was do dalszej lektury dzieła mojego dziadka.



(...) zawarciu związku małżeńskiego Stanisław Kopeć (bo tak nazywał się ukochany) przeniósł się do Techniku Budowlanego w Warszawie, bo nie wypadało, aby mąż uczęszczał do szkoły, w której uczy jego żona. Ślub Józefy Wróbel i Stanisława Kopeć odbył się w Kościele św. Michała w Łazach, a przyjęcie miało miejsce w Rokitnie Szlacheckim.
Babcia Franciszka i moja mama odwiedziły ciotkę Józefę po urodzeniu dziecka. Mama po narodzinach Włodzimierza (syna cioci) przebywała u siostry Józefy dwa tygodnie, pomagając jej w pracach domowych, po czym wróciła z Warszawy do domu pociągiem pośpiesznym. Pociągi zatrzymywały się wtedy w Łazach ze względu na wymianę trakcji elektrycznej na parową. Między stacją Zawiercie, a stacją Łazy nastąpił wypadek kolejowy, na sąsiednim torze z pociągu towarowego oderwały się drzwi od wagonu i wpadły do przedziału, w którym była maja mama. W tym wypadku zginęły cztery osoby, w tym jedno dziecko, były też osoby ranne, między innymi moja mama. W szpitalu w Zawierciu przebywała prawie miesiąc, ze względu na obrażenia jakie odniosła tego nieszczęśliwego dnia. Wraz z zaistniała sytuacją rodzinną zmuszony byłem przerwać pracę w Zakładach Ogniotrwałych w Rogożniku i wracać do domu. Mama po powrocie do domu długo nie mogła dojść dopełnij sprawności psychicznej i fizycznej.
Ciotka Józefa często odwiedzała swoich rodziców. Nierzadko zostawiała syna na parę dni u swojej mamy, lub u siostry w Bytomiu, z powodu, że podjęła studia magisterskie na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Szwagier Witek, który posiadał samochód odwoził czasami ciotkę Józefę do Krakowa.
Wakacje wujostwo spędzali w Rokitnie Szlacheckim. Na spotkaniu rodzinnym dostałem propozycję, abym zamieszkał u ciotki w Pruszkowie (na co wyraziłem zgodę).
Do Pruszkowa przybyłem pod koniec lipca 1955 r. Zamieszkałem u wujostwa w domu przy ulicy Komorowskiej 19. Mieszkanie nie miało żadnych wygód, wodę donosiliśmy ze studni, która mieściła się około 50 metrów od domu, ubikacja i komórka z drewnem na opał znajdowały się na zewnątrz budynku. Spanie miałem zapewnione w kuchni na „amerykance”, którą na noc musiałem rozkładać, ponieważ za dnia służyła jako siedzenie. Ciotka z mężem i synem Włodkiem spali w pokoju.
Pierwszego sierpnia rozpocząłem prace w Spółdzielczych Zakładach Stolarskich w Warszawie przy ulicy Tarczyńskiej, jako pomocnik stolarza. W tych zakładach produkowaliśmy kioski dla potrzeb Przedsiębiorstwa Prasy i Książki „Ruch”. Pracę rozpoczynałem o godzinie 7.00, aby zdążyć na czas musiałem wstawać o godzinie 5:00. Do pracy dojeżdżałem kolejką WKD (Warszawska Kolej Dojazdowa), a do samej kolejki chodziłem na skróty tj. koło piekarni Pietruszki, następnie obok hotelu robotniczego. Między ul. Polną a Żwirową była ścieżka, która przebiegała przez pole uprawne. Właścicielka pola często z motyką w ręku ścigała przechodniów, ale to nic nie pomagało, ludzie dalej chodzili tą ścieżka. Przy ulicy Żwirowej stało kilka domów, jeden z domów posiadał ganek, a na ganku często grano na akordeonie, nieraz przystanąłem posłuchać muzyki. Pewnego dnia w sobotę, lub niedziele, idąc do kolejki przystanąłem jak zwykle posłuchać muzyki. Z ganku wydobywała się melodia „Szła dzieweczka do laseczka”. Przystanąłem i zobaczyłem, że na akordeonie gra piękna dziewczyna. Okazało się, że ta dziewczyna z akordeonem mieszkała w tym domu. Ona właśnie została później moją żoną.
Pałac Kultury i Nauki oddano do użytku 22 lipca 1955 r. W tym czasie odbywał się Zlot Młodzieży Polskiej (ZMP), która brała udział w obchodach oddania Pałacu Kultury i Nauki w posiadanie narodu polskiego. W sierpniu rozpoczął się Światowy Zjazd Młodzieży i Studentów, z tej okazji odbywały się różnego rodzaju imprezy. Najbliżej mieliśmy na Plac Defilad, tańczyło się tam gdzie tylko było można. Raz nie zdążyłem na kolejkę do Pruszkowa z powodu braku miejsc. Pojechałem kolejka do Warszawy Włochy, a następnie samochodem wojskowym do Pruszkowa. W domu byłem o godzinie 1:00. Trochę mi się dostało za to spóźnienie, bo wróciłem strasznie późno, a rano musiałem wstać o 5:00. Po powrocie z pracy chodziłem z Włodkiem do parku Kościuszki na spacery. Pewnego pogodnego dnia ciotka ubrała Włodka na biało i poszliśmy do parku. Obok miejsca w które się udaliśmy, była rozlewnia wody sodowej, dlatego wokół było pełno wody. Włodzimierz wyrwał się i pobiegł prosto w kałuże, przy okazji przewrócił się brudząc ubranko. Szybko go rozebrałem i umyłem pod kranem, a ubranie suszyłem na słońcu. Po powrocie do domu, ciotka trochę na mnie nakrzyczała i od tego zdarzenia już więcej nie poszedłem z Włodkiem na spacer.
Drugą wpadkę miałem, jak ciotka z wujkiem pojechali na przyjęcie do znajomych, zostawiając nas samych w domu, nie zabierając kluczy od mieszkania. Po przyjeździe tak mocno spaliśmy, że nie mogli nas dobudzić, aby ktoś otworzył im drzwi. Wujek musiał przystawić drabinę do okna, aby dostać się do mieszkania. Mieli nauczkę, aby zabierać klucze ze sobą.
Po zakończeniu Światowego Zjazdu Młodzieży i Studentów, zostałem przeniesiony do Zakładu Stolarskiego na ulicę Bonifraterską, koło stadionu Polonia. Mieliśmy dużo pracy, bo zwoziliśmy z całej Warszawy do zakładu wszelkie element drewniane z dekoracji, które były wykorzystywane do produkcji kiosków.
Zapisałem się na kursy kreśleń technicznych, które odbywały się trzy razy w tygodniu w godzinach wieczornych na ulicy Przemyskiej. Do domu wracałem wtedy około godziny 22.00. Kurs ten ukończyłem w czerwcu 1956 r. Zarobionymi pieniędzmi musiałem pokryć wydatki na wikt i opierunek, bilety na obuwie i odzież, lecz niestety na inne rzeczy mi już nie starczyło.
Letnią porą chodziłem na różne imprezy, przeważnie na stadion „Znicz”. Sąsiad z parteru- Mąka, był bramkarzem w klubowej drużynie, załatwiał mi więc wejście gratis. Ja też chciałem zapisać się do sekcji piłki nożnej, lecz ciotka mi na to nie zezwoliła. Po meczu chodziliśmy na różne zabawy, które odbywały się obok stadionu. Razem z Mąką, na stancji mieszkał Stefan, z którym chodziliśmy na zabawy do remizy strażackiej w Nowej Wsi. Chodziłem też na wieczorki taneczne organizowane u mechaników, albo w elektrowni na ul. Waryńskiego, tam było dość niebezpiecznie, ponieważ chodziło tam dużo chłopaków ze Żbikowa, którzy nie cieszyli się dobrą opinią. Na zabawy chodziłem tamtejszego czasu z kolegą Krzyśkiem, który mieszkał u swej ciotki na ulicy Ołówkowej. Uczniowie ze szkoły, w której uczyła ciotka, często organizowali wyjazdy do teatru, lub kina w Warszawie. Często z nimi jeździłem, a w kinie, czy w teatrze zawsze miałem miejsce koło tej samej dziewczyny. Zorientowałem się, że takie „usadzanie” jest celowe. Moje domysły potwierdziły się, kiedy na prywatce sylwestrowej, na którą zabrała mnie ciotka, posadzono minie przy stole razem z tą samom dziewczyną, ponieważ dobrze tańczyła, ale nie była w moim guście, zresztą nie myślałem o małżeństwie. Więcej się już nie spotykaliśmy. Zauważyłem ją ponownie po 10 latach w szpitalu w Tworkach, kiedy byłem na prześwietleniu u szwagra Jurka. Śmialiśmy się, że ciotce nie udało się nas zeswatać.
W czerwcu 1956 roku po wręczeniu dyplomów ukończenia Kursu Kreśleń Technicznych odbyło się uroczyste zakończenie. Wróciłem do domu o godzinie 23.00, a ciotka z wujkiem zrobili mi wielką awanturę. Ciotka Józefa zaczęła mnie bić mokrym ręcznikiem, a wujek trzymał mnie za włosy. Wyrwałem się wujkowi i spadłem ze schodów, zostawiają mu w ręce garść moich włosów. W obawie, że nie wrócę do domu, wybiegli za mną na ulicę. Biegłem ulicą Komorowska przez kilka minut, kiedy ochłonąłem, przeczekałem do rana na stacji w Komorowe. Pierwszą kolejką udałem się do Warszawy na ulicę Bonifraterską do Zakładów Stolarskich. Przenocowałem kilka dni u kolegi w hotelu robotniczym obok stadionu Polonia i po załatwieniu formalności z rozwiązaniem pracy powróciłem w rodzinne strony do Rokitna Szlacheckiego. W dalszym ciągu byłem zameldowany w Pruszkowie przy ul. Komorowskiej ponieważ cioci potrzebny był mój meldunek, aby otrzymać szybciej większe mieszkanie, które otrzymała w końcu na Święto Rewolucji Październikowej w bloku przy ulicy 17-go stycznia w Pruszkowie.
Powrót do domu
Rodzice byli bardzo zadowoleni, że powróciłem do domu cały i zdrowy. Pomagałem rodzicom w gospodarstwie, z czego rodzina była bardzo zadowolona. Ponieważ w Warszawie pracowałem przy budowie kiosków postanowiłem przy wejściu do domu przybudować ganek. Budowa ganku podobnego do krużganku, który był w budynku przy ul. Żwirowej 5, zajęła mi prawie dwa miesiące. Przetrwał on prawie 20 lat. W czasie wolnym lubiłem chodzić z tatą w „górki’ na jurę, gdzie zbieraliśmy zioła lecznicze takie jak dziurawiec, głóg, podbiał, skrzyp i inne zioła, np. Kobylak dobry był na biegunkę. Zbierałyśmy też orzechy laskowe, poziomki, oraz wszystko co było jadalne. Tata opowiadał mi swoje wspomnienia, kiedy jako młody chłopiec wchodził na topole, która rośnie do dzisiejszego dnia na najwyższym szczycie Góry Chełm. W pogodne dni można z niej zobaczyć zarysy Krakowa.
Zaprowadziłem tatę tam, gdzie urządzaliśmy zimowa porą skoki narciarskie i opowiedziałem o tym jak się wywróciłem i połamałem narty, tata pokiwał tylko głową i powiedział, że jak był młody to tez jeździł na nartach zrobionych z klepek z beczki po śledziach. Wracając do domu po drodze wstępowaliśmy do młynarza, który miał młyn na rzece Mitrędze, później po wykąpaniu się w stawie młynarza wracaliśmy do domu na posiłek. Do młynarza woziliśmy furmanką zboże na przemiał, tata mielił zboże, a ja z zaciekawieniem patrzyłem na 25 koło młyńskie, zastanawiając się nad moją przyszłości.
Lubiłem chodzić z mamą na grzyby do lasu za Górą Chełm. Najłatwiej było znaleźć kurki, natomiast najtrudniej smardze, które bardzo mi smakowały, lecz trudno było je zauważyć, bo zlewały się z otoczeniem. Mama mówiła: „Tadek minąłeś smardza”. Jak się później okazało, wykryto u mnie daltonizm i niektóre kolory mi się zlewały np. brunatny z szarym dlatego nie widziałem owych smardzów, bo były koloru brunatnego. Letnią porą były organizowane w Rokitnie rożne imprezy, między innymi zabawy taneczne w Ochotniczej Straży Pożarnej, które miały miejsce na placu w szkole, lub nad stawem w Smużku. Po jednej takiej zabawie zginął mój kolega- popełnił samobójstwo wieszając się na strychu. Powodem samobójstwa był (wydany przez rodziców) zakaz pójścia na zabawę z dziewczyną, w której był zakochany. Rodzice sami wybierali kolegów i koleżanki, z którymi wolno mu było się przyjaźnić. Przeżywał również depresję z powodu swego imienia- Sulpiciusz. Nadano mu pseudonim o nieprzyzwoitym brzmieniu- „Sól...da”, co bardzo go denerwowało. Sulpiciusz był synem siostry Witka Bialika, męża ciotki Marysi. Na znak żałoby na jakiś czas zaprzestano organizować zabaw tanecznych w Rokitnie Szlacheckim.
W tym samym roku zginął tragicznie Zdzisław Miśkiewicz, mój kolega z ławy szkolnej. Jako jedynak, miał wszystko co chciał, ożenił się mając 19 lat i na prezent ślubny od rodziców dostał motocykl marki MZ (produkcji niemieckiej). W niecały miesiąc po ślubie, Dzidek wracając z pracy motocyklem uderzył w drzewo, ponosząc śmierć na miejscu, a pasażer, który siedział na tylnym siedzeniu, wyszedł z wypadku bez żadnych obrażeń.
Marzeniem każdego młodego człowieka było posiadanie motocykla, dlatego Liga Obrony Kraju zorganizowała w Rokitnie Szlacheckim kurs prawa jazdy na pojazdy jednośladowe. Prawie wszyscy młodzi ludzie chodzili na te kursy. Ja również zapisałem się na owy kurs, który ukończyłem z wynikiem pomyślnym. Nabycie motoru graniczyło wtedy z cudem, gdyż motory były na talony. Talon na motocykl marki WFM dostał mój tata, ponieważ nie zalegał z obowiązkowymi dostawami żywca, mleka i ziemiopłodów. Nie nacieszyłem się długo motocyklem, który miałem od ojca, ponieważ rodzice sprzedali motor, obawiając się, że jeżdżąc na motorze mogę ulec wypadkowi.
Mój kuzyn Marian Bialik (brat Witka) w wieku dwudziestu lat, jadąc motorem ścieżka do Ogrodzenia w lesie koło Fugasuwki, uderzył głowa w sosnę ponosząc śmierć na miejscu. W miejscowości Trzebyczka, w której mieszkał mój kolega Marian Siewnik zdarzył się tragiczny wypadek dwaj młodzi ludzie jadąc na motorze z nadmierną szybkością wpadli na parkan. Jeden zginął na miejscu przebity sztachetą na wylot, a drugi zmarł w szpitalu w wielkich męczarniach. Czyli jednak rodzice jednak mięli rację sprzedając maszynę.
Pieniądze ze sprzedanego motoru były potrzebne na wesele mojej siostry, która w wkrótce miała wyjść za mąż. Po trzech zapowiedziach siostra wzięła ślub z Jerzym Kozłem w kościele św. Michała w Łazach. Był wtedy taki zwyczaj, że parze młodej do ołtarza towarzyszył orszak z drużby. Druhnę wybierał sobie drużba, jako że byłem w orszaku wybrałem za druhnę koleżankę, która pracowała razem z siostrą, niestety, rodzice nie zgodzili się i musiałem drużbować ze starszą o 10 lat kuzynką. Przyjęcie weselne odbyło się w naszym domu. W pokoju odbywała się zabawa, tańce miały miejsce w kuchni i na ganku. Zapytałem wtedy kuzynkę, dlaczego zgodziła się drużbować ze mną, powiedziała mi, że jak by odmówiła, to jej rodzina nie przyszła by na wesele, lecz nie miała żadnej pretensji że z nią nie tańczyłem.
Zbliżała się zima, zacząłem rozglądać się za praca. Za namową siostry i szwagra Jurka, poszedłem do pracy w P.K.P. Pracę na kolei rozpocząłem 7-go stycznia 1957 r. w Wagonowni Katowice Bogucice, jako ślusarz przy naprawie wagonów osobowych. Do pracy dojeżdżałem codziennie wychodząc z domu o godzinie 5 rano. Szedłem trzy kilometry do stacji Łazy, aby zdążyć na pociąg o godzinie 6:15 jadący do Katowic. Do domu wracałem na godzinę 18:00. Po miesiącu pracy zostałem przeniesiony do obsługi pociągów pasażerskich, gdzie praca odbywała się w turnusie po 12 godzin. W wagonowni pracowało wielu kolegów z Rokitna i okolic, jeden z nich mieszkał w osadzie Trzebyczka, nazywał się Marian Siewnik pracowałem z nim do czasu pójścia do wojska.
W wakacje obsługiwałem wagon socjalny, którym młodzież ze szkół kolejowych jeździła na wycieczki. Najwięcej wyjazdów organizowano w Beskid Śląski, tam gdzie były domy wczasowe, lub wczasy wagonowe.
Powołanie do wojska
Zbliżał się październik. W miesiąc poboru do wojska, prawie wszyscy koledzy dostali karty wcielenia do jednostek. Marian Siewnik do WOP, Ryszard Balik do WSW, Władek Sadowisk do lotnictwa. Nie czekając na wezwanie udałem się do Komendy Uzupełnień Wojskowych w Zawierciu prosząc o przydział do wojska do tej samej jednostki co służył mój tata tj. do Lublińca, lub do Tarnowskich Gór do wojsk kolejowych, albo do Kompani Honorowej w Warszawie. Dostałem jednak skierowanie do jednostki wojskowej mieszczącej się na Helu. W jednostce miałem zgłosić się 10-tego listopada 1957 r. Pod koniec października po załatwieniu formalności związanych pójściem do wojska, dostaliśmy odprawy pieniężne w wysokości jednomiesięcznego zarobku, była to zachęta, żeby po wojsku wrócić do Wagonowni. W moje imieniny zorganizowałem wieczór pożegnalny, na który zaprosiłem koleżanki i kolegów. Były toast i życzenia szybkiego powrotu do cywila. Tata się śmiał, że na bramie jednostki wisi napis: „Witamy Was”, a po przekroczeniu bramy „Mamy Was”. Nadszedł czas odjazdu, mama odprowadziła mnie na dworzec, żegnając mnie płakała, widocznie przypomniała sobie jak żegnała tatę przed wojną.
Do jednostki przybyłem w wyznaczonym terminie. Na początku zostałem ostrzyżony „na zero”, oraz przydzielono mi umundurowanie, z tymi czynnościami nie miałem żadnych problemów ponieważ miałem już pewne doświadczenia w tym zakresie (Służba w S.P., przebywanie w internacie, oraz „szkoła życia” u ciotki)
Po dwumiesięcznym okresie rekruckim, podczas którego odbywały się intensywne ćwiczenia, miała miejsce przysięga, na którą przyjechał mój tata. Tekst Przysięgi musieliśmy znać na pomięć. Początek zaczynał się od słów: „Ja Obywatel Polski Ludowej stojąc w szeregach Ludowego Wojska Polskiego przysięgam uroczyście być jej wierny i strzec jej granic do utraty sił”.
Po uroczystym obiedzie odbyła się zabawa taneczna, a do kolegów na przysięgę przyjechały siostry lub narzeczone, było również kilku, do których przyjechały żony.
Dowódca mojej jednostki był starym „frontowcem”, wraz z tatą znaleźli wspólny temat wojskowy. Po przysiędze zaczęły się normalne zajęcia, nadszedł czas na pierwsze ostre strzelanie z dział. Strzelaliśmy wtedy z dział o kalibrze 110 mm, najpierw do okrętów oraz samolotów zrobionych z makiet, później do celów nadbrzeżnych (zrobionych również z makiet). Podczas strzelania dowódca działa zalecił otwieranie ust w celu wyrównania ciśnienia. Po tych ćwiczeniach tydzień nic nie słyszałem. Było to związane z hukiem przy wystrzale, gdyż strzelaliśmy jednocześnie z czterech dział, po wojskowemu taka ilość nazywa się bateria. Środa była dniem gazowym, cały dzień chodziliśmy do pobudki po capstrzyku z maskami przeciwgazowymi i gdy zawyła syrena, znaczyło że jest alarm gazowy i trzeba założyć maskę. Gdy syrena zawyła dwa razy znaczyło, że alarm odwołano. W czerwcu 1958 r. z rozkazu Dowódcy Jednostki Artylerii Nadbrzeżnej zostałem przeniesiony do kwatermistrzostwa w Komendzie Portu Wojennego Hel na stanowisko pisarza żywnościowego. Domyślałem się, że przyczyną przeniesienia była rozmowa taty z dowódcą podczas przysięgi. Moim obowiązkiem było wtedy wypisywanie asygnat na prowiant dla jednostek pływających i jednostek lądowych, jak również układanie jadłospisów co dekadę z podziałem na jednostki pływające i lądowe. Na podstawie tych jadłospisów i ilości marynarzy w danym dniu na jednostce, wypisywaliśmy asygnaty do magazynów, marynarze na łodziach podwodnych dodatkowo codziennie dostawali tabliczkę czekolady, oraz butelkę wina raz na miesiąc. Każdy marynarz palący, czy nie dostawał paczkę papierosów Albatros, które były w opakowaniu wodoszczelnym i w zanurzeniu w wodzie morskiej mogły przebywać przez parę dni. Ministerstwo Obrony Narodowej organizowało ćwiczenia na lądzie i morzu w ramach Układu Warszawskiego. W czasie ćwiczeń żywność pakowaliśmy w pojemniki i motorówkami dostarczaliśmy na poszczególne jednostki pływające. Okręty i łodzie podwodne nie mogły wchodzić do portu.
Urlop siedmiodniowy otrzymałem w październiku. Dwa dni musiałem przeznaczyć na podróż. Trafiłem na odpust w parafii św. Michała w Łazach i spotkałem się z kolegami, którzy
byli w wojsku i przyjechali na urlop lub przepustkę. Młody rocznik przybył pod koniec października, starszy został zwolniony z obierania ziemniaków, oraz sprzątania placu przed koszarami.
Zbliżał się koniec roku 1958. Z kilkoma kolegami, którzy odbywali służbę wojskową na Helu, (a mieszkali na Półwyspie helskim) zorganizowaliśmy wyjazd na zabawę sylwestrową do Klubu Rybka w Władysławowie. Jeden z kolegów był synem rybaka, więc jego tata przypłyną po nas kutrem rybackim zabierając nas z naszej jednostki wraz z orkiestrą, która grała do tańca na tej zabawie. Rano rozbawieni przypłynęliśmy kutrem na Hel do portu rybackiego.
Czas wojsku mijał powoli, a im bliżej było do cywila, tym bardziej się wydłużał. Zaczęliśmy odliczanie w różnej postaci np. ile zjemy obiadów, a ile kolacji. Nadszedł oczekiwany z utęsknieniem ostatni dzień w wojsku. Obiad pożegnalny mięliśmy wspólnie z Dowództwem Jednostki. Tradycyjnie po obiedzie rzuciliśmy łyżki w kąt, które dyżurny musiał później pozbierać.
Dwóch kolegów ożeniło się z dziewczynami z Kaszub i pozostało na Helu. Jeden z moich znajomych pozostawił dziewczynę z dzieckiem, nie przyznając się, że jest jego ojcem. Dziewczyna z dzieckiem na ręku, przyszła do koszar i wskazała na ojca dziecka żądając jego adresu. Dowódca jednostki podał adres domniemanego ojca, wówczas żołnierz potwierdził, że jest ojcem tego dziecka i powiedział, że się z nią ożeni. Wszyscy zebrani na placu apelowym zaczęli bić brawo.
Rano 10 października 1959 r. o godzinie 9:00 jako cywile w wojskowych mundurach (mundury oprócz pasów i orzełków dostawaliśmy na własność) lub ubraniach cywilnych odpłynęliśmy z Helu okrętem wojennym do Gdyni. Dalej rozjeżdżaliśmy się pociągami lub PKS-em w rodzinne strony
Powrót z wojska do cywila
Powróciłem do domu po dwuletniej nieobecności, rodzice tak jak zawsze ucieszyli się z mojego powrotu. Siostra wyprowadziła się do domu teściów w Łazach przy ulicy Okrzei. Odwiedziłem siostrę i zobaczyłem siostrzeńca Zbyszka, który się urodził kiedy przebywałem w wojsku. Siostra wspomogła mnie finansowo nie żądając zwrotu pieniędzy. Gotówka przydały się, bo za te pieniądze zorganizowałem imieniny, na które oprócz rodziny zaprosiłem kolegów, między innymi: Mariana Siewnika, Władka Sadowskiego, Rysika Bialika, którzy też wrócili do cywila, zaprosiłem również Ryśka Golę, który nie był w wojsku. Czesław Gibas przebywający w tym czasie na służbie, przyjechał na przepustkę. Niektórzy koledzy przyprowadzili swoje dziewczyny, Stanisław Kocur przyszedł ze swoją siostrą Aliną. Mama z siostrą stryjeczną Janiną, śpiewały piosenki ludowe. Przypomniała mi się wtedy dziewczyna z Pruszkowa, która w ganku przy ulicy Żwirowej 5 grała na akordeonie „Szła dzieweczka do laseczka do zielonego..”.
Poprosiłem, aby mama z Janiną w duecie zaśpiewały mi tą piosenkę, przy akompaniamencie akordeonu. Śpiewały bardzo ładnie wszyscy krzyczeli „bis!”. Bisowały kilka razy, mama mówiła do mnie „Oj! Tadek chyba się zakochałeś !”, ja nic nie mówiąc tylko się uśmiechnąłem.
Zastanawialiśmy gdzie iść do pracy. Ryszard Gola wybrał zawód nauczyciela i razem z żona pracowali w szkole. Ryszard Bialik i Czesław Gibas wstąpili do Milicji Obywatelskiej, a Stanisław Kocur odrabiał wojsko w kopalni, natomiast później wstąpił na kolej. Pracę w wagonowni Katowice podjąłem 1 listopada 1959 roku. Z Marianem Siewnikiem obsługiwaliśmy wagon ogrzewczy, który parą ogrzewał wagony w pociągach dalekobieżnych. Przeważnie jeździliśmy do Krakowa lub Łodzi. Marian często jeździł do swojej narzeczonej, którą zapoznał będąc w wojsku w Dusznikach. Prosił mnie, abym brał jego dyżury w zastępstwie. Bywało tak, że jeździłem na trzy dyżury bez przerwy. Była to bardzo opłacalna praca, gdyż mogłem pozwolić sobie na kupno odzieży, pomóc rodzicom i odłożyć na książeczkę P.K.O.
Zbliżał się Sylwester 1959, Marian zachęcał mnie, abym z nim pojechał na Sylwestra do Dusznik, mama natomiast chciała żebym poszedł z Aliną i siostrą Stanisława Kocur do Domu Kolejarza w Łazach. Nie miałem sprecyzowanego stanowiska co do tej sprawy. Miałem swoją tajemnice, którą podzieliłem się ze swoją siostrą. Dała mi dobrą radę, abym wybrał tą dziewczynę, która bliska jest memu sercu.
Powrót z wojska do cywila
Powróciłem do domu po dwuletniej nieobecności, rodzice tak jak zawsze ucieszyli się z mojego powrotu. Siostra wyprowadziła się do domu teściów w Łazach przy ulicy Okrzei. Odwiedziłem siostrę i zobaczyłem siostrzeńca Zbyszka, który się urodził kiedy przebywałem w wojsku. Siostra wspomogła mnie finansowo nie żądając zwrotu pieniędzy. Gotówka przydały się, bo za te pieniądze zorganizowałem imieniny, na które oprócz rodziny zaprosiłem kolegów, między innymi: Mariana Siewnika, Władka Sadowskiego, Rysika Bialika, którzy też wrócili do cywila, zaprosiłem również Ryśka Golę, który nie był w wojsku. Czesław Gibas przebywający w tym czasie na służbie, przyjechał na przepustkę. Niektórzy koledzy przyprowadzili swoje dziewczyny, Stanisław Kocur przyszedł ze swoją siostrą Aliną. Mama z siostrą stryjeczną Janiną, śpiewały piosenki ludowe. Przypomniała mi się wtedy dziewczyna z Pruszkowa, która w ganku przy ulicy Żwirowej 5 grała na akordeonie „Szła dzieweczka do laseczka do zielonego..”.
Poprosiłem, aby mama z Janiną w duecie zaśpiewały mi tą piosenkę, przy akompaniamencie akordeonu. Śpiewały bardzo ładnie wszyscy krzyczeli „bis!”. Bisowały kilka razy, mama mówiła do mnie „Oj! Tadek chyba się zakochałeś !”, ja nic nie mówiąc tylko się uśmiechnąłem.
Zastanawialiśmy gdzie iść do pracy. Ryszard Gola wybrał zawód nauczyciela i razem z żona pracowali w szkole. Ryszard Bialik i Czesław Gibas wstąpili do Milicji Obywatelskiej, a Stanisław Kocur odrabiał wojsko w kopalni, natomiast później wstąpił na kolej. Pracę w wagonowni Katowice podjąłem 1 listopada 1959 roku. Z Marianem Siewnikiem obsługiwaliśmy wagon ogrzewczy, który parą ogrzewał wagony w pociągach dalekobieżnych. Przeważnie jeździliśmy do Krakowa lub Łodzi. Marian często jeździł do swojej narzeczonej, którą zapoznał będąc w wojsku w Dusznikach. Prosił mnie, abym brał jego dyżury w zastępstwie. Bywało tak, że jeździłem na trzy dyżury bez przerwy. Była to bardzo opłacalna praca, gdyż mogłem pozwolić sobie na kupno odzieży, pomóc rodzicom i odłożyć na książeczkę P.K.O.
Zbliżał się Sylwester 1959, Marian zachęcał mnie, abym z nim pojechał na Sylwestra do Dusznik, mama natomiast chciała żebym poszedł z Aliną i siostrą Stanisława Kocur do Domu Kolejarza w Łazach. Nie miałem sprecyzowanego stanowiska co do tej sprawy. Miałem swoją tajemnice, którą podzieliłem się ze swoją siostrą. Dała mi dobrą radę, abym wybrał tą dziewczynę, która bliska jest memu sercu.(cdn.)


poniedziałek, 23 maja 2011

Fragmenty całości

Witajcie. Powrót rodziców ze zwiedzania miejsc w syntetycznym kurorcie Tureckim sprawił, że zakończył się również okres chaosu, który panował w mieszkaniu w czasie ich nieobecności. Wiele informacji płynie do nas ze świata, niestety nie zawsze są one pozytywne. Jak to w stosunkach międzynarodowych bywa skandale roznoszą się z prędkością błyskawicy, tyczy się to również osób ze świata polityki i biznesu. Tak właśnie prezes MFW (IMF) Dominique Strauss-Kahn wdepnął w medialne gówno. I kończy się jego kariera, życie osobiste no i oczywiście wizerunek i marka "DSK". Tak też w życiu bywa, jak staramy się w pokoju hotelowym (na golasa) pofiglować z pokojówką, a później uciekamy zostawiając połowę swoich osobistych rzeczy nie dziwmy się, że będą z tego nieprzyjemności (wizerunkowe, finansowe i karierowe). Ciężko byłoby przecież wyjaśnić dobre intencje prezesa MFW. No ale to problem DSK, nie mój, nie nasz. Nawiązując do tej sprawy. Premier Tusk wysunął pomysł, aby na miejsce DSK zwerbować L. Balcerowicza. Pomysł bardzo ciekawy, ale zarazem politycznie niedopasowany, gdyż Polska jest raczej w odwodzie państw, które mogą protegować specjalistów do MFW (nie jesteśmy w eurolandzie, a L. Balcerowicz jest monetarysta, co wielu finansistom nie pasuje) więc sądzę że na dobrej opinii D. Tuska się skończy. Pamiętamy również konfrontację "człowieka premiera" - Jacka Rostowskiego - właśnie z L. Balcerowiczem, czyli osoba, która obarcza rząd za problemy finansowe (w tym o OFE) i nie jestem przekonany czy Balcerowicz ucieszyłby się z promocji ze strony premiera. Może prezes rady ministrów liczył na polepszenie swojego wizerunku na arenie międzynarodowej ?

W kwestii wizyty Baracka Obamy, dla wszystkich zainteresowanych przypominam, że odbędzie się ona od piątku 28 maja i potrwa do soboty. Sprawdzają się również wszystkie moje przypuszczenia co do "top level'u" bezpieczeństwa prezydenta USA. Polecam więc ciekawy artykuł z najnowszego Newsweeka ze strony 4, który opowiada o technikaliach wizyty w Warszawie (swoją drogą Cadillac One to niezła forteca na kółkach) .


Na samym początku chciałem zamieścić tylko to co widnieje poniżej, ale postanowiłem, że aby nie być zbytnio melancholijnym zrobię mały wstęp. Pod spodem zamieszczam fragmenty artykułu i książki. Artykuł opisuje świat, książka człowieka zagubionego. Toksyny przelewają się przelewają się zarówno przez fragment książki, jak i artykułu - wszystko razem tworzy esencję która jest podstawą dla tego bloga.

"Żal trochę dawnej różnorodności, melancholii i uczucia samotności. Z powodu internetu świat stał się bardziej nerwowy, niespokojny i niecierpliwy. Sieć odebrała ludziom samotność sprzyjającą refleksji. W zamian dała nową - samotność w szumie informacji. Ale te zmiany nie zabijają naszej ciekawości świata. Nasza planeta jest bardziej dostępna, ale jakby mniej przewidywalna, pełna dramatyzmu i paradoksów. Aby próbować je pojąć, trzeba zobaczyć na własne oczy. Dotknąć świata."
Paul Theroux, Newsweek 21/2011, "Wędrówki w epoce Google"

"I zostajemy już tylko z wyborem między różnymi rodzajami instynktów, przeczuć, odruchów irracjonalnych. Z wyborem strategii obłędu. (...) Piękno i prawda jest w oku patrzącego - więc co to za oko? kto patrzy? Niezgłębiona, smolna pustka, zimna otchłań kosmosu, nieskończoność przemnożona przez nieskończoność.
Budzę się z krzykiem. Echo odbija się od stali."
Doktor, "Król Bólu" (frag.), Jacek Dukaj, Wydawnictwo Literackie

wtorek, 17 maja 2011

"Ten dzień przywitał nas ulewą..."


                Poniedziałek zawsze mnie przeraża, środa zresztą też, choć nie wiem czy niedziela wieczorem nie jest przypadkiem gorsza.  Każdy ułamek dobrych myśli wydaja się być zadeptany przez poczucie, że "muszę". Muszę przecież wstać, pojawić się w danym miejscu i muszę udawać, że wszystko jest ok.  No i tutaj jak zwykle dziwny paradoks (przynajmniej w moim przypadku), kiedy trzeba zerwać się z samego rana, wcześniejszego wieczora nie można zasnąć przez wiele długich kwadransów, lub nawet godzin. Świat rzeczywisty na szczęście, albo na nieszczęście, ucieka dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że i tak nie zaśniemy i żaden sposób na zasypianie (oczywiście nie wliczając tych farmakologicznych) nie działa. Każdy ułamek ciała woła o sen po niezbyt dobrze przespanej nocy. Nie wiadomo czy to zaczęło się na prawdę, czy jeszcze tkwimy w melasie mar sennych. 

Biorę kąpiel, długą, orzeźwiającą, fikcyjną, w wannie której nie mam. Każdy centymetr mózgu stacza ze sobą wojnę o miejsce dla nowych informacji, jakże surowych i metalicznych z rana. Na śniadanie jakiś pokarm, aby trzewia mogły funkcjonować i napędzać przez pewien czas nierozkręcony jeszcze organizm. Myśli odbijają się od ściany, radio pieprzy bez sensu audycje, które mogłyby być zabawniejsze, a po wstaniu są tylko irytujące. Jeżeli czasami odczuwasz to co ja, to wydaje mi się, drogi czytelniku, że mamy coś wspólnego. Należymy do ludzi XXI wieku.
Szum miasta, czy niebezpieczny spokój to sfery, przez które większość z nas przemierza. Chcemy być bezpieczni i szczęśliwi, tylko za ile i po ile. Podobno ludzie w Stanach mają fobię co do swojego (nie)bezpieczeństwa. W doskonały sposób ukazuje to kontrowersyjny reżyser Michael Moor w filmie "Zabawy z bronią". Łatwy dostęp do broni, rozbudowany aparat przymusu, CIA, FBI, DEA. Tylko czy to problem jednego kraju? Pewnie że nie. Strach ma wiele źródeł, płaszczyzn i podmiotów, w których tkwi i się rozwija.
 Kiedy już wstaniemy z rana w naszym kraju obawiamy się zdarzeń, które znajdują się stosunkowo nisko w hierarchii strach/panika, którą można by stworzyć. Mieszkańcy Izraela również przejawiają obawy i ukazują swój strach poprzez infrastrukturę swojego państwa (bramki, kontrole, wzmożona czujność 24/7).  Gotowość do odpierania zagrożenia trwa od końca lat 40 XX wieku, to obawa przed zniszczeniem ze strony państw muzułmańskich. Nie ma mu się co dziwić, gdyż osaczony przez sąsiadów, którzy uważają go za terrorystę każdy naród czułby się nieswojo. Do tego dochodzą jeszcze kwestie terytorialne, ekonomiczne, polityczne itp. itd. Stany Zjednoczone to inna historia, lecz model strach/panika można równie dostosować do Amerykanów. Im więcej krajów, w których staramy się: przywrócić demokrację (swoimi metodami), obalić rząd/głowę państwa/kogokolwiek, pozyskać ropę, utrzymać swój korpus militarny - tym więcej problemów z niezadowolonymi rdzennymi mieszkańcami, którym nasze metody nie zawsze się podobają. Którzy zaczynają nas unikać, a następnie zwalczać.

Nie odbiegając jednak od tematu. Do Polski niedługo (koniec maja?) przyjeżdża prezydent Barack Obama - głowa supermocarstwa, z którym nie wszyscy mają dobre stosunki. Zalewająca fala informacji przynosi przeróżne informacje i komentarze o możliwości zamachu i niebezpieczeństwie Polaków, o złym terminie wizyty (po zabiciu Osamy bin Ladena  i co za tym idzie radykalizacją nastrojów zwolenników "bojowników o wolność"). Nie wpadajmy w panikę. Powiem więcej: NIGDY nie wpadajmy w panikę. Główną bronią każdego terrorysty jest strach (B. Barber ma rację), uczucie wynikające z niewiedzy, ta niewiedza może powstawać zarówno z braku informacji jak i świetnego kamuflażu działalności "wywołujących". Miedwiediew  nas jednak odwiedził i przeżył, a do państw ukochanych przez świat Rosja przecież nie należy. Abstrahując jednak od odmienności wizyty, Amerykanie najbardziej na świecie dbają o bezpieczeństwo swojego prezydenta, ba, dbają o każdy jego krok i uśmiech. Za prezydentem leci jego prywatna armia i ambulans. Logistyka jest na najwyższym poziomie. Więc (moim skromnym zdaniem) jeżeli jest cokolwiek czego mielibyśmy się bać podczas wizyty Obamy, to kiepska pogoda.

Mój strach to zupełnie inna kwestia, a może nawet bardziej trywialna niż inne. Boję się, że kiedy skończę już studia, odbędę dodatkowe staże i praktyki, udokumentuje opanowane języki i wreszcie będę miał doświadczenie niezbędne do rozpoczęcia prawdziwego życia zawodowego, nie będę mógł zrobić nic. Bo system mi na to nie pozwoli. Nie będzie odpowiedniego miejsca pracy, a jeżeli już będzie to praca będzie monotonna, rutynowa, usypiająca i wypłukująca moje ambicje i plany. Strach przed przyszłością można zwalczyć pewnością siebie i (niestety) "zaklepaną przyszłością", czyli pracą załatwioną przez kogoś (u kogoś) po znajomości, z wyłączeniem całego procesu rekrutacyjnego i niestety czasem również umiejętności. Jako jeden z tysięcy młodych boję się, że wszystkie lata nauki/stażu/pracy zostaną zmarnowane, przez czynniki niezależne ode mnie. Najwyraźniej jednak tak musi być. "Zostaliśmy wtłoczeni w rzeczywistość w której przyszło nam żyć", ale nie musimy przecież tracić uśmiechu i ambicji. Nasze życie w naszych rękach.