Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

sobota, 5 listopada 2011

Youth of the nation?

ad vocem: Serdecznie (nie)ubolewam nad partią narodowej prawicy, która w dniu wczorajszym straciła swoich "medialnych" członków - Cymańskiego, Kurskiego i Ziobrę. Po raz kolejny Prezes pokazał (tak jak zresztą pisałem kilka wpisów wcześniej) Z PREZESEM SIĘ NIE DYSKUTUJE. Powodzenia na nowej drodze życia.

***

Teraz wiem, że wiele rzeczy ulega zmianie, a ja mając 23 lata czuje się starszy niż kiedyś (myślałem, że to włącza się co najmniej po 40 roku życia). Jednak w moim wieku i również Twoim, drogi czytelniku nie ma nic złego, nic co przynosiłoby ujmę, czy wstyd. Powiem więcej, to nawet pozytywny aspekt cyklu życia.


Przez moją pyszałkowatość wylądowałem na mojej zaocznej uczelni na przedmiocie zastępczym o zagadkowej nazwie "Socjologia emocji". Zajęcia przeznaczone dla V roku socjologii przywitały mnie nie bez przyczyny - chciałem bowiem przepisać ocenę z przedmiotu, który kiedyś zaliczyłem (jako fakultatywny), a który z kolei pojawił się ponownie jako obowiązkowy w następnym semestrze, z wprowadzoną subtelną zmianą w tytule (jak dla mnie było to to samo). Na szczęście, czy na nieszczęście zamiast przepisania oceny i tym samym uzyskania okienka, co podczas zjazdów weekendowych jest błogosławieństwem, otrzymałem przedmiot czysto socjologiczny. A już myślałem, że na dobre uciekłem od socjologii, którą zmieniłem na politologię po I semestrze.
Na zajęciach z osobami, które "potrafią porozmawiać" i mają szeroką wiedzę (to w końcu ostatni rok socjologii) bardzo dobrze się dyskutuje, a synergia na którą składają się wiadomości odmienne od tych które ja sobie wpoiłem w ramach mojej edukacji jest wprost hipnotyczna.
Powracając jednak do tematu. Cieszę się, co ugruntowały zajęcia z przyszłymi socjologami, że mam tyle lat co teraz (i pewnie będę się cieszył kiedy dojdzie mi kilka wiosen więcej), bo czasy, w których dorastałem sprzyjały działaniom twórczym i rozwojowi pozytywnego indywidualizmu. Pamiętam dobrze moją szkołę podstawową, która byłą naprawdę porządnym doświadczeniem dla mnie jako ówczesnego kilkulatka -wbiła mi do zakutej głowy ważne paradygmaty i wzory. Bajki, które puszczano wtedy w telewizji miały niesamowicie pozytywną moc, bo były w nich szlachetne postacie, miały morał i szczęśliwe zakończenie, a bohaterowie sprawiali że były czymś więcej niż obecne błyskawiczne zlepki pikseli, jaskrawych kolorów, ambiwalentnych emocji i czasami przemocy. Wtedy wszystko było dostosowane do normalnego rozwoju dzieciaków. Nie martw się drogi czytelniku, to nie opowieść w stylu "a teraz sam jestem dziadkiem", oj nie. Dzisiejsi nastolatkowie nie mają się przeciwko czemu i komu buntować. 
Ich zamożni (mniej lub bardziej) rodzice nagradzają swoje pociechy najnowszą elektroniką, ciuchami, czy po prostu kasą bez żadnych zasług z ich strony. Kiedyś funkcjonowała nagroda za pożądane zachowanie, wg modelu "coś za coś", gdzie dostawało się za dobre oceny, pomoc rodzicom, czy świetne prace szkolne nagrody takie jak kieszonkowe, słodycze, gry na "Pegazusa", a co zamożniejsi obdarowywani byli grami na PC, lub PlayStation, czy Segę. Dziś jest inaczej, nie dość,że rodzice fundują dzieciom "wszystko za nic" to dodatkowo owe dzieci przez takie wychowanie izolują się od instytucji rodziny i grona rówieśników. Nie ma wspólnych wypadków, nie ma wspólnych posiłków, oglądania telewizji, rodzic i dziecko są tylko formalną rodziną. Dzisiejszy nastolatek XXI wieku mieszka w swoim pokoju, znajomi są instrumentalni, lub wirtualni, coraz rzadziej wychodzi "połazić", coraz mniej gra w gry zespołowe (sportowe, czy RPG). Żyjący w Polsce nastolatek to bardziej  Dominik z filmu "Sala Samobójców" niż Smyk z "Zabić drozda". Jednak takie "wyczerpanie materiału" ma wiele przyczyn, oto niektóre z nich:
  • brak wzorców i słabe autorytety
  • dostęp do wszelkich dóbr i usług
  • zapracowani rodzice
  • rozwój internetu (usług) i sieci oraz technologii komórkowych
  • wyścig szczurów od coraz niższych szczebli edukacji
  • brak działania bezinteresownego (poprzez takie właśnie wychowie)
  • brak nastoletniego buntu
  • uniformizacja stylu życia
  • "okablowanie"
Na samym końcu warto nawiązać do ostatniego wyszczególnienia. "Okablowanie" to inaczej nieodłączne towarzystwo sprzętu elektronicznego nastolatka przebywającego zarówno w domu jak i w strefie publicznej. Używanie wszystkich gadżetów ma za zadanie zasygnalizować wszystkim wokół komunikat "zostaw mnie w spokoju". Nie bez przyczyny to zjawisko ująłem w cudzysłowie, mozna być bowiem "okablowanym" bez żadnych kabli (smartphone'y, tablety, notebooki, e-readery, mp 3 itp.) i mieć setki znajomych bez wychodzenia z domu czego świetnym przykładem są portale społecznościowe, fora i chaty.
Problem młodych ma też drugie oblicze. Nastolatkowie z biedniejszych warstw społecznych przegrywają wyścig szczurów czasami już na samym starcie. Ich porażka warunkowana jest brakiem pieniędzy na rozwój, edukacje, dobre ubrania, gadżety i inne rzeczy, w przypadku których poprzeczkę konsumenta ustawiają ich zamożniejsi rówieśnicy (pragnienia pozostają podobne). Nie zaskakuje mnie więc widok biednych młodych ludzi, którzy aby cokolwiek poczuć będą sięgali w inną stronę niż rodzice czy edukacja, bardzo prawdopodobne że wpadną w wódę, czy dragi, a mniej uświadomione dziewczyny skończą z brzuchem. I tak jedni zostają "okablowani", a inni pozostają z pustym wzrokiem na ławkach, czy dworcach kolejowych do końca swojego życia. Wielie marki i korporacje przyklasną bogatym, a biednymi dzieciakami naprawdę niewielu się zainteresuje. Jeszcze raz więc podkreślam - cieszę się, że mam 23 lata i dobrze, że moi rodzice nie mieli hamulców żeby powiedzieć mi "nie" i dać w tyłek, gdy narozrabiałem.

wtorek, 1 listopada 2011

Moje dia de los muertos

     Pytanie rodem z podstawówki - czym dla Ciebie jest Święto Zmarłych? Czekaj, czekaj, a czy to to samo co Wszystkich Świętych ? Tak, to samo, tyle, że wtedy komuna zabraniała tak mówić i pisać, stąd odmienne nazewnictwo. Jednak powracając do pytania. Dla mnie Święto Zmarłych to wielki festyn, który w idealny sposób oddaje polski styl bycia. Nie to żebym się nie cieszył z tego święta (jakkolwiek to brzmi),bo przecież jest wolne i z rodziną można się spotkać, zjeść pańską skórkę no i oczywiście (to tez zwyczaj) się napić. Ale jaka jest funkcja całego "święta"? Czczenie grobów, w których leżą zmarli, zasmucanie się i wspominki. Jakie to polski i adekwatne do naszego życia. Ja tego jednak nie kupuje.

     Jeżeli urażę twoje uczucia w jakikolwiek sposób, drogi czytelniku to nie czytaj dalej. Dlaczego widoczny jest w naszej słowiańskiej tradycji zwyczaj kultu zwłok i rozpamiętywania przeszłości? Ciała, które od dawna gniją w ziemi nie mają nic wspólnego z osobami, które znaliśmy. To nic innego jak rytuał przyzywający cień przeszłości. Jeżeli ktoś umarł, to na zawsze pozostaje żywy w każdej osobie, która ją pamięta, która o zmarłym mówi, pozostaje aktywny we wszystkim co zrobił i stworzył za życia. Ciało nie żyje, serce nie bije. Cóż za marazm się wkradł do tego wpisu. Jednak ja właśnie tak to widzę i nie zamierzam się umartwiać każdą zmarłą osobą. Żyję w "tu i teraz" i przyjmuje to święto na meksykański sposób, gdzie w tym dniu łączą się dwa światy - żywych i umarłych. Wiem, że śmierć towarzyszy nam codziennie, a zmarli i tak już nie żyją więc cieszmy się i radujmy.

"Sednem Dia de los muertos nie są żal i refleksja. Najważniejsza jest bowiem szansa na dialog i kontakt z bliskimi, którzy odeszli ze świata ziemskiego do innego wymiaru rzeczywistości. Spotykając się przy barwnych i nasyconych ozdobami grobach, ludzie rozmawiają z duszami zmarłych a nawet opowiadają im, co nowego zdarzyło się , odkąd ich tutaj nie ma. Ta niesamowita tradycja podtrzymuje jednocześnie pewną rodzinną i kulturową jedność, umiejscawiając czas ziemski w  jakimś szerszym , boskim czasie wiecznym." 
M. Rojewska, Święto Zmarłych w Meksyku [online] http://www.miejsce-pamieci.pl/artykul-33/swieto-zmarlych-w-meksyku.html  

      Jednak tu, gdzie klimat i pompatyczna tradycja nie sprzyja "nabijaniu się ze śmierci" wszystko wygląda inaczej. Sam, aby zapomnieć o tej "podniosłej atmosferze" dzień wcześniej (a przypada to na zapożyczony ze Stanów Halloween) pije tyle, że następnego dnia czuje się jakbym uderzył głową w umywalkę podczas wyskoku. Polska to kraj gdzie Święto Zmarłych to kradzieże z grobów wszystkiego co można ponownie sprzedać, to również raj dla kieszonkowców, którzy rzucają się na wypchane portfele cmentarników. A z bliższej nam płaszczyzny - to ogromne korki i wypadki samochodowe, gdzie wielu pijanych w trupa kierowców zabiera do piekła (lub nieba) siebie i, co najgorsze, innych. 

     Przed cmentarzami festyn - od sprzedawców zniczy po pseudo Indian grających na lutni pana i kupców handlujących słodyczami. Udało mi się to nawet uchwycić w obiektywie mojego telefonu przed cmentarzem bródnowskim gdzie pomagałem cioci w "przedświątecznych przygotowaniach". Z tego co widziałem taki "karnawał" trwa wszędzie.


    Na cmentarzu też trzeba się pokazać, więc po pierwsze każdy zakłada najlepsze ciuchy, a po drugie (już na samym cmentarzu) co majętniejsi budują swoim bliskim zmarłym istne mauzolea-pomniki. Po co? Skoro kogoś się bardzo kochało nie trzeba tym epatować i oznajmiać przez owe pomniki wszystkim "bywalcom cmentarza" jak wygląda nasz stan kieszeni. Zaduma i refleksje na zewnątrz w dużym skrócie. Dobre sobie. Ze Świętem Zmarłych jak ze Świętem Zakochanych - zamiast kultywować pamięć o bliskim przez cały rok, to tylko w tym jednym (dwóch) dniu wszyscy dostają szału i robią wszystko na pokaz. Może kiedyś zmienię zdanie ale wtedy pewnie będę już stałym bywalcem cmentarza, no i mam nadzieje, że po śmierci mnie skremują i nikt nie będzie myślał raz w roku przy grobie "Edgar Czop? Kim on właściwie był?".

Wesołych Świąt ! (tradycją  Dia  de los muertos oczywiście)

niedziela, 30 października 2011

Kultura obrazkowa

     W filmie, który jest dla mnie pewnego rodzaju drogą w wielu aspektach życia ("Fight Club")jest pewna scena, kiedy główny bohater spogląda na reklamę w autobusie, na której jakiś świetnie wyrzeźbiony mężczyzna reklamuje gacie marki Gucci. Pada wtedy ważne zdanie: "Samodoskonalenie to masturbacja, ale autodestrukcja...". Do dziś odkrywam w tym bardzo wiele prawdy i ciągle zastanawia mnie jak bardzo można się okłamywać i tworzyć nierealną wizję samego siebie, tylko po to aby pompować własne ego. Jednak samodoskonalenie nie jest samo w sobie czymś złym, jeżeli doskonalimy się w sztuce, która pomoże nam osiągnąć nasz życiowy cel, czy szczęście - to jest ok. Jeżeli doskonalimy się, aby wprowadzać ważne zmiany społeczne, kształtować swoją historię i rozwijać się intelektualnie to też jest ok. Jak zresztą stwierdził wielki podróżnik Marek Kamiński "Człowiek jest tym co daje innym". Popieram go w tym całym sercem, lecz jeżeli samodoskonalimy tylko naszą "skorupę zewnętrzną" (ciało/wygląd) dla samego samodoskonalenia  i podbicia "siebie w oczach innych" wpadamy w ciemną, konsumpcyjną, egoistyczną dupę. Spójrzmy jednak na to z innej strony.

     Bardzo wiele lat temu, kiedy nie było jeszcze internetu, telewizji, a nawet radia, czy telegrafu (tak były takie czasy). Komunikacja elity z odbiorcami ich przekazów wyglądała zupełnie inaczej. Weźmy na przykład przedstawianą w książce N. Postmana dyskusję sędziego Stephena A. Douglasa z Abrahamem Lincolnem. Co prawda biorąc za nakładkę jedną z cech współczesności, czyli szybkość, prezentowaną de facto przez B. Barbera w książce "Skonsumowani", moglibyśmy odkryć, że rozmowa dwóch wyżej wymienionych panów, (która trwała ok 5-6 godzin) mogła być dla większości z nas (obecnie) nieciekawa, lub co raczej prawdopodobniejsze, niezrozumiała. Jednak nie analizuję tutaj całej "otoczki" owego przekazu, a skupiam się na walorach treści, poziomie i stylu języka. W tamtych czasach (jakieś 150 lat temu) słowo pisane podczas dyskusji było "przenoszone" na słowo wypowiedziane (nie spłycano przekazu i nie lekceważono słuchacza), co powodowało nie tylko umysłowe zaangażowanie odbiorcy i jego wrażenia estetyczne, ale również podnosiło poziom przekazu.

Ale po co o tym piszę? Piszę dlatego, że jestem zniesmaczony szybkością dzisiaj i galopem jutra, zarówno w sferze społecznej jak i w kwestii przekazu medialnego.

     Coraz mniej miejsca w moim życiu (i zakładam, że w twoim również, drogi czytelniku) zajmują długie książki naukowe, czy artykuły, przy lekturze których trzeba wyłączyć wszystko co zakłóca naszą uwagę i "wtopić się" w tekst (używają oczywiście całej naszej percepcji do analizy przekazu). Treści podawane nam przez media to papka,  kultura obrazów, a może nawet obrazków. Cały przekaz został dawno zniekształcony przez szybkość przepływu informacji - wiemy dziś wszystko i nic. Globalna wioska McLuhana spowodowała, że poprzez wpływy nowego medium (internetu) i informacji w formie instant (w internecie - wszystkie portale, w TV - tzw. "sound bites" i paski informacyjne) nie musimy już praktycznie myśleć, a czasami też i czytać, bo speaker opisuje nam wszystko (pomijając poziom przekazu) posiłkując się obrazami. Nie krytykuje jednak wszystkich mediów i nie krytykuje ich za wszystko co robią. Choć coraz bardziej przychylam się do tezy z "Zabawić się na śmierć" Postmana, że telewizja spłyciła naszą komunikację.

      Kolejnym wartym uwagi jest komentarz wybitnego reżysera Davida Cronenberga (reżyser filmów m.in. "Mucha", "Nagi Lunch", obecnie "Niebezpieczna Metoda"), który w wywiadzie z Krzysztofem Kwiatkowskim dla Newsweeka stwierdza: "Dziś na ekranach telewizorów rozpanoszyli się prymitywni ludzie, zabiegający o władzę, pieniądze i poklask". Jakże trafnie określa to dzisiejszy rynek show-biznesu. Wszyscy w serialach są idealni, w polskich produkcjach nawet nie przeklinają, w zagranicznych wplatają wzorce zachowań i przemycają idee (idea placement), a już dosłownie wszędzie promuje się produkty, wklejone w filmy, bądź seriale (product placement), ale z tym tematem odsyłam do osoby która w swoim artykule ma więcej do powiedzenia -> Product placement i idea placement w sztuce filmowej. 

Pozostaje tylko pytanie - co do cholery z tą misją?

     Jakże łatwiej jest dziś zamiast "konsumowania" książek oglądać obrazki, jak prosto jest czytać (albo patrzeć) o plotkach celebrytów, mając tym samym gdzieś najbliższe otoczenie w sferze publicznej, a dalej społecznej i politycznej. Zamiast pojęcia "idea", czy "misja" lepszy i bardziej kasowy jest oczywiście "skandal" (albo "SKANDAL!"), a mistrzostwem będzie jeżeli będzie on oscylował wokół pojęć: seks, przemoc, celebryci, czy polityka. 

     Cytat z filmu "Fight Club" pokazuje na co obecnie nas stać, już nie jako obywateli a konsumentów. To zaledwie kształtowanie powierzchni, a nie wnętrza. Nie mówię, jednak że dobry wygląd, czy stylowe ubrania są złe! Jednak we wszystkim co robimy jest pewna granica, która poprzez politykę globalnych marek dawno została przekroczona. Potrzeby zawsze można sztucznie wytworzyć. Mamy obecnie "needs" i "wants". Do pierwszej kategorii zaliczamy "niezbędniki" funkcjonowania, które zaspokajają podstawowe potrzeby: jedzenie, schronienie (mieszkanie) i ubrania itp. Do "wants'ów" należą rzeczy, które możemy mieć, ale bez których świetnie będziemy funkcjonować. Problem tkwi w tym, że spece od reklamy potrafią nam zamącić w głowach i sprawić, że na prawdę usłyszymy syreni śpiew od usług, czy produktów, na które patrzymy (świadomie, lub nie) w reklamach, czy witrynach sklepów - psychologia kognitywna dopiero teraz ma swój czas. Autosugestia i subtelność reklamy sugerującej mówi nam, że dane ubrania (pomimo ich tańszych/mniej stylowych) będą na nas świetnie leżały, a nowy samochód będzie przyjacielem na lata. Czy książek i ambitnych treści już nie można pokochać? Czy nie możliwe jest romansowanie z inteligentnymi przekazami w dobie utraty chęci do czegokolwiek i społecznego marazmu? Nie wiem. Jakie to straszne.

środa, 26 października 2011

Polityka odsuwania

     Witajcie moi drodzy. Już nie będę pisał o Moskwie, no chyba, że kiedyś w przyszłości zagoszczę tam raz jeszcze i przeżyję odmienne doświadczenia, które będę mógł ponownie opisać. Skieruję teraz uwage na scenę polityki krajowej, na której ostatnio dzieje się bardzo, bardzo wiele ciekawych roszad politycznych (albo takowe roszady się zapowiada).
     Mam wrażenie, że rozpoczęta została "polityka odsuwania", choć funkcjonowała w różnych formach od zawsze (i w każdej partii), to teraz mam wrażenie, że nasilenie działań zmierzających do pozbycia się członków poszczególnych ugrupowań przeżywa swoje apogeum. Z przeszłości wszyscy paniętamy czystki zarówno w PO po aferze hazardowej jak i przed nią, oraz wywalenie Olechowskiego, Piskorskiego, czy Rokity. W PiS scheda rozpoczęła się po wyborach prezydenckich (porażce dla ugrupowania Kaczyńskiego) i tym samym odejścia bardzo wielu polityków o poglądach "bardziej" liberalnych. Niestety dla tych ostatnich,  ich klęska widoczna byłą w ostatnich wyborach, choć nomen omen znaleźli się tam ludzie od technik wizerunku i PR (mowa oczywiście o PJN). Czyżby nie potrafili działać na innym polu, a może to kwestia tego, że nie mają (nie trafili do) swojego elektoratu, a teraz zostali pozbawieni również jakichkolwiek dopłat państwowych. Wcześniej zmiany nastąpiły również w SLD, gdzie do szczytu struktur partyjnych dopuszczeni zostali młodzi (Olejniczak i Napieralski), którzy również w spektakularnym stylu stracili swoją szansę. Ciekawe przypadki to: partia "catch all", czyli Ruch Poparcia Palikota, ze znakomitym debiutem 10,1 % (jakkolwiek nie oceniać ideologicznie tej partii, drogi czytelniku, debiut mieli wyborny), oraz PSL, w roli odwiecznego koalicjanta i partii bez żadnych skandali i roszad.

     No to teraz się trochę pozmienia. Po samym szkoleniu dla posłów-elektów można było zauważyć, kto pretenduje do jakiej roli w naszym pięknym Sejmie. Tomasz Kaczmarek (kto go wybrał ?!) pokazuje swoje prawdziwe oblicze młodego wilczka PiS i na dzień dobry unika kamer, a do reporterów TVN mówi "słabe logo" i z charakterystyczną butą dla anty ITI'owców odchodzi. Przeciwnie zachowują się członkowie RPP - Robert Biedroń (ciekawe czy już doczytał o konwencie seniorów) i Anna Grodzka. Oboje czują się uradowani zainteresowaniem mediów wokół ich osoby - czy to przez ich nietypowość, czy też przez to co wnieść mogą do ciała legislatywy - sam nie wiem.
     Premier Tusk zaplanował powołanie nowego rządu na czas po prezydencji Polski w Radzie UE, moim zdaniem pomysł trafny (unikniemy losu "państw z perturbacjami wewnętrznymi" podczas prezydencji) prestiż na arenie międzynarodowej to przecież cenna zdobycz. Co poniektórzy konstytucjonaliści sądzą jednak inaczej. Schetyna ukazywany jest teraz jako polityk odsunięty przez Tuska ze względu na "tendencje przywódcze"(samotna gra w piłkę), nową miłością premiera staje się Ewa Kopacz, która jak zauważyły media, ma być nową marszałek sejmu. I zapewne tak się stanie, gdyż Tusk ma u niej dług za pomoc jaką włożyła minister zdrowia w ratowanie siostry Tuska tuż po wylewie. Dalej zmiany w PiS - Kaczyński ,co już jest regułą, z poparciem Błaszczaka debatuje nad odsunięciem (wywaleniem na zbity pysk) Zbigniewa Ziobry za nieprzychylne, aczkolwiek prawdziwe komentarze w sprawie porażki wyborczej. Czy Ziobro nie nauczył się jeszcze, że racja jest tylko po stronie Prezesa? Niema się jednak co bać - Zbigniew ma jeszcze brata, który dostał się do Sejmu, więc trzeba będzie się tylko od nowa przyzwyczaić do twarzy. A po stronie lewej: Napieralski sam odsuwa się od władzy czując powyborczą klęskę. Następuje koniec "ery młodych" i do łask ponownie wraca premier Leszek Miller. Jest tak głodny nowości i władzy, że zjada z Tuskiem śniadanie, omawiając równocześnie opcje współpracy SLD-PO i strasząc (funkcja ukryta) PSL, tym że  nie tylko ludowcy mogą być ukochanym koalicjantem ex post. Ruch Poparcia płynie jeszcze na laurach trzeciego miejsca w wyborach parlamentarnych, ale pytania "jak długo" i "co dalej" coraz bardziej uwidocznią się w kolejnych miesiącach. Trzeba będzie się wtedy zastanowić, czy dąży się w stronę "miejskiej Samoobrony", czy zapateryzmu. Niemniej jednak - tu moje osobiste wtrącenie - Janusz porusza po raz kolejny niewygodny dla polityków temat marihuany, naświetlając go również dla mediów poprzez działaczy Inicjatywy Wolne Konopie, współpracujących z RPP (mieli oni również szkolenie informacyjne dla posłów RPP dot. samych konopi i kwestii prawnych, czyli posiadania i depenalizacji). Poparcie dla depenalizacji i tym samym więzienia młodych ludzi za śmieszne ilości marii (co jest niebywałą hipokryzją w stosunku do tolerancji dla alkoholu w Polsce) udzieliło jak na razie 40 posłów, a to troszkę za mało, żeby sprawa ruszyła na dobre.
Można się spytać co w PSL. Ano u ludowców bez zmian - spokój, stabilność i można by powiedzieć wiejska sielanka. Pawlak jest praktycznie pewny koalicji, a kto miał do Sejmu z list wejść ten wszedł.

wtorek, 25 października 2011

Moskwa, Moskwa, Moskwa... cz. IV (ostatnia) - Rosyjska Duma, MGIMO,Centrum Informacyjne NATO


Jakież to były męczące dni, a wydawało mi się, że po każdej trwającej kilkanaście a nie kilka godzin atrakcji dnia, będziemy mogli (ja i grupa oczywiście) odpocząć, mieć wolny czas, czy przynajmniej się porządnie napić, lub wyspać. Nic z tych rzeczy. Przedostatni i ostatni dzień w Moskwie okazały się prawdziwym maratonem.
Pobudka standardowo o 6:20 i dalej ten sam rytuał. Tym razem "dzień zwiedzania" i zadawania pytań/komentowania. Jako pierwsza odwiedzona przez nas została Rosyjska Duma a dokładniej Duma Państwowa Federacji Rosyjskiej (ros. Государственная Дума Российской Федерации), czyli izba niższa rosyjskiego parlamentu. 

A działo się tam, muszę przyznać, wiele ciekawego. Zostaliśmy oprowadzeni po całym budynku, gdzie (ku mojemu zaciekawieniu) przewodniczka opowiedziała nam  o funkcjach wszystkich pomieszczeń znajdujących się w głównej sali obrad, oraz opisała dokładnie rolę każdego z urzędników i posłów, którzy tam zasiadają. Muszę wspomnieć, że towarzyszył nam wtedy tłumacz doskonale znający język angielski, więc tłumaczenie odbywało się z angielskiego na rosyjski i odwrotnie (w zależności od sytuacji) co pozwoliło uniknąć nam obciążenia naszej grupowej tłumaczki Sabiny translacją politycznego żargonu. Co więcej, spotkaliśmy się w pokoju konferencyjnym (pomieszczenie z wielkim stołem i wygodnymi fotelami, dodatkowo przed każdym mikrofon, kawa/herbata i zestaw "souvenirów parlamentarnych") z wieloma osobami ze świata polityki i biznesu: reprezentantem młodych polityków działających w sejmie rosyjskim (ten "młodzieniec" mógłby grać we Władcy Pierścieni jakąś poboczną rolę sił Mordoru), kilkoma parlamentarzystami, reprezentantem świata gospodarczego w strukturach politycznych, senator Larisą Ponomerevą, będącą wiceprzewodniczącą Polsko-Rosyjskiego Forum Regionów (bardzo miłą i otwarta kobieta), senatorem, którego nazwiska niestety nie pamiętam, lecz wiem, że to człowiek odpowiedzialny za kontakty z Polską i polskim Senatem (znający byłego marszałka Senatu RP Bogdanem Borusewiczem) i do tego bardzo elokwentny i miły (wspominał o konieczności budowania mostów między naszymi państwami już na szczeblu akademickim ).

Po krótkich wypowiedziach co poniektórych reprezentantów strony rosyjskiej i po tym jak powiedziałem kilka zdań do wszystkich zebranych w ramach komentarza (a muszę przyznać, że całkiem ładnie powiedziałem), udaliśmy się zjeść nasz diner, odebrać kurtki i ruszaj dalej w Moskwę.
Nasz busik zawiózł nas do Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych (czyli MGIMO), jest to rodzaj szkoły wyższej, w której studenci pogłębiają wiedzę na temat stricte stosunków międzynarodowych, choć płaszczyzny tej dyscypliny wykładanej w MGIMO są szerokie - prawo, administracja, ekonomia - wszystko rozdzielone na takie działy, lecz o wspólnym mianowniku. Ten wielki instytut, urządzony w stylu brukselskiego parlamentu i innych instytucji UE, pokazał mi ile można zmieścić rozmaitych sal, pokoi i auli w przestronnym budynku. Załapaliśmy się nawet na wystawę sztuki dot. dzieciństwa w różnych częściach świata. 
W MGIMO zwiedziliśmy też bibliotekę, która posiadała książki których pochodzenie sięgało nawet XIV wieku (wszystkie książki do 1914 określone były jako zabytkowe, czy jakoś tak). W instytucie wymieniliśmy parę zdań z pracującym tam (i nie tylko, bo również w Brukseli) profesorem z Polski, który przybliżył nam warunki i meandry współpracy bilateralnej na poziomie akademickim. O godzinie 15.00 mieliśmy umówione spotkanie z Artem Malgin doradcą rektora i szefem katedry, oraz głównym sekretarzem Polsko-Rosyjskiej grupy do spraw trudnych. Ten profesor nauczył się języka polskiego, którym władał niespodziewanie zręcznie,  od swojej żony, która jest Polką. Z prof. Malginem rozmawialiśmy na wiele tematów, pytaliśmy m.in. o współpracę studencką w ramach wymiany bilateralnej i inne kwestie związane z kooperacją międzynarodową, sam zaś spytałem (trochę z innej beczki) co uważa na temat Putina jako  prezydenta, który ponownie zamieni się stanowiskami z Miedwiediewem i planowanych zmian w prawie rosyjskim (w konstytucji), które miałoby umożliwić Putinowi nieograniczoną reelekcję.  Pan Malgini zdementował plotki o zmianie prawa, przy czym stwierdził, że Putin to dobry kandydat na stanowisko prezydenta, co miał okazję pokazać podczas swojej kadencji, podkreślił przy tym stabilizację i rozwój stosunków Polska-Rosja za czasów administracji byłego/przyszłego prezydenta. Jednak po uzyskanej odpowiedzi ciągle w głowie huczało mi słowo "Nord Stream" i nie byłem taki pewien co do pomyślności "naszej" współpracy w ramach usytuowania nowo powstałego rurociągu. No ale czas naglił i nie było czasu do dalszej dysputy. Trzeba było się "wypaszportować" przy wejściu i jechać dalej.
Na 17.00 mięliśmy zaklepaną wizytę w Centrum Informacyjnym NATO w Moskwie. Po którymś-tam-z-kolei pokazaniu paszportów na wejściu dostaliśmy się do środka biura informacyjnego Sojuszu, gdzie przywitał nas Robert Pszczel nomen omen kolejny Polak, który piastował znaczącą funkcję w Moskwie (kliknij na nazwisk, drogi czytelniku, aby dowiedzieć się więcej). Pan Pszczel wraz ze swoim kolegą z korpusu militarnego NATO (również Polak!), którego nazwiska i stopnia nie zapamiętałem, pokrótce opisali nam jak wygląda ich praca, lecz spotkanie z nimi opierało się głównie na zadawaniu przez nas pytań. Sam zapytałem o współpracę NATO-Rosja w Afganistanie, gdyż byłem ciekać jak wygląda taka kooperacja od strony technicznej. Moje drugie pytanie dotyczyło kwestii czy zwycięstwo w Afganistanie jest w ogóle możliwe, czy też ten kraj skończy jak Wietnam w 1975 po opuszczeniu go przez ostatnie wojska USA. Muszę przyznać, że odpowiedzi na oba pytania były naprawdę satysfakcjonujące. Po zadaniu pytań przez wszystkich z grupy i wysłuchaniu odpowiedzi, mogliśmy się zbierać do hotelu, aby spędzić tam ostatnią noc.

W drodze powrotnej utknęliśmy na 3 godziny w korku, bo akurat na nasz powrót przypadła  wieczorna godzina zakorkowania Moskwy. Nasz dziarski kierowca podczas wszystkich naszych przejazdów puszczał nam filmy z rosyjskim dubbingiem albo muzykę, ale w drodze powrotnej tamtego dnia było inaczej. Przystanęliśmy przy sklepie, aby zrobić duże zakupy spożywczo-alkoholowe, bo większość z nas umierała z głodu (była godzina 21 z minutami a od 12 nic nie jedliśmy - taki zapieprz). Zrobiliśmy więc zakupy życia (sam wydałem ok 700 rubli na spożywkę) w przydrożnym markecie, władowaliśmy się do naszego mercedesa i otworzyliśmy pierwszą butelkę wódy. Posypały się toasty i podziękowania i w takiej też atmosferze wróciliśmy do hotelu. Mnie zaczęło poważnie męczyć przeziębienie i po całym dniu czułem się jak rozjechany jeż, więc wieczornemu piciu (uwaga, uwaga) powiedziałem "nie". Gdy tylko przyjechaliśmy do hotelu zmęczony jak nigdy w życiu (nie licząc historii, w której w lecie przebiegłem dystans 15 kilometrów) padłem na łóżko i zasnąłem.
Cały następny dzień, czyli wizyta w RIA Novosti opisana jest w formie video w "prequelu" mojej serii o Moskwie, więc nie będe poświęcał jej już więcej miejsca. 

***

Po wizycie w RIA Novosti z zapakowanym wcześniej bagażem (ja dodatkowo z przeziębieniem) ruszyliśmy w stronę Placu Czerwonego, gdzie bardzo hojnie obdarowano nas półtoragodzinną przerwą na rekreację. W tym czasie praktycznie w biegu pokupowałem pamiątki dla wszystkich członków rodziny i nie tylko. Warto abym powiedział, ze owe półtorej godziny było naszym jedynym wolnym czasem podczas całego seminarium. Po "przerwie" udaliśmy się naszym pojazdem na lotnisko, skąd po ostatnich zakupach na bezcłówce wróciliśmy w dwie godzinki samolotem Aeroflotu do Polszy. 
Jeżeli ktoś mnie zapyta "Jak było w Moskwie?" odpowiem, że niesamowicie męcząco, ale naprawdę nie żałuję ani jednej zabieganej chwili, którą tam spędziłem. A wiesz, drogi czytelniku dlaczego? Bo świat i nowe państwa należy odkrawać póki się ma na to czas, siły i kasę. Z tym ostatnim trochę u mnie gorzej, ale przecież trzeba jakoś kombinować, a najważniejsze jest to, że doświadczenie i wspomnienia jakie zdobyłem w Rosji są dla mnie bezcenne i wcale nie żałuje pieniędzy, które wydałem na bilety lotnicze. To tyle. Czyżby nadeszła teraz pora na Berlin?

niedziela, 23 października 2011

Moskwa, Moskwa, Moskwa... cz.III - nasz czas

     Chyba raczej wtedy się nie wyspałem, bo po sprawdzeniu poczty na netbook'u i wypiciu kilku szklanek alkoholu zapadłem w płytki sen, który przerwała mi Sabina chłodnym "wstawaj". Już miałem ją opieprzyć za budzenie mnie w środku nocy, kiedy zdałem sobie sprawę, że jest 6:20 następnego dnia i  naprawdę pora wstawać. Priorytety: Ogarnąć się + wskoczyć w garnitur i zabrać dokumenty do panelu + śniadanie = wyjazd naszym busem do Wyższej Szkoły Ekonomicznej (National Reserch University - Higher School of Economics). Mieliśmy być na 9.00 stąd konieczność wyjazdu tak wcześnie jak się da, aby nie wpaść w poranne korki, które bezsprzecznie rozpieprzyły by nam misterny grafik.
     Wszyscy z naszej grupy odpicowani na miarę poważnej konferencji, niewyspani że hej i troszkę zdezorientowani. Przybywamy na miejsce, szkoła ładna, dużo studentów. Tym co zdziwiło mnie na samym wstępie były bramki przy wejściu, które obstawiał ochroniarz! Dokładnie tak drogi czytelniku, całą nasza grupa musiała się wylegitymować paszportem przy dokładnym sprawdzeniu naszej tożsamości przez strażnika. Nie wierzyli nam czy jak? Powinienem dodać na samym początku, że był to najważniejszy dzień naszego wyjazdu bowiem w tym dniu przedstawialiśmy nasze referaty i poddawaliśmy tematy  dwustronnej dyskusji. W rozmowach uczestniczyła całą nasza grupa z Collegium Civitas oraz nasi współpaneliści z Rosji (Creative Diplomacy) i nie tylko, bo był też delegat Komisji Europejskiej w Moskwie z Finladni pan Yani Taivalantti.
      Zanim jednak dotarliśmy do sali mnie złapało ogromne ciśnienie w kichach, którego rozładowanie możliwe było jedynie w toalecie (czymś się strułem czy jak?). Pognałem więc co sił w nogach jako pierwszy wpuszczony po kontroli paszportu szukać kibelka. Dobrze, że w budynku ktoś mówił po angielski, bo kiedy zapytałem się pierwszy raz o WC zostałem skierowany do damskiego (męski był kilka korytarzy dalej), było ciężko, ale się udało. Kończąc jednak ten gastryczny problem. Po odczekaniu 20 minut w szkolnym bufecie (byliśmy troszkę za wcześnie) wszyscy udaliśmy się do sali konferencyjnej. Ładna, duża sala z dwoma bardzo długimi stołami wyposażona byłą w specjalny pokój dla tłumaczy, którzy siedzieli w pokoju "za szybą" oraz telewizory, w których wyświetlała się osoba w danej chwili zabierająca głos (sprytne). Przed każdym znajdował się zestaw powitalny (papeteria), oraz mikrofon i słuchawki do odsłuch tłumaczenia, tabliczki z naszymi imionami i nazwiskami umieszczone zostały później, kiedy wszyscy zajęli miejsca przy stołach. Warto dodać, że językiem całego wyjazdu był angielski, a sam panel tłumaczony był z polskiego na rosyjski i odwrotnie (tłumaczenie symultaniczne). 
     Zarówno nasza grupa jak i przedstawiciele strony rosyjskiej poruszała te same tematy (tj. jeden temat obsadzony był zarówno przez Polaków i Rosjan - aby omówić problem z dwóch perspektyw). Co zabawne Rosjanie "wystawili" dosłownie specjalistów w danej dziedzinie (spojrzyj na plan drogi czytelniku), kiedy przy nazwiskach naszych speakerów była tylko nazwa uczelni. Jednak muszę powiedzieć, że świetnie daliśmy sobie radę! Niemniej jednak, chyba gadałem za szybko, bo z tego co dowiedziałem się od Sabiny, (która na jedno ucho słuchała mnie a na drugie tłumaczeni na rosyjski) tłumaczka poddała się w translacji i przez ok 15 sekund strona rosyjska słyszała w słuchawkach ciszę, zamiast mojego wywodu. Trochę ze mnie hipokryta, bo wspomniałem na początku swojej prezentacji, że będę mówił wolno i wyraźnie, aby tłumacze nie mieli problemów. Bez wątpienia dałem na tej płaszczyźnie ciała...
     Na zakończenie, po obopólnych podziękowaniach i zapewnieniach dalszej współpracy (bo TAK ,jest  jeszcze bardzo wiele kwestii do przegadania, a konferencja trwać mogła ze 2 godziny ponad ustalony czas) udaliśmy się na lampkę wina i zimne przekąski. W moim przypadku skończyło się to na wydudnieniu 11 lampek wina i pochłonięciu góry koreczków serowych (po takich wystąpieniach zawsze czuje wewnętrzne ssanie). Przez jakiś czas rozmawialiśmy jeszcze z naszymi rosyjskimi panelistami i nie tylko, wymieniając uwagi na temat przebiegu panelu i całkiem przyziemnych spraw i muszę wam powiedzieć, że to całkiem sympatyczni i inteligentni ludzie. Polak, Rusek dwa bratanki.



     Po pożegnaniu zebraliśmy nasze zmęczone tyłki do mercedesa i pojechaliśmy na kolejny etap naszego dnia - Russian Evening. Muszę wam powiedzieć, że Rosyjski Wieczór spodobał mi się najbardziej. O co w nim chodziło? Już wyjaśniam. Myślałem z początku, że będziemy łoić wódę szklankami i jeść tłuste potrawy, ale na szczęście dla naszych organizmów nic takiego nie miało miejsca. Udaliśmy się do moskiewskiej piwnicy, gdzie pewien mężczyzna zabrał nas w świat ekojedzenia i walonków (oraz innego rosyjskiego rękodzieła). W piwnicy wyrabiano bowiem najróżniejszego rodzaju walonki (męskie, damskie, krótkie, długie, pięknie zdobione, tradycyjne, z podeszwą i bez niej, na deszcz i śniegi etc. etc.), które zajmowały kilka pomieszczeń całej piwnicy, oprócz tradycyjnych butów (które można było kupić za ok. 15000 rubli za parę = 1500 zł) można było zakupić różnego rodzaju zioła, przyprawy, przeciery i powidła, czapki, koszule, figurki, lalki, elementy pościeli itp. (nie mieli gandzi - pytałem). Zostaliśmy tam poczęstowani pasztetem z soczewicy, pasztetem z grochu, nalewką ze świerku (w wielkiej 4 litrowej, szklanej butli!), ekociasteczkami i czekoladkami, chlebem bez jakichkolwiek przypraw i zakwasu, herbatą której esencja przypominała wszystko co można znaleźć na polu (taki troszkę rozpleciony wianuszek), a co poniektórzy spróbowali nawet bimbru na bazie chrzanu i miodu (mi się nie udało, bo oglądałem w tym czasie walonki...). W skrócie - w samej piwnicy było tyle chałupniczych dzieł, że prawie dostałem oczopląsu, a jedzenie którego próbowałem na długo pozostanie w mojej głowie. 

     Ciekawa historia z samym właścicielem, ten niewysoki, około czterdziestoletni mężczyzna uznał, że praktycznie ze wszystkiego można wytworzyć jedzenie i nie ma czegoś takiego jak problem głodu (dał naprawdę ciekawe argumenty!). Sam, jak stwierdził, przed 1999 rokiem przygotowywał się na koniec świata i chciał sprawdzić, czy samodzielnie będzie w stanie wytworzyć wszystko co potrzebne do życia z jedzeniem włącznie - stąd cały "interes". Dziś właściciel nie wierzy już w koniec świata. Rzuć okiem na zdjęcia mój drogi czytelniku, gdyż ze względu na morze wina które pochłonąłem nie jestem w stanie przybliżyć wszystkich szczegółów tamtej chwili, ale jedno wiem na pewno - było niesamowicie inaczej od tego co działo się przed i po wizycie w owej piwnicy. Aha, zapomniałbym dodać, że w Moskwie nie ma już karaluchów, bo z tego co mówił "ekoproducent", wytępiła je telefonia komórkowa (fale, które wytwarzają nadajniki i telefony), a to tylko jedna z wielu bardzo ciekawych historii, które nam opowiedział.
     Kiedy już wszystko usłyszeliśmy, a każdy kto miał taką potrzebę zakupił suweniry, udaliśmy się do naszego busa i wróciliśmy do hotelu zmordowani jak nigdy. Ty razem nie mieliśmy nawet siły pić, więc po zdjęciu pancerza garnituru i pożegnaniu się z grupą poszedłem spać. A muszę przyznać że zapierdol tego dnia był znojny.
CDN.

piątek, 21 października 2011

Moskwa, Moskwa, Moskwa... cz.II - wysublimowany chaos

     Kiedy już wstałem z piętrowego łóżka po męczącym śnie w duchocie hostelowego pokoju zobaczyłem, że pokój od dawna tętni życiem. Nie zdawałem sobie sprawy, że to był mój najpóźniej rozpoczęty dzień w trakcie całego zabieganego wyjazdu.

     Moskwa za dnia wyglądała zupełnie inaczej. Ulice, które w nocy nie emanowały swoją wielkością, po rzuceniu na nie promieni leniwego, niedzielnego słońca prezentowały się w pełnej krasie. Nie muszę chyba dodawać, że wszystko w Moskwie jest wielkie i monumentalne, tak jakby ktoś planując całe miasto chciał przytłoczyć ogromem budynków pojedynczą jednostkę ludzką, sprawić, że będzie czuła pokorę przed miastem i jego autorytetami.
Wielopasmowe ulice przystosowane do tysięcy samochodów w niedziele rano wydawały się bezludne, choć miasto ciągle tętniło życiem na swój sposób. Musieliśmy szybko zabrać graty i udać się do hotelu oddalonego o kilka kilometrów od pierwszego miejsca naszego noclegu. Najciekawsze było to, że nikt chyba dokładnie nie wiedział jak tam dojechać, więc zapakowawszy walichy powiedzieliśmy "Bye" właścicielowi przybytku i udaliśmy się w kierunku hotelu Maxima Zarya.
     Odnaleźliśmy na mapce stację metra, na której mamy wysiąść i zeszliśmy do podziemi Moskwy, gdzie jak zauważyłem, znajduje się drugie miejsce największego tłoku (pierwsze to ulice). Wielopoziomowe i posiadające ponad sto stacji metro potrafi przyprawić o zawrót głowy, warto tu wspomnieć że jest to drugie najstarsze metro na świecie (pierwsze znajduje się w Budapeszcie, trzecie w Londynie). Szkoda, że nasza warszawska nitka w porównaniu praktycznie do każdego metra na świecie prezentuje się żałośnie.W każdym razie po zakupieniu biletów, które przypominały wizytówki i prześlizgnięciu się przez bramki podobne do boksów startowych dla psów, które biorą udział w gonitwach, znaleźliśmy się na stacji metra.



     

     Ciekawa sprawa z tą Moskwą, wszystko co zostało wybudowane i znajduje się na/przy ulicy jest albo szare (świecące setkami barw w nocy), albo przypominające mieszkańcom o jakimś ważnym wydarzeniu bądź znamienitej postaci. Idąc tym tropem, miałem okazję zobaczyć kilka z "pierwowzorów" Warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki, czyli kilka z 7 Sióstr Stalina , pomnik Krzysztofa Kolumba na rzece Moskwa, monumenty upamiętniające walki lat 1941-45, rzeźbę Marksa trzymającego slogan o "proletariacie wszystkich krajów", dziesiątki barwnych cerkwi, wielkie bramy z misternymi zdobieniami, oraz dziesiątki innych patriotycznie ważnych (dla Rosjan) postumentów i miejsc.

     Wracając jednak do naszej wycieczki metrem. Po kilku perturbacjach związanych ze zgubieniem drogi w metrze i dopytywaniem się jak dojść do naszego hotelu wreszcie mogliśmy przywitać się z ostatnią, trzecią częścią naszej grupy i się zorganizować na resztę dnia. Spóźniliśmy się zaledwie 45 minut (w hotelu mieliśmy być na 13:00), więc wiatr wiał w nasze żagle.

     Szybki prysznic, przebrać się, przywitanie z przewodnikami z Moskwy, wsiadamy do busa, który będzie naszym przyjacielem w podróżowaniu przez miasto. Niedziela - dzień muzeów, zdjęcia przed Placem Czerwonym, dalej Centralne Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, zdjęcia na wielkim placu, gdzie każdy metr ma jakieś znaczenie, dalej Państwowe Muzeum Historyczne. Przewodnik mówi z ciekawym akcentem,  historia przedstawiona inaczej, wszystko wielkie podniosłe i stare - patos, zaduma, szacunek do historii, tego oczekują od nas Rosjanie, my znamy inną historię, gdzie Stalin miał też drugie oblicze. W muzeach sprzedają podobizny Stalina i Lenina i tysiące innych historycznych gadżetów. Coś mi tu nie pasuje. Czuje że kręci mi się w głowie od biegu w napiętym grafiku.

     Po tym jak nogi zaczęły nam wszystkim wchodzić w tyłek, znaleźliśmy trochę czasu, żeby coś zjeść. W hotelach i na spotkaniach fusion cuisine, czyli nie-bardzo-narodowe-jedzenie, ale za to bardzo smaczne i uniwersalne - trzy posiłki i podwieczorek (ze zmęczenia nie zawsze wszystko zjadam). Ładujemy baterie i lecimy dalej, w programie ostatni punkt: wycieczka busem po Moskwie nocą + elementy wychodzenia z naszego środka transportu. Na placu "gdzie widok jest najlepszy na świecie" przewiało mi wszystkie kości, aparat nie łapie ostrości, a my coraz bardziej zmęczeni. Przyjeżdżamy do hotelu o 22 z minutami, godzina lub dwie na odpoczynek przed snem z zakupioną whiskey. Nie mamy sił pić, więc zostaje 1/4 butelki, mówię dobranoc wszystkim, zakładam słuchawki na uszy i zapadam w płytki sen, który skończy się pobudką kilka minut po szóstej. Co gorsza tak będzie aż do wyjazdu ze stolicy Moskwy.

CDN.