Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

czwartek, 20 października 2011

Moskwa, Moskwa, Moskwa... cz. I - początek

Świat jest otwarty. Bariery w przemieszczaniu się i podróżowaniu są tworzone tylko i wyłącznie przez ludzi.  Do "hamulców" zwiedzania skurczonego świata zaliczyć możemy ceny biletów, oraz koszty (każde inne) przekroczenia granic, lub dystansu. Po uiszczeniu kosztów przebycia dystansu (w moim przypadku samolot, pociągu i innych środków komunikacji wewnątrzmiejskiej) postanowiłem odwiedzić Moskwę - serce Rosji, nieodżałowanego sąsiada Polski. Gdyż jak na razie wszystkie wyjazdy kierowałem w stronę zachodniej hemisfery.

Samo przygotowanie do wyjazdu nie było proste, działając zasadą "coś za coś" musiałem poświęcić opłatę za dwa miesiące studiów (zadłużając się tym samym u siostry), które chomikowałem z zeszłego stypendium, na rzecz biletów i kieszonkowego do Moskwy. Warto jednak było, mój drogi czytelniku. Niestety jak to w każdej podróży bywa, również i w "wycieczce" na seminarium naukowe (organizowane przez Collegium Civitas, czyli uczelnie mojego drugiego kierunku i PICREADY Creative Diplomacy ze strony Rosyjskiej) w Moskwie łatwo zebrać się nie było. Zmieniały się bowiem ciągle kwestie organizacyjne, dotyczące wiz, środków dojazdu i odjazdu, składu grupy; techniczne, dotyczące kształtu, języka i długości naszych prezentacji; oraz ostatecznie kwestie osobiste, gdyż nie czułem się najlepiej tuż przed wyjazdem i szczerze powiedziawszy miałem dziesiątki innych spraw do załatwienia (standard chaosu). No ale się udało i dopięliśmy wraz z grupą wszystko na ostatni guzik, choć z początku myślałem że nie damy rady. Uznałem wtedy, że synergia sprawia, że niemożliwe staje się możliwe.

Jakby szybciej

Spakowane walizki, wyjeżdżamy Ja i Sabina (tłumaczka "so called"). Nowy terminal, ładny, europejski poziom, "na bogato". Spotykamy tam dwóch znajomych z grupy (Kuba i Konrad) wszyscy gotowi, ostatnie słowa przed odlotem. Ceremonia odprawiania, skan bagażu, skan ciała i ducha przezornego Polaka. Na bezcłówce drobne zakupy, litr whiskey na dzień przylotu, jakieś słodycze, trochę trzeba poczekać na start. Samolot rosyjskiego Aeroflotu, drobny miks z miejscami, lecimy. Rollercoaster mode, flaki do góry, stabilizacja pułapu, serwis daje napój, a dalej jednorazowe posiłki, jednorazowi znajomi  dookoła (oprócz znajomych stałych obok mnie). No i lądujemy i zwalniamy. Dwie godziny lotu - mijają jednak cztery godziny od startu. Dylatacja czasu? Raczej strefa czasowa napędza małego jet laga.

Rozpoczynają się umiejętności Sabiny (choć ogółem angielski też działa - nie zawsze, nie wszędzie) kupujemy bilety na pociąg relacji lotnisko-Dworzec Białoruski (Aeroekspres). Pociąg pusty, atmosfera luzu, czerń dystansu Szeremietiewo - Centrum macha nam zza okien. 

Stop. Nie najlepiej, bo ostatni pociąg, który złapaliśmy ("elektriczka") nie zgrywa się z ostatnim metrem, którym mieliśmy dotrzeć do hostelu, gdzie była reszta naszej grupy. Nocleg hostelowy był konieczny, gdyż wszystko zaczynało się od doby hotelowej w niedziele, a my byliśmy w centrum w sobotę - trzeba było gdzieś przenocować żeby nie zamarznąć ( 1 stopień pana Celcjusza dawał w kość). Taksiarze od lotniska  aż do Dworca Białoruskiego mówią, że już wszystko odjechało i musimy skorzystać z ich usług (tłumaczenie Sabiny) tworząc atmosferę końca komunikacji jako takiej z całą Moskwą. Kuba i Konrad powoli się łamią, ja troszkę mniej. Taksiarz chce 1000 rubli (ok 100zł), mówimy mu żeby się gonił, bo możemy tylko za 500 pojechać (Sabina tłumaczy że jesteśmy z biednego kraju i nie mamy kasy, bla bla bla), on mówi że za mało, to windujemy do 800, on że nie - to my się z nim żegnamy. Odchodzimy, on łapie nas i mówi że ok. Ładujemy walich wsiadamy do nowej-starej Wołgi, w środku wali benzyną.

Jedziemy po ulicach Moskwy, która wita nas neonami, drogimi sklepami, szerokie, sześciopasmowe drogi w jedną i drugą stronę w nocy pozwalają nam się prześlizgnąć bez większych problemów (w tygodniu nawet o tak późnych godzinach drogi są zatkane, ale o tym o wiele później). Jedziemy i jeździmy, wpadamy w boczne uliczki i ostatecznie odnajdujemy hostel "Buddy Bear". Kierowca dostaje bonusa w wysokości 100 rubli (do teraz nie wiem dlaczego), dzwonimy pod nr domofonu wyznaczony w koordynatach, które wydrukowałem wcześniej. Wchodzimy piąte piętro jakiegoś obskurnego budynku. W środku jednak ładnie i ciepło, więc płacimy kasę za jedną noc i rozdzielamy się na pokoje. Do naszej grupy w pokoju dziesięcioosobowym (zostało tam jedno wolne miejsce) dołącza Kuba, ja Sabina i Konrad idziemy do ósemki z jakimiś obcymi ludźmi. W "świetlicy" telewizor nadaje "Hanibala" z ruskim dubbingiem - tragedia (tak we wszystkich filmach). Jest nawet wi-fi więc na Facebooku piszę, że żyje. W sali z telewizorem różne nacje - Rosjanie, Ukraińcy, jacyś Azjaci (Japonia, czy Chiny?) i my - wymiana ciekawych spojrzeń, przyjazna atmosfera. Chcemy rozpijać Whiskey z bezcłowego, właściciel mówi, że nie można. Szkoda, bo alkohol mnie uspokaja czasami. Kończymy więc Cole i spodziewając się fajerwerków dnia następnego, zmęczeni wszystkim co się stało i co ma się stać idziemy spać do swoich pokojów . 

CDN.

środa, 19 października 2011

Zacznijmy od końca (Moskwa, Moskwa, Moskwa...)

Od dziś do wyczerpania tematu, będę pisał o Moskwie, gdyż miałem okazję wizytować to ogromne miasto zwane również drugim NYC w ramach seminarium naukowego z PICREADY Creative Diplomacy i Collegium Civitas. Postaram się złamać wiele stereotypów związanych z tym miastem, a dalej z całą Rosją. Zaczynając od miejsca które odwiedziłem jako ostatnie- stacja telewizyjna RIA Novosti (wielki serwis info-tv), w której gościliśmy na zaproszenie PICREADY. Wersja wideo powinna mówić sama za siebie. Dodam tylko, że jest to ogromna agencja która porównywalna może być sektorowo (nie wielkościowi, bo jest większa) do grupy ITI. 



wtorek, 11 października 2011

Kurz opada

     
     Koniec zawieruchy i obsypywania błotem, a dalej koniec ciszy wyborczej, następnie koniec czekania na wyniki wyborów. Już wszystko wiadomo, sytuacja się wyklarowała, a wyniki  już są wszystkim znane. Nie będę więc pisał, kto zdobył ile procent, oraz jak się zachowywali politycy po usłyszeniu wiadomości o zwycięstwie i przegranej - to wszystko dostępne jest w mainstream-owych gazetach i portalach internetowych. Dla tych ciekawych, wszystko można zobaczyć na stronie Państwowej Komisji Wyborczej . Niezmiernie ciesze się jednak, że partia której nie darze zaufaniem i sympatią (oczywiście mowa o lidze Pana Prezesa) wyborów nie wygrała. Z drugiej strony, pomimo przewidywalnego pierwszego i drugiego miejsca, niezłą niespodzianką jest trójka - Ruch Poparcia Palikota (RPP), który wydarł SLD i innym ugrupowaniom elektorat i zapewnił sobie 10,02 % głosów czyli aż 40 mandatów w Sejmie (dla porównania PSL 28, SLD 27). Świadczy to o wielu rzeczach. Po pierwsze Janusz popłynął na fali swoich haseł i spotkań z wyborcami (z tego co twierdzi polityk, odwiedzone zostało 300 miejsc), po drugie pokazał, że można wejść do Sejmu posiadając kilka miesięcy temu malutkie poparcie i głosić radykalnie reformatorskie slogany. Ciekaw jestem co z tego wyniknie.
     Najbardziej (nie licząc PiS) przegrał SLD, co będzie zapewne impulsem do zmiany przewodniczącego partii, a dalej może przeformowania całej strategii ugrupowania politycznego - w skrócie "Grzesiu, nie wyszło", PSL was przebiło o jeden mandat. Skrzydeł nie rozwinęli również secesjoniści z PiS, czyli PJN'owcy (w tym mój kolega z liceum), którzy po zdobyciu 2,19 % głosów nie otrzymają zarówno mandatów w Sejmie (próg zaporowy 5 % dal partii) jak i dotacji z budżetu państwa (wymagane jest zdobycie 3 % ważnych głosów).
     Sporo będzie nowych twarzy w naszym Sejmie - no i bardzo dobrze. Cieszy mnie fakt, że szanse otrzymali ludzie nie zawsze tolerowani przez polskie społeczeństwo, bądź przez nie zazwyczaj zapomniani. Mowa tutaj o transseksualnej Annie Grodzkiej (RPP), która zdobyła tytuł pierwszej osoby transseksualnej w parlamencie (lecz nie nadmuchujmy za bardzo tego tematu i pozwólmy jej działać "na rzecz" inormalnie funkcjonować), Robercie Biedroniu (RPP), homoseksualiście i działaczowi Kampanii przeciw Homofobii , który zrezygnował z szansy danej przez SLD. Do "zapomnianych" i celebrytów, którym udało się zdobyć mandat poselski należą m.in. były premier Leszek Miler wybrany z listy gdyńskiej SLD, Tomasz Kaczmarek z PiS (co za kretyni na niego głosowali?), oraz Jan Tomaszewski (PiS) i Jagna Marczułajtis (PO) - dwie ostatnie postacie bez komentarza.

     Ogromną radością jest dla mnie zwycięstwo prof. Dariusza Rosatiego, "dwójki" okręgu Warszawa II (okręg 20), który zmiótł rywali ze wszystkich ugrupowań zdobywając 59 562 głosów! To o 15 tysięcy głosów więcej niż ogólny nr 2 (Błaszczak) i prawie 20 tysięcy więcej niż nr 1 na liście PO (Halicki). Profesorze, dzięki współpracy i ciężkiej pracy całego sztabu udało się. To daje nam nadzieje na podratowanie finansów publicznych i profesjonalne, ekonomiczne podejście do wielu spraw. O Dariuszu Rosatim usłyszmy jeszcze nie raz, tego jestem pewien.

    Z kolei Donald Tusk, jak dowiadujemy się z wypowiedzi dla tygodnika "Polityka", nie zamierza jeszcze zmieniać składu rządu. Do końca trwania polskiej prezydencji w Radzie UE zachowa poprzedni skład rządu, aby (tak myślę) nie iść przykładem Czech i uniknąć zawirowań podczas pełnienia funkcji przewodniczących w Unii. Z tego co stwierdził Tusk, utworzenie nowego, zmienionego rządu nastąpi na początku 2012 roku. Ciekawe zagranie muszę przyznać, ale nie wszyscy chyba się ucieszą mając kilka miesięcy dłużej pana Grabarczyka za ministra  transportu.

sobota, 8 października 2011

Wybieramy

Ctrl + A?


Parafrazując pewnego publicystę: "Nie idąc na wybory drogi czytelniku, nie robisz władzy na złość. Robisz na złość swojej przyszłości"

piątek, 7 października 2011

Czas ucieka nam wszystkim

     Mało czasu poświęcam ostatnio wszystkiemu, co związane jest z rozrywką własną. Takie samoograniczenie wynika jednak z wielu obowiązków, które sam zdecydowałem się wziąć na swoje barki. Wakacje (już chyba ostatnie w życiu) minęły pod hasłem "Zjeżdżaj Polskę wzdłuż i wszerz + Paryż", dodatkowo aby nie marnować czasu napisałem licencjat na drugi kierunek, podjąłem współpracę z "Zielonym Dziennikiem", oraz uczestniczyłem w kampanii prof. Rosatiego - niemniej jednak czasu na relaks mi nie zabrakło. Zapomniałbym dodać, że oprócz napisania pracy na panel do Moskwy zostałem mianowany przewodniczącym grupy - jak widać sporo do zrobienia + dwa kierunki studiów. Ale chyba bardzo to wszystko lubię i nie zamierzam z niczego rezygnować. Do rzeczy jednak.

     Wczoraj zmarł Steve Jobs, czyli CEO i mózg firmy Apple, która kiedyś słynęła jedynie z komputerów Macintosh, a obecnie rozszerzyła ekspansję (towarowo-patentową). Dręczony rakiem trzustki zostawił swoje imperium, którego logo powstało od diety jabłkowej lat młodości Jobsa. Szkoda człowieka, bo wiedział jak rozwinąć interes i zrobić coś z niczego, od zera do milionera, jak to powiadają. Nie szkoda mi jednak dalszych losów Apple'a bez Jobsa, bo po pierwsze na pewno sobie świetnie dadzą radę, po drugie jestem przeciwnikiem upraszczania życia (nawet w sferze komputerów) i modzie na I-gadżety, oraz sprzeciwiam się monopolizacji elektronicznej przez sprzęt z nadgryzionym jabłkiem. Product placement Macbooków i iPhone'ów w amerykańskich filmach pozostawię bez jakiegokolwiek komentarza.

***
     Pojutrze wybory, czas decydowania, lub dla niektórych braku podjętej inicjatywy. Doprawdy nie rozumiem dlaczego ludzie nie chcą głosować, a co za tym idzie, tworzyć władzy w swoim państwie. Pomijając już "obywatelską powinność", udział w życiu społecznym przez głosowanie stanowi fundament demokracji, w której żyjemy. Co do wyników - dwa początkowe miejsca wydają się oczywiste, ich konfiguracja raczej też, choć mam pewne obawy co do moich prognoz. Odbyłem bowiem podczas prowadzenia kampanii wiele rozmów zarówno z politykami jak i członkami sztabu i pomimo nietrafności sondaży, huraoptymizm obecnego lidera może być zagrożony. Zagadką pozostaje bezsprzecznie nr 3 wyścigu o władzę. Po pojawieniu się lewicowego Ruchu Palikota i głoszenia przez niego chwytnych haseł, ani sztab SLD, ani PSL nie może spać spokojnie - elektorat nieustannie wędruje. Najstabilniej przedstawia się stary, dobry koalicjant PO, czyli ludowcy, którzy nie widzą swojej przyszłości inaczej niż w sojuszu ze zwycięzcami nadchodzących wyborów (ciekawe czy w grę wchodzą też inne partie). SLD natomiast stracił animusz i tym samym część elektoratu, która uciekła albo do PO, albo do RPP (jak zresztą niektórzy z polityków tych ugrupowań). Może to wina niefortunnego spotkania Napieralskiego z Rostowskim i rozmowy o ekonomii? Zachęcam więc do głosowania, bo złych i nieudolnych polityków wybierają dobrzy Polacy, którzy podczas wyborów siedzą w domu. Narzekanie grup społecznych, jest w moim zdaniem uprawomocnione jedynie dla osób, które oddały głos i są swoimwyborem zawiedzione. Rusz więc dupę na wybory mój drogi czytelniku i wybierz mądrze. 


***

Drogi czytelniku, jeżeli tylko masz czas obejrzyj zamieszczony poniżej film, lub przynajmniej jego fragmenty.

     A teraz odpowiedzmy sobie na poważnie, na kilka istotnych pytań. Co się stało z Panem Prezesem? Wydaje mi się, że wreszcie zaczął być starym dobrym cynikiem i niezrównoważonym człowiekiem. Maska, która znajdowała się na twarzy "groźniejszego" z braci opadła. Poprzez wszystkie zachowania  i wypowiedzi widzimy jaką wizję państwa snuję Prezes. Polska jako zamknięta, narodowa autarkia, skonfliktowana przede wszystkim z Niemcami i Rosją. Z zachodnim sąsiadem (idąc tropem J.K.) przez II wojnę światową, Związek Wypędzonych i Angele Merkel (to przede wszystkim) . Z Federacją Rosyjską Kaczyński jest w stanie nieporozumienia przez katastrofę w Smoleńsku, za którą obwinia zarówno polski rząd jak i rosyjskie służby (MAK). Co siedzi w głowie prezesa i zmusza go do wypowiadania tak dziwnych treści, szkodzących państwu? Tego nie wie chyba nikt, nawet członkowie wodzowskiej partii PiS. Polska jednak traci przez  takie jednostki - z przeprosinami i wyjaśnieniem muszą występować byli ministrowie spraw zagranicznych, zależy im bowiem na wizerunku kraju psutym przez jednego człowieka. Kłamczuszek również z Prezesa jakich mało, najpierw mówi, że nie będzie angażował sprawy Smoleńska do kampanii, po czym po jakimś czasie stwierdza że "prawda" o katastrofie może być odkryta tylko po tym jak PiS zyska władzę. To jednak nie koniec, brak znajomości środowiska międzynarodowego sprawia, że Prezes (hipotetycznie wybrany premierem) doprowadza Polskę (nasz kraj, drogi czytelniku) do ruiny dyplomatycznej, trzymając się jedynie z niewielkimi państwami o podobnych, radykalnych poglądach (np. Węgry, Gruzja). Premier PiS to człowiek nad wyraz tajemniczy, można by stwierdzić, że Jarosław "wiem-ale-nie-powiem" Kaczyński trzyma dla nas jakieś niespodzianki zarówno po ogłoszeniu wyników, jak i teraz, nie ujawnia on bowiem żadnych nazwisk przyszłych członków rządu, ani nie typuje dlaczego właśnie kanclerz Niemiec jest zagrożeniem dla Polski . Aż strach się bać.

niedziela, 2 października 2011

Niepowstrzymani

     Zdawałoby się, że niewiele rzeczy jest w stanie zatrzymać osoby, które są przekonane o słuszności swojego działania, czy konieczności dążenia do określonego celu. Te stwierdzenie można zastosować w wielu płaszczyzn życia - od sportu do polityki. Niemniej jednak bariery powstają same, nie zawsze dając nam możliwość odpowiadania kontratakiem. Czasami, jak powiedział prezydent L. Johnson w czasie wojny w Wietnamie, przez swoje błędy "pokonujemy się sami". W moim przypadku jest na szczęście trochę lepiej, ale dysfunkcja kolana sprawiła, że małe postanowienie końca wakacji przepadło.

     Z tego co mogłeś wyczytać drogi czytelniku, podczas wielu wpisów, czy artykułów na tym blogu, posiadam pewne zamiłowanie do biegania. Tak więc w czasie przedkampanijnym bardzo dużo biegałem, nie wspominając już o dziesiątkach kilometrów jakie zrobiłem pieszo. Miałem dziś biec w "Biegnij Warszawo" z dystansem 10 km i wejściówką VIP, którą zorganizowała mi mija siostra. Jednak mój organizm chciał inaczej i kilka dni temu zafundował mi nieznośny, pulsujący ból kolana. Czuje się trochę rozczarowany samym sobą, ale zdrowie jest ważniejsze, więc nie ma co forsować bolącej nogi, bo na pewno w najbliższym czasie bardzo się przyda. Drugim problemem (może wydać się błahym z Twojego punktu widzenia drogi czytelniku) jest stan zdrowia mojego kota i bynajmniej nie piszę tego ze względu na spot M. Migalskiego (PJN) z tymi zwierzętami, oraz fascynację Prezesa swoim pupilem. Filemon, bo tak nazywa się mój zwierz, od kilku dni zaniemógł z chodzeniem - siadły mu tylne łapki i strasznie przez to zmarkotniał, tak samo zresztą jak wszyscy którzy na niego patrzą. Może nadszedł już jego czas bo jakoś za kilka miesięcy stuknie mu 20 lat, a na kocie to dość sporo. 
     Są jednak problemy większe niż ominięcie przeze mnie biegu i mój wpół sparaliżowany, stary kocur. Problemem jest dostosowanie (a raczej jego brak) naszego Polskiego mikroświata do osób niepełnosprawnych. Piszę o tym zainspirowany artykułem z Newsweek'a "Jazda ekstremalna: wózkiem na wybory", w którym autorka wcieliła się w osobę na wózku inwalidzkim i ruszyła "na Warszawę" aby sprawdzić jak żyje się i funkcjonuje osobom na wózku. 
Łatwo jest nam, ludziom mniej lub bardziej zdrowym patrzeć na rzeczywistość, bowiem chodniki to tylko chodniki, a po schodach można wejść lub zejść - dla osób ograniczonych ruchowo to czasami przeszkody nie-do-pokonania. Restauracje i kluby to miejsca przystosowane do osób, które poruszają się na dwóch nogach, te miejsca dają też czasami odczuć, że ludzie na wózkach "psują im estetykę sali", więc nie dostosowują dla nich swojego wnętrza, czy infrastruktury. Niejednokrotnie spotykamy w codziennym życiu osoby, które urodziły się, lub stały się mniej sprawne ode mnie i od Ciebie, czasami już nigdy nie będą chodzić, jeździć na rowerze, czy wchodzić po schodach. Nie oznacza to jednak, że możemy zachowywać się tak jak opisywani przez autorkę tekstu ludzie - "Ludzie mnie opływają, jak rzeka a ja sterczę w niej na wózku jak głaz  i nikomu nie przyjdzie do głowy spytać czy nie potrzebuje pomocy". A przecież pomoc, czy choćby samo zapytanie nic nie kosztuje. Rozejrzyj się czytelniku, otwórz oczy - to prosty apel ode mnie do Ciebie. Na świecie nie jesteśmy sami, nie żyjemy dla siebie i dla siebie tez nie umieramy, trzeba więc pomagać dając potrzebującym zarówno wędkę jak i rybę. Chciałbym więc, aby polskie władze zapewniły zniesienie barier dla osób niepełnosprawnych w infrastrukturze miast, co więcej w ramach działającej fundacji "Integracja" daje możliwość osobom o umiarkowanym, lub znacznym stopniu niepełnosprawności zagłosowania w wyborach parlamentarnych 9 października przez pełnomocnika (rejestracja trwał do 29 września w Urzędach gminy). Chciałbym aby szanse były wyrównane, moje kolano zaczęło działać, a mój kot stanął znowu na cztery łapki. Proste życzenia, ale które z nich się spełni?

PS. Pozostał tydzień

środa, 28 września 2011

50 baniek nadziei

     Witam was serdecznie. Tak, tak dałem się ponieść podszeptom wygranej. Zagrałem i przegrałem. Co tu dużo mówić 6 złotych poszło, ot tak . Lecz w myśl zasady, którą propaguje sam totalizator "kto nie gra, nie wygrywa" opanowała mnie chęć zagrania. I co? I nic.

     Będąc w galerii handlowej w celach zupełnie różnych od konsumeryzmu i  "spędzania wolnego czasu" (Arkadia jeżeli ktoś chce znać szczegóły) pomyślałem, że ciekawie by było stać się właścicielem zawrotnej sumy 50 mln PLN. Jak zresztą każdy kto zagrał, snułem w głowie plany w stylu "co by tu zrobić z wygraną", no i najgorsze jest to, że nie miałem pojęcia jakbym postąpił w takiej sytuacji, bo w zasadzie wszystko czego mi potrzeba jest w zasięgu mojej ręki - a przyjemność czerpię z prostych rzeczy. Nie jestem jakimś przesadnym hedonistą ani wielbicielem luksusów, więc domniemam, że owe 50 mln zł w moim wykonaniu po prostu by się marnowało. Jaki jestem niegospodarny... Mógłbym przecież napisać: kupię samochody, mieszkania, wyślę znajomych na Malediwy, rodzinie zapewnię dobrobyt, a sam wraz z moją ukochaną urządzę się na jakiejś tropikalnej wyspie z zapasem rumu. Taa, marzenia ściętej głowy. Niestety szara rzeczywistość sprowadza nie na ziemię. Sprawdzając wyniki losowania myślę sobie "może miałem szczęście i wygrałem" - niestety, dupa. Wraz z zasadą, którą sam wymyśliłem - w grach losowych gram losowo - pierwszy kupon postawiłem na "chybił trafił", w drugim wytypowałem jakieś zabawne liczby, które z czymś tam się wiążą. Nie muszę wspominać drogi czytelniku, że nic nie trafiłem, ba, nie trafiłem żadnej liczby, która padłą na losowaniu! To jest dopiero szczęście gracza sezonowego. 
     No cóż nie ma co narzekać, choć 6 złotych, które wydałem na losy mógłbym spożytkować o wiele lepiej. Kupiłbym na przykład kilka butelek wody do picia, która w niezwykły sposób znika co dzień z mojego pokoju, lub też (myśląc w trochę bardziej ukierunkowany sposób) wymienił moje 6 zł na 3 piwa z pobliskiej żabki (gdybym oczywiście doniósł 3 butelki "na wymianę").
Nie wszystek jednak umrę, nauczony własną głupotą wiem, że hazard to zło. Chyba, że nie wiąże się z utratą $$$ - wtedy to jedynie czysta zabawa, którą de facto lubię z moimi znajomymi od czasu do czasu praktykować. 

     Z kolejek "po wygraną", które spotkałem w wielu kolekturach dnia dzisiejszego, wyciągnąłem jeden  prosty wniosek. Nie wiem sam, czy jest właściwy czy też nie, ale jakoś poprawia mi humor. W dzisiejszym losowaniu 50 mln PLN wygrały 2 osoby - i co one z nimi zrobią?