Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat/polska/człowiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat/polska/człowiek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Wojny naszych czasów

Jeżeli w swoim życiu odcinamy się całkowicie od świata zwierząt, to robimy to ze względu na ukazanie swojej wyższości (intelektualnej) nad nimi. Jednak wiele cech wskazuje na to, że wciąż posiadamy pewne pierwotne instynkty, zachowania i tendencje które zbliżają nas do świata fauny. Niejednokrotnie w dokonywanych wyborach (nawet politycznych) kierujemy się uczuciami, a w kontaktach z innymi działa nasze libido "nakręcając" nas do podejmowania decyzji, które stoją daleko od zdrowego rozsądku, a bazują na hormonach i odczuciach chwili. Destrudo z kolei kieruje ludzkość do wojen, rywalizacji i konfliktów, każde państwo, naród czy plemie, od zarania dziejów chciało mieć więcej złota, terenu, czy władzy. Realistyczna wizja stosunków międzynarodowych (i może nawet całej rzeczywistości) podpowiada nam, że na świecie panuje egoizm, a państwa konkurują ze sobą - każdy zwrócony jest do wewnątrz. Liberalna wizja świata zakłąda pozytywne i pokojowe współistnienie, funkcjonowanie państw w pokojowych warunkach, bez wojen, sporów, przy współpracy, uśmiechach i oklaskach. Obecnie stosunek tych teorii wynosi 90 do 10. Gdy państwa działają wspólnie widzą tam własne interesy, a nie interesy całego świata, owszem zdarzają się jednostki wybitne, orędownicy pokoju - Jan Paweł II, Ghandi, M.L. King, Sacharow, Wałęsa, czy Kuroń, ale równowaga światowa (a raczej jej brak) narzuca na drugą szalę wagi szaleńców, obłędnych wodzów, egoistyczne jednostki - Pol Pot (Saloh Sar), Idi Amin Dada, Ho Szi Min, Usama ibn Ladin, Slobodan Milosevic i niestety wielu wielu innych.

George Friedman w doskonały sposób zauważył obłęd supermocarstwa jakim są (jeszcze) Stany Zjednoczone.Jak pokazują statystyki historyczne, Stany Zjednoczone mają tendencję do zwalczania konfliktu w zarodku i definitywnie. Fakt ten sprawia, że Amerykanie toczą wojny przez 10 procent czasu swojego istnienia, wliczając jedynie największe konflikty. W XX wieku Stany Zjednoczone toczyły wojny przez 15 procent czasu swojego istnienia, natomiast dane wskazują, że w XXI wieku Amerykanie toczą walki bez przerwy. W imię wolności, która w obliczu strat w ludziach w I i II wojnie światowej, wojnie w Korei, wojnie w Wietnamie, wojnie w Kambodży i Laosie, wojnie w Afganistanie,  wojnie w Sudanie, wojnie w Iraku, oraz "interwencji" w Libii, jest jedynie pustym i zupełnie nic nie znaczącym słowem. To slogan, który od czasów Roosevelta do ery Obamy ma zapewnić czyste sumienie administracji, która chce za pośrednictwem Pentagonu, a dalej Rady Bezpieczeństwa Narodowego i jej rezolucji zapewnić sobie czyste sumienie i osiągać własne cele. Political Lying Unholy Cowardly Killers.



I tutaj po raz kolejny przebija się wraz z aplauzem mediów Libia, która walczy bez przerwy, od czasów kiedy zacząłem o niej pisać w kwestii zmian w Afryce Północnej - to już ponad pół roku. Powstańcy uciskani przez Muamara Kadafiego przejmują stolicę Libii. Trypolis broni się jeszcze resztkami sił opłaconych petrodolarami władcy. Ostatni wierni Muamara liczą już chyba na 72 dziewice w niebie, bo bombardowania NATO i przejęcia rafinerii przez rebeliantów odcinają pokarm dla maszyn, a jak wiadomo bez zalania baku nikt nigdzie nie pojedzie. Zwycięstwo już dawno oddaliło się od władcy i jego bojowników. Synowie Kadafiego zostają schwytani lub poddają się sami w ręce atakujących, oddziały wierne wodzowi idą w rozsypkę. Rebelianci skandują imiona Obamy i Sarcozy'ego, cieszą się wolnością, chcą aby Kadafi dobrowolnie się poddał, wtedy walki ustaną na dobre i będzie można zacząć poważnie rozmawiać. W powietrzu ciągle latają bezzałogowe samoloty sił USA, które poszukują celów. Jak donosi portal TVN 24 do ustąpienia Kadafiego nie nawołują już tylko Stany i Francja, ale też NATO (Rasmussen), UE (baronessa Ashton), Australia (premier Julia Gillard), a Chiny, popierające rebeliantów oczekują stabilizacji w Libii. Moim zdaniem (choć przeszłość pokazywała inaczej) to kwestia czasu, zanim 10-15 % Trypolisu zajętych przez siły Kadafiego zostanie odbite i upadnie autorytarny reżim ekscentrycznego nomada-władcy.

 ***
Po omacku szukam jakiegoś drogowskazu, tendencji zmian na świecie i w Polsce, ale trafiam tylko na eskalację agresji, siły i propagandy. W Polsce, wraz ze zbliżającymi się wyborami do parlamentu zaczyna się walka na programy - czyj jest bardziej szczegółowy, merytoryczny, ideowy, czy po prostu grubszy. Na wczorajszym kongresie SLD przewodniczący Napieralski, broni wartości nowej lewicy, odwołując się do starych idei tej partii Przy każdej okazji sygnalizuje on uchybienia rządu i nieudolność władzy, wychwala swoich specjalistów i twierdzi, że można wszystko zrobić lepiej - oni mają bowiem najbardziej szczegółowy program. Ciekawa sprawa z tymi programami... Wszyscy się nimi afiszują, tak jakby przeciętny Kowalski miał przestudiować program każdej z partii od deski do deski i dokonując analitycznego wyboru oddać głos na najlepsze z ugrupowań. Niestety tu nie o to chodzi. Parlament, czyli legislatywa, zapomniał swojej roli, już nie tworzy prawa, ale je dopisuje i to przeważnie niechlujnie i "naprędce". Powrócę jednak do sprawy programów i ich funkcji w następnym artykule/poście, aby z niniejszego nie wyszło opowiadanie. A tymczasem miłego poniedziałku mój drogi czytelniku.

sobota, 13 sierpnia 2011

Konstelacje przypadku

Szybko póki nie stracę resztek weny! Niestety nie... Piszę już półautomatycznie. Sierpniowe słońce w parku w Pruszkowie przypomina mi o tym, że jeszcze jest czas żeby pozmieniać i poukładać na nowo stare sprawy, żeby stanąć na mentalne nogi i zacząć kilka wątków od początku. Tylko pojawia się pytanie - czy mi się chce i czy dam rade ? Zakładam, że tak, więc pisze dalej.
Kilkadziesiąt minut na łonie natury, do tego dochodzi wino marki Sofia, pieprzone komary, stary kumpel, a później  książka Dukaja, przez którą nie mogę się przebić od czasów Wigilii (bo wtedy ją dostałem). Rozumiem zbiory opowiadań najróżniejszych autorów, tam właśnie pisarz wrzuca wszystko, czego nie udało mu się wydać w książce, czasami jest to ciekawe, czasami męczące. Na ten przykład Piekara napisał "Świat jest pełen chętnych suk" przeczytałem w ułamku sekundy życia, ale Dukaj, czy Poe. W jego opowiadaniach kryje się obłęd literacki, nadprzestrzeń tworzenia i nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiem cały zbiór który stworzył jeden z tych autorów. "Król Bólu" Dukaja (przez który płynę pod prąd) pozostaje jak narazie wyspą tajemnic.

A teraz kroczek dalej. Wczoraj pociąg, którym miał jechać mój stary przyjaciel D. wykoleja się w miejscowości o zabawnej nazwie Baby. Ginie jedna osoba, kilkadziesiąt pozostaje rannych. Niedopatrzenie maszynisty kosztuje wszystkich wysoką cenę zdrowia, jedna osoba za błąd oddaje życie, a wszystko mogło potoczyć się inaczej, ale nigdy już się tak nie stanie. D. miał szczęście, tego dnia był zbyt zmęczony, żeby jechać, dlatego też trafił na "biesiadę" do mnie i przy winie jakoś lepiej znosi swoją nigdy nie zaczętą podróż. Tak właśnie płynie życie.

Kilka dni temu w Pruszkowie jakiś człowiek, którego strach przed społeczeństwem, czy też choroba natury mentalnej doprowadziły do skraju normalności, spowodował wybuch gazu w budynku naprzeciwko gimnazjum do którego kilka lat temu uczęszczałem (ciężkie czasy). Budynek dosłownie rozerwało, wczoraj, kiedy mijałem miejsce wybuchu, ze spalonego piętra i kilku mieszkań sąsiadujących machało mi kilka niebieskich płacht pokrywających zwęglone mieszkania. Okna ziały wypaloną czernią. W sekundę, życie ludzi tam mieszkających zmieniło swoje znaczenie i kierunek. Historie dwóch osób się skończyły, jedną z nich była dziewczyna wujka mojej znajomej. Jej już nie ma, znaleźli ją pod gruzami całego bałaganu. Wszystkiego dowiedziałem się po raz kolejny pocztą pantoflową, bo w tym czasie byłem półprzytomny w Chałupach. Dlatego też od wydarzeń w Gdańsku roku 1995, kiedy byłem jeszcze dzieciakiem (lecz pamiętam dobrze) obawiam się wybuchów gazu. Panicznie i obsesyjnie.


W moim bloku nie wszyscy są normalni, akceptuje zachowania swoich sąsiadów ze względu na to, że sam również nie jestem bez win i wielokrotnie to właśnie moim sąsiadom z pionu zawdzięczam brak interwencji policji podczas częstych "prywatek" u mnie. Jednak, kto wie co kiedyś zaświta w umyśle jednego z moich sąsiadów, który np. w przypływie załamania/pijaństwa/lęku, czy smutku postanowi odejść z tego świata z chukiem. Wolę o tym nie myśleć - to doprowadza do zbędnych paranoi. Jednak czujność nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

No i na sam koniec trochę o Wielkiej Brytanii, bo tam sytuacja wygląda dość nieciekawie. Z drugiej strony, drogi czytelniku, nie powinno już nas przecież dziwić, że decyzje polityków, lub organizacji międzynarodowych wywołują takie reakcje - Grecja, Włochy, Hiszpania i Portugalia też nie mogły zapanować nad tłumem. Jednak w Wielkiej Brytanii sprawa ma się inaczej (troszkę). Społeczeństwo Londynu, które cechuje wieloetniczność nie funkcjonuje na identycznym poziomie, różnice w dochodach i standardach życia doprowadzają do frustracji i eskalacji negatywnych emocji, które są de facto skierowane w polityków, a dokładniej w rząd Davida Camerona, który postanowił (bezmyślnie) odciąć świadczenia socjalne właśnie dla tych grup. Nie dziwmy się więc, że w państwie, gdzie narodził się punk i sprzeciw wobec władzy (Sex Pistols), obywatele, w szczególności ci biedni i bezrobotni, oraz młodzi nie pozostaną na swoich tyłkach w domu i nie będą w polemikach prześcigać się w dysputach na temat uchybień polityki Camerona. Oj nie, mój czytelniku, to właśnie oni wyjdą jak kiedyś na ulice i będą kraść i niszczyć, ukazywać gniew i bezradność wobec bagna polityki, którego nigdy nie zrozumieją. Którego nigdy nie zrozumiemy. Historia uwielbia się powtarzać.

sobota, 23 lipca 2011

Pinokiowie nowej ery

Post został napisany we Wrocławiu i uzupełniany w drodze powrotnej do Warszawy, więc może się w nim znaleźć kilka błędów różnego rodzaju - ale oczywiście nie musi.

Wciąż poszukuje prostych słów, które opiszą wszystkie skomplikowane wydarzenia, które zachodzą wokół mnie. Pomimo przerwy w postaci wakacji (miesięcy pozornie letnich w naszym kraju) dzieje się w naszym kraju i poza jego granicami zbyt wiele, abym mógł przymknąć na wszystko oko i powrócić do zatracania się w drinkach z palemką i kieliszkach bez jakichkolwiek ozdób.

Po raz kolejny wielkie monotematyczne partie RP pokazują co to znaczy brak szacunku do prawa, w którego tworzeniu same uczestniczyły. Stworzenie „akcji informacyjnej” ukazuje głębię ich subtelnej hipokryzji. Ktoś powie „ale zaraz, przecież nie miało być kampanii reklamowych polityków”, no tak, to nie jest formalne reklamowanie kandydatów do polskiego parlamentu. To informowanie. Tak na przykład SLD reklamuje swój program do którego nie omieszkam zajrzeć już w krótce, Pan Prezes (z wiadomej partii na „P”) określa się jako premier i sam już nie wiem czy mam to odnieść do wydumanych i chorych ambicji, czy do nieudanego rządu lat 2006-2007. Ponadto Kaczyński co jest dla mnie całkowicie niezrozumiałe, bierze udział w spocie reklamowym (informacyjnym!), w którym informuje o tym, że żyje i ma się dobrze (reklama gdzie otwiera drzwi pozwalając młodzieży wbiec do pomieszczenia ). Pomniejsze figury partii oferują pomoc prawną, pomoc naukową, albo po prostu dają znać, że są. Proste, bez sensu i kapitałochłonne. PO wycofuje się jednak z kampanii informacyjnej „Polska w budowie” (opcja informowania Polaków w ich domach na temat zmian w państwie wdrożonych przez okres rządów PO) – Nie chcemy, żeby powstały wątpliwości, czy nasza akcja jest kampanią informacyjną, czy niedozwoloną agitacją wyborczą – komentuje dla Wyborczej wiceszefowa PO Małgorzata Kidawa-Błońska. Dobre i to skoro co poniektórzy na czas włączyli rozum. A inni? Przecież nie mieli oni wydawać pieniędzy na takie właśnie rzeczy – politycy są lustrem społeczeństwa, Pinokiowie nowej ery.

Drugi przypadek, który mnie zasmucił i rozbawił jednocześnie, to sprawa „ News of the World”, czyli jednego z dzienników (brukowców) medialnego imperium News Corp. Ruperta Murdocha (syn Ruperta – James - jest jego zastępcą w rodzinnym interesie). No ale o co tu chodzi? Już wyjaśniam drogi czytelniku. Chodzi o pieniądze (jak nie wiadomo o co chodzi…), Bulwarówka z królewskich wysp, której renoma i poziom mogą być porównywane do polskiego Faktu, bądź Super Expressu, postanowiła (właściciel postanowił?) wejść na nową drogę życia i tym samym zakończyć swoją 30-sto letnią działalność w echu głośnej eksplozji afer. A pieprznęło nieźle, gdyż etyka i moralność dziennikarska, o którą de facto wypytywany był właściciel w przesłuchaniu przed brytyjskim parlamentem, stanowiła jedynie zapis, pustą zasadę, która niby jest, ale niewielu kiedykolwiek do niej zajrzało. U nas zresztą też nie jest z tym krystalicznie ( jedynie małe wzmianki o etyce w prawie autorskim…) , ale poziom machlojek „NoTW” przerósł każdego, od prostego obywatela, po głowy państw. Macki skorumpowanych (ciekawe czy to właściwe słowo) dziennikarzy i współpracujących z nimi detektywów (jednemu zostały przedstawione wcześniej zarzuty  inne zbrodnie pospolite) sięgnęły dosłownie wszędzie. Od kasowania (i czytania oczywiście) wiadomości z poczty głosowej porwanej dziewczynki, po inwigilację rodziny królewskiej i wgląd w dokumenty żołnierzy poległych w Iraku i Afganistanie. Podsłuchy były procedurą „pozyskiwania informacji” na początku dziennym. Ktoś bezsprzecznie za to beknie. Jak na razie Rupert Murdoch został jedynie zaatakowany pianką do golenia przez sfrustrowanego/podstawionego/oszukanego Brytyjczyka.
No i otwiera się nam kolejny głośny rozdział historii, „bo afera medialna” to nowa jakość infoteinmentu, dezawuująca misję „czwartej władzy”, czyli mediów w Wielkiej Brytanii. Pogoń za pieniędzmi wypacza jednostki funkcjonujące w ogromnych maszynach multimiliarderów z samej góry łańcucha pokarmowego. Może brzmię jak jakiś lewicowy agitator, ale chyba nikt z nas, drogi czytelniku, nie chciałby mieć swoich danych pod lupą bulwarówki. Granice etyczne i misja jednej z wielu gazet Murdocha zostały przekroczone. Najbardziej jednak podobał mi się fakt wydania ostatniego numeru News of the World dla pieniędzy, które szły na cele charytatywne. Jak uroczo.

Spytasz się (albo w ogóle nawet o tym nie pomyślisz) co u mnie. Otóż całkiem daje sobie radę. Moje tournée po Polsce trwa, postanowiłem bowiem, że kraj moich przodków (ale to lirycznie brzmi)  pozostawał dla mnie zbyt długo ziemią nieznaną. Niektóre „podróże”  związane są z konkretnymi wydarzeniami Bostów przy Starachowicach to Wesele, na Krynice przypadał pogrzeb, a Wrocław, z którego właśnie tworzę ten tekst był moim  własnym celem podróży. Postanowiłem, że może nie tyle pozwiedzam (to zrobię jak dożyje 60 lat) , co pobędę i „pożyje” w Europejskiej Stolicy Kultury 2016, tym samym będę mógł poprzebywać z kumplami, którzy mają bardzo dobre podejście od otaczającej nas rzeczywistości. Nie zdawałem sobie sprawy, że przebywając nawet krótki czas z mieszkańcami danego miasta można się tyle dowiedzieć o samym mieście jak i nich samych (czasami nawet bez zwiedzania czegokolwiek).
Na sam koniec pozostaje mi polskie morze, Kostrzyn nad Odrą, no i mam nadzieje, że również Lublin. Zobaczymy czy czas pozwoli na eksploracje Polski i gdzie dalej poniesie mnie karnawał mojego życia. Choć jak skończę już unikać zapuszczania korzeni, chciałbym się na chwilę zatrzymać i odpowiedzieć sobie na pytanie „dlaczego”.

czwartek, 29 kwietnia 2010

"I nikną po miastach nikną tak samo odległych jak moje"

Witam wszystkich wytrwalców oczekujących (bądź nie) na nowe wieści. W dzisiejszym wydaniu troszkę o ludziach, troszczę o kraju.

Dziwnie to się u nas dzieje, że zawsze jak jest czas, to nie ma nic do zrobienia i odwrotnie, ot tak, taka przypadłość losu, który najwyraźniej lubi się zgrywać. Nie będę grymasił, że nie jest lekko - u nas nigdy nie było. Nie jestem w czepku urodzony i na to co mam musiałem i ciągle muszę ciężko pracować, tym samym podziwiając z pustym uczuciem zazdrości tych, którzy nie zrobili nic i "mają" wszystko. Może ja "mam" więcej bo musiałem o to zawalczyć swoim wolnym czasem (jego brakiem) i wysiłkiem? Nie wiem, może.
 Wczoraj spotykam znajomego, jednego z lepszych znajomych co nas tylko czas i miejsce poróżniło. Dowiaduje nowych rzeczy. Lubię nowości, uwielbiam zmiany, chyba że mnie zabolą. Zerwał z dziewczyną po 4 i pół roku. Poszło dość gładko (jeżeli tak w ogóle można to nazwać), bo on zrywał - chyba już musiał. Dlaczego? Bo rodzice i znajomi chcą ślubu, a on nie chce. Bo rutyna, bo ciągle pytanie: jak szkoła / jak praca. Wiedziałem, że zrobił dobrze, bo życie umiera przez rutynę, człowiek traci bicie serca i uczucie, które kiedyś nie pozwalało mu myśleć, a które czasami po pewnym czasie zaplątuje się gdzieś w hałas dnia. Ja jestem wolną duszą i wiem jak to jest. Nie przywykłem do tego, aby mieć nad sobą presję innych osób, aby słuchać rozkazów. Po prostu robię niektóre rzeczy bo wiem, że tak trzeba, że są dobre.
I Kolejna "nowość" której się dowiaduje, dalszy znajomy w szpitalu, wycinają mu śledzionę, bo miał na niej jakąś paskudną narośl. No i mniej obywatela będzie. "A śledziona moje drogie dzieciaczki to bardzo ważny organ: odporność daje, krew filtruje. Bez niej człowiek chory częściej bywa".

Co do mnie to, w poniedziałek 3 maja wyruszam, w jakże patriotyczną podróż - udaje się do Munster. Taka miejscowość w Niemczech przy zachodniej granicy niedaleko Essen. Jadę aby przedstawić (po niemiecku...) kwestie związane z kryzysem światowym, bezrobociem  i jak do tego wszystkiego ma się socjalizm. Będzie się działo. Kolejne przerwa w pisaniu, tym razem dłuższa. Ale jakoś się nie boje, zawsze dodatkowe doświadczenie, nowi ludzie, przełamywanie czegoś w sobie. Jadę do Niemiec i tyle.

Odwiedziłem dzisiaj mojego dziadka. Naprawdę zloty człowiek z niego, to jemu właśnie zawdzięczam to kim jestem i to, że nadal mogę się uczyć. Nie wiem co będzie jak go zabraknie. Napisał niedawno ciekawą książkę - o swoim życiu. Może kiedyś uda mi się ją wrzucić na bloga, ale chyba jeszcze za wcześnie. Dziadek chciał zobaczyć dziś wszystkie moje tatuaże. Dziwne, choć zawsze czuł awersję do kolczyków i tatuaży (pomimo tego ze sam ma ze cztery jeszcze z czasów wojska) tym razem coś się zmieniło. Ale dziadek się nie zmienił. Ciągle ma swoje ideały i wie jak powinno być najlepiej. Dziadek idzie do szpitala bo mu pikawa nie nadąża ze wszystkim. Pójdzie na tydzień i powrót, mam nadzieje. Tymczasem w całym prostym planie który ułożyłem sobie w głowie, dziadek mówi, że już wszystko pozałatwiał i nie wie co dalej z nim będzie. Ja mówię, żeby się nie przejmował i chodził często na spacery. Życia się nie zmieni z dnia na dzień. Choć czasami...

A w Polsce, kraju przodków, kraju pooranym historią, tętniącym rozwojem i wzdychającym za przeszłością, coraz bardziej wychodzimy z histerii po tragedii i  w końcu zaczynamy myśleć. Jarosław Kaczyński zapowiedział uczestnictwo w wyborach. Dla brata, dla poległych dla kraju. Dla mnie decyzja dość dziwna, moim zdaniem nie powinien startować, tylko dlatego, żeby udowodnić obywatelom RP, że PiS ma kogo "wystawić". Człowiek nie jest jeszcze w pełni "pozbierany" i potrzebuje czasu, to widać. Ale z drugiej strony, może kampania pozwoli zastąpić mu pustkę i żal czymś innym? Może rywalizacją, albo pewnym rodzajem misji do spełnienia? Zobaczymy jak będzie, tymczasem wszyscy mali i duzi z partii walczą o głosy, aby móc startować w wyborach. Ogromna większość z nich nawet nie śni o wysokich wynikach, może po prostu chcą się pokazać społeczeństwu i powiedzieć: "Ciągle jestem w polityce!". Może. Ale powiem szczerze, ze jeżeli Kaczyński zostanie prezydentem, to będzie świadczyć tylko o nas samych i o tym, jak bardzo nie świadomi jesteśmy polityki i nie umiemy się w niej odnaleźć przez katastrofy.



W innych państwach również wydarzyło, bądź wydarzy się wiele zmian. Polska nie jest przecież pępkiem świata, ani nawet Europy. Na 6 maja Brytyjczycy przewidują wybory do parlamentu gdzie konserwatyści, liberalni-demokraci i laburzyści (partia pracy) konkurować będą o stołki. W 2005 roku głosy rozkłądały się kolejno: Labour-36%, Konserwatyści-33,2%, Liberalni Demokraci-22,7%. Teraz zapowiadają się ogromne zmiany, szczególnie po aktywizowaniu się Iaina Martina.
 Na Węgrzech partia Fidesz dochodzi do władzy. Jest to prawicowe zgrupowanie, które po wielu latach rządów lewicy obiecuje rozliczenie z socjalistami. W Austrii wybory prezydenckie zakończyły się zwycięstwem Heinza Fischera, 71 letniego socjaldemokraty. Ta kandydatura wydaje się być o stokroć lepsza niż jego eks-oponentki - Barbary Rosenkranz. Okropna z niej baba, musicie mi przyznać. Bo jak ktoś, będący kseno- i homofobem, oraz antyfeministką, kogo popiera partia która zerżnęła program z podręcznika SS może być dobrym prezydentem w UE? Nie może być. Tak więc wybór Fischera uratował Austriaków od, moim zdaniem, kompromitacji w Unii.
Powracając do Polski, ciągle potrzebujemy obsadzić puste stanowiska, które są potrzebne do skutecznego funkcjonowania Polski wewnątrz i na zewnątrz. Liczę, że Bronisław Komorowski zachowa zimną krew i sobie poradzi. Przecież jest teraz marszałkiem-prezydentem i równocześnie kandydatem na ten urząd. Teraz już we wszystko uwierzę.