Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

środa, 18 czerwca 2014

Ignorancja to błogosławieństo

Jesteśmy konsumentami - to fakt niezaprzeczalny. Każdego dnia dokonujemy wyborów produktów i usług, których zakup w mniejszym lub większym stopniu wywołany są potrzebą. Drugim czynnikiem kształtującym nasze decyzje jest zachcianka sztucznie stworzona przez producenta. Stosunek "potrzebuję" do "chcę" coraz bardziej się chwieje, a kolejne pokolenia (choć również także te bardziej świadome mechanizmów rynkowych) stają się zombie podążającymi za hasłami, melodiami i innymi skojarzeniami wciśniętymi w infrastrukturę produktu/usługi. Zauważyłeś drogi czytelniku, jak łatwo przychodzi nam wierzyć w to, co napisał producent o swoim produkcie lub usłudze? Przecież wyrażanie się niepochlebnie byłoby dla niego strzałem w stopę. Poniższy film, trwający zaledwie 7 minut doskonale obrazuje to o czym tu piszę.


Nieświadomość i ignorancja są błogosławieństwem - dzięki nim powoli przyzwyczajamy się do wynaturzeń społecznych rynkowych. Smutny efekt dysproporcji rozwojowych widoczny jest ciągle w wielu państwach - jeden z nich obserwujemy obecnie, w telewizji. To Mistrzostwa Świata w piłkę nożną w Brazylii, gdzie spleen stadionów miesza się biedą faweli. Media starają się pokazać, że jest cudownie, choć rzeczywiście wygląda to inaczej. Nie jestem przeciwnikiem idei mistrzostw świata i piłki nożnej, co to, to nie. Jednak planowanie miejsc, w których mają się odbyć powinno być przemyślane pod każdym aspektem. 

Potrzebny nam nowoczesny i nieekstensywny imperatyw kategoryczny.

Trzeba otworzyć oczy i zdać sobie sprawę, że meble nie pochodzą ze sklepu IKEA, hamburgery były kiedyś zwierzętami traktowanymi gorzej niż przedmioty, a ludzie, którzy stworzyli nasze smartfony muszą pracować w warunkach, których nie da się nawet określić mianem "zwierzęce". Bez świadomości pokonamy się sami.


wtorek, 10 czerwca 2014

Kartka z zagubionego dziennika kapitana E.

Ochotnica, 09.06.1909

Poniedziałek (z echem soboty i niedzieli)

Mówi się, a czasami nawet przyjmuje jako prawdę niezmienną, że w każdym miejscu, w którym byliśmy zostawiamy cząstkę siebie. Osobiście nazywam to tworzeniem swojej historii, pisaniem niematerialnej powieści, która jest unikatowa, bo zawsze indywidualna i nie do powielenia. Jeżeli w istocie tak jest, to moja historia w niejednym wątku wraca do gór, a ja sam zostawiam w tym miejscu spory kawałek siebie. To nie żaden folklor, to także nie  wstęp do opowiadania, czy początek przewodnika turystycznego. Piszę o tym co piękne w naszym kraju i w nas samych - w ludziach, których spotkałem i górach, gdzie lubię wracać.

Wypadałoby, żebym w tym miejscu zrobił małą dygresję, ot, zwykłe wtrącenie, które zmienia jednak perspektywę spoglądania na fragment mojego dziennika. Otóż zapomniałem napomknąć na fakt, że działam, piszę i żyję inspirowany przeżyciami oraz istotami, które spotykam na kolejnych stronach swojej niematerialnej powieści. W górach spędziłem setki tygodni i zapewne spędzę tam jeszcze dużą część swojego życia. Czuję to podskórnie, dlatego to właśnie góry są ogromnym natchnieniem dla kolejnych zdań w tych zapiskach. 

***

Od czasu, gdy wszystko się porozmywało i posypało, a plany, które miały być niezmienne, jak wytyczne konstrukcji jakiejś maszyny, poszły w niwecz, musiałem zdecydować, czy chcę dalej biec, czy może lepiej będzie się zatrzymać w miejscu, odpocząć i zapuścić korzenie. Wybrałem pierwszą opcję i w zasadzie nigdy na poważnie nie myślałem o tym, że kiedykolwiek mógłbym przestać biec! Tak dużo jest do przeżycia, nawet, kiedy niektóre wspomnienia związane z miejscami, rzeczami, a nawet zawarte w znajomych ludziach aktywują się z tył głowy i kotłują się wściekle, jak bestie piekielne. Nie zamierzałem marnować czasu w pudełku zapałek, w środku betonowej dżungli, obok metropolii mrówek. Trzeba biec i oddychać pełnią płuc, dopóki szansa trwa.

Gdy jadę autobusem w radiu leci "Ready or not" Fugees'ów. Mam nadzieję, że na kolejny dzień ja będę "ready". 

Na początku maja zaczęły dzwonić telefony, przychodzić wiadomości i dosłownie dotykać mnie informacje związane z pewną okolicznością w życiu wielu ludzi. Ślub, to powód całego zamieszania, w które wpadałem i nadal wpadam, choć na szczęście wychodzę z tych wydarzeń bez szwanku. Jednak ze względu na te śluby i wesela musiałem powiedzieć "adieu!" do wolnych weekendów i pożegnać się z odpoczywaniem biernym. W zasadzie dobrze, bo nie lubię siedzieć w miejscu i lepiej spotkać się z ludźmi, być z nimi, rozmawiać, uśmiechać się, a czasami wspólnie pobyć smutnym. Wiesz, drogi czytelniku, po prostu wspólnie spędzać chwile. Taki to cudowny banał. Wszystkie momenty zostają w mojej głowie na zawsze - nie wiem czy to przekleństwo czy wręcz przeciwnie.

Pisałem o ślubach, no tak, nazbierało się ich trochę, ale najbardziej w głowie utkwił mi ten ostatni. Sam jestem samotnym wędrowcem i nic takiego nie planuję w najbliższym czasie, więc ze względu na miejsce i okoliczności, takie wydarzenie zafascynowało mnie dogłębnie. To niesamowite, jak dużo doświadczenia płynie z innych ludzi, gdy tylko i wyłącznie się z nimi przebywa.

Tak też było w, nazwijmy to, okolicach Krynicy Zdrój (jeździłem po różnych mniejszych miejscowościach, ciężko wszystkie wymieniać). Tam też podczas mojego intensywnego wyjazdu spotkałem bardzo wiele różnych osób. Niektóre z nich zaczynały swoje przygody (emigracja, pierwsza praca, pierwszy związek), inni mieli bardziej przyziemne priorytety (byt i rodzina), a jeszcze inni poddali się fali, która zabrała ich w inną stronę, niż sami by sobie tego życzyli. Wszystkich jednak szanuję tak samo. Wiele osób z mniejszych miejscowości emigruje, bądź ucieka. Młodzi bywają w częstym ruchu, starsi osiedli i przyzwyczaili się do codzienności. Podczas swojego wyjazdu nie raz słyszałem "w Polsce nie ma fachowców". To poniekąd prawda, bo wyjechali "za chlebem" do państw, gdzie praca daje możliwość lepszego życia. 

Komunikacja z rejonem, gdzie się udawałem jest bardzo słaba. Na samą podróż w dwie strony straciłem 23 godziny, można wliczyć w ten czas około 8 przesiadek i sporo straconych nerwów, bo na niektóre autobusy musiałem biec z wypełnionym po brzegi plecakiem. No i jeszcze, wyprzedzając fakty, czas pożegnania podczas drugiego dnia wesela, gdy gospodarze chcieli mi wręczyć ciasta i butelkę weselnej wódki. Gest jak najbardziej miły, ale ten wikt nie przetrwałby niestety dziesięciogodzinnej podróży. Wielogodzinne wyprawy potrafią ściąć moją krew i sprowadzić ją do konsystencji galaretki.

Picie i zabawy weselne w okolicach Krynicy to jest coś, czego mieszczuch nie doświadcza na co dzień. Wódka leje się strumieniami, a człowiek w inny sposób pojmuje odpoczywanie. Muszę się przyznać, że przez te ostatnie dni nie spałem zbyt długo i to chyba górskie powietrze sprawiło, że miałem siły na wszystko oraz nie padłem na gębę. Ale powracając do wątku, nie wiedziałem, że kiedyś znajdę się na góralskim weselu, gdzie zabawa odbywa się w remizie, chłopczyk niesie za parą święty obrazek, a pan młody musi prosić o błogosławieństwo rodziców panny młodej. Tak samo z pieśniami, jakże poruszająca jest góralska muzyka. Nawet ja, człowiek małej wiary, gdy usłyszałem skrzypce, wiolonczelę oraz góralskie gwizdy rozpłynąłem się w nutach, rozmarzyłem. 

Wesele trwało dwa dni. A może i trzy? W zasadzie nie wiem kiedy się zaczęło i skończyło, ale odniosłem wrażenie, że mogło trwać nawet i 2 tygodnie, bo czas płynął inaczej. No i ci ludzie! Krewcy górale, honorowi i pamiętni, nie lubiący gwałtownych zmian mieszkańcy wyżyn. To oni pokazali mi, że nawet człowiek taki jak ja (utożsamiany z Warszawiakiem, wyróżniający się wyglądem) jeżeli tylko chce może być jednym z nich. Może to ze względu na moje korzenie? A, zapomniałem powiedzieć, że większość osób na weselu, to była moja rodzina od strony matki. Tamte strony mają to do siebie, że chyba każdy zna każdego i wszyscy są z jakiejś rodziny, którą ktoś zna. 

Na weselu przystojni mężczyźni, dobrze zbudowane "chłopy", którzy nie boją się ciężkiej pracy, a życie chwytają za mordę. I piękne dziewczyny oraz kobiety, o których mógłbym pisać w nieskończoność. Zgrabne, długonogie, z niesamowitą iskrą w oczach. Tamtejsze niewiasty sprawiły, że chłopak z bloków zapominał o toksynach miasta. Tak, tak, mój drogi czytelniku i myślę, że jak będę na tyle zdecydowany, żeby się wiązać z kimś na stałe, to będzie właśnie góralka. I pal licho, że pójdę w ślady ojca, jeżeli znajdę tam ją, "tą jedyną".
Marzenia.

Co do samego miejsca w którym przebywałem, to jego obraz mógłby się znaleźć na niejednej pocztówce. Czyste i słoneczne niebo, drewniane domki rozsiane po górach, gdzieniegdzie spokojna krowa i pies przy budzie. Co za sielskie widoki, trzeba było tam być, pooddychać czystym powietrzem. A z daleka od miast nie ma krzykliwych supermarketów, zgiełku tłumu i gonitwy za bliżej nieokreślonym czymś. Tylko spokój.

 Teraz dostrzegam przepaść między centrum a peryferiami Polski, lukę niemożliwą do zasypania. Centrum, leży dosłownie w centrum kraju. Jest rozwinięte, bogate i rozreklamowane.W centrum-centrum ludzie nie mają na nic czasu, wolą się wtopić w świat wirtualny, zajmować swoim nosem i wyśmiewać się ze słoików i wieśniaków. Tam spleen tkwi w znanych pubach, modnych klubach, a nawet w brudnym powietrzu. Centrum i peryferia dzieli mentalność mieszkańców, podejście do innego człowieka i sposób życia. Coraz bardziej oba miejsca łączą wykwity kultury konsumpcji - przeklęte galerie handlowe, supermarkety i nastawienie na zysk. Krewkość i tradycja kontra pieniądze i spleen. W Krynicy (a także innych miastach poza Centrum) widziałem blizny cywilizacji. Przejawiały się w obecności klubów go-go, gdzie przed ich wejściem młode i nie do końca pewne swojego losu dziewczyny z różowymi parasolami namawiały samotnych mężczyzn, żeby skorzystały z usług domu uciech. Tak bardzo się boję, że wszyscy zostaniemy skonsumowani w ten okropny sposób.

***

To co zapamiętałem wklepuję do komputera z zeszytu w kratkę. Ów zeszyt oraz długopis i butelkę wody kupiłem w kiosku w Nowym Sączu na przystanku autobusowym, gdzie czekałem na kolejny autobus, tym razem do Krakowa. Słońce piecze mocno, ale się nie poddaję, bo chcę wrócić do domu, do mojego miasta bloków, gdzie nie ma gór, nie ma pięknych pieśni i brakuje mi czystego powietrza. Dobrze, że z dala od centrum jest inaczej, że jest miejsce, do którego chcę wracać, choćby nawet dlatego, żeby odświeżyć wszystkie wspomnienia schowane gdzieś w głowie.



wtorek, 13 maja 2014

Kiełbasa (Wurst) eurowyborcza


I dodatkowo ostro popruty akcent eurowyborów. Mi się jednak podoba!


sobota, 3 maja 2014

Ta smutna historia

W majówkę pada chyba w większości miast w Polsce. Tyle się zbierało sił, żeby w wolne dni móc zaznać relaksu na świeżym powietrzu, a tu czynniki od nas niezależne pokrzyżowały plany. Determinizm to pojęcie, które coraz częściej wkrada się do ludzkiego życia. W tą okropną pogodę przedstawiam równie brzydką i ciemną stronę życia ludzkiego - uzależnienia. Może nie będzie to kompendium wiedzy poparte danymi statystycznymi, ale mam nadzieję, że odnajdziesz w moich słowach coś, drogi czytelniku, co może zmienić rzeczywistość twoją lub ludzi, którzy cię otaczają.

"Edward" fot. Nick Haymes

Człowiek nie jest istotą doskonałą i nigdy nią nie będzie. Badał prawda? Od tego jednak trzeba zacząć mówienie o uzależnieniu. Jako istoty obdarzone wolną wolą, różniące się od zwierząt myśleniem abstrakcyjnym, mową artykułowaną i nieskończoną nieprzewidywalnością z każdym rokiem, dekadą i epoką musimy dźwigać na swoich barkach trud zmian, na które nie mamy wpływów. Czasami z obserwatorów upadku, stajemy się ich niemymi obserwatorami, albo niechcianymi sprawcami, którzy swoją biernością wyrządzają największą krzywdę.

Kiedyś nie było Internetu, skarbnicy wiedzy i informacji, miejsca, które zawłaszczyło ogromną przestrzeń życia społecznego i wytworzyło równoległą rzeczywistość. Częściej do siebie dzwoniliśmy mówiąc formułki typu: "Dzień dobry, czy ... jest w domu?". Przecież istniały czasy, w których telefony były wyłącznie w domach, albo budkach telefonicznych. Pisaliśmy do siebie listy, kupowaliśmy koperty i znaczki, czekaliśmy na spotkanie z osobami w umówionym miejscu o wyznaczonej godzinie. Było trochę mniej "funkcjonalnie", ale wtedy trzeba było użyć wyobraźni i wykazać się cierpliwością.

Były też czasy, gdzie narkotyki były mniej popularne, a dostęp do nich praktycznie niemożliwy. Prochy stanowiły tło amerykańskich filmów, wlewały się do naszej świadomości przez działalność Marka Kotańskiego, mroczny obraz HiV i AIDS czy złudne wyobrażenia o Jamajce. Choć warto dodać, że substancje odurzające, w każdej postaci, towarzyszyły człowiekowi od początków ogromnych cywilizacji. Ludzie się o nie zabijali, przez nie wybuchały wojny. Ciekawe, że elementy tej historii nie są tak bardzo odległe. 

Przez zmiany cywilizacyjne i kulturę masową zostaliśmy wpisani w konkretne ramy działania, zdeterminowani przez środowisko, które nas otacza, stając się w ogromnej mierze zewnątrzsterowni. Lubię w takich sytuacjach przytaczać Nietzschego, który w swojej zawziętości do demonizowania świata i człowieka miał wiele racji. Powiedział on kiedyś "Ileż krwi i zgrozy leży na dnie wszystkich <>". No właśnie ile?

"Fatamorgany" fot. Philip Cheung


Graham Maclnode - heroinista

Graham Maclndoe był dobrym fotografem, pracował dla magazynu "The Guardian", robił (i nadal robi) świetne zdjęcia, jednak jego życie wpadło na tor niezwykle niebezpieczny, ciemny i samolubny. Graham pewnego razu po imprezie, po kokainowym zjeździe po raz pierwszy zapalił heroinę, chemię, która zabiła większość znanych, podziwianych i zagubionych sław (jak sam wiesz, drogi czytelniku, ich lista jest długa). Fotograf szybko się uzależnił, ale od innych ćpunów dzieliło go to, że robił zdjęcia, które obrazowały jego codzienną wycieczkę po zatrutym ogrodzie. 






Graham, napruty heroiną, w całym chaosie uzależnienia pamiętał, żeby robić zdjęcia codziennych rytuałów ćpania - grzania prochów na łyżce, dawania w żyłę i tych kilku sekund "chwały" po zastrzyku. Jego "narkotyczny folder" liczy kilkaset zdjęć, dla ludzi, którzy nigdy nie mieli styczności z narkotykami i innymi uzależnieniami będzie naturalnie okropny. Nie ma się co dziwić, narkotyki to platoniczna miłość. 

Fotograf "Guardiana" w wywiadzie ze swoją dziewczyną, która wyciągnęła go z dna, powiedział o swoim nałogu: "Zaczynasz tracić wszystko. Zaczynasz tracić przyjaciół, swoje oszczędności, miejsce w którym mieszkasz. Tracisz obraz rzeczywistości, swoją moralność - wszystko idzie na marne." To szczera prawda i tyczy się nie tylko heroiny. Kiedy jesteś uzależniony od Internetu też tracisz kontakt z otoczeniem, tzw. realem, alkohol niszczy twoją rodzinę i zdrowie oraz obraz postrzegania świata bez picia, a seks z nieznajomymi sprawia, że nie potrafisz wejść w sferę uczuć normalnie. Każda krótkotrwała podnieta niesie ze sobą cały łańcuch zdarzeń, sprawia, żer później lata trzeba leczyć się na ból i ogromny strach. 

Czy sam jestem uzależniony od czegoś? Na pewno jestem i byłem. Jestem, bo nie mogę znieść życia bez informacji, innych osób i pisania. Byłem, bo mój romans do alkoholu sprawił, że zachowywałem się jak ktoś inny, nie mogłem kontrolować przepływu informacji. Pośrednio przez to straciłem dziewczynę, którą kochałem z całego serca. Po tym jak zdałem sobie sprawę z tego co się stało, było już za późno. Teraz staram się wszystko ograniczać.

"To ja, rozmyty" fot. Jakub Skalski

Osoba uzależniona traci

Wszyscy uzależnieni tracą pieniądze, bliskich, a przede wszystkim czas. Każda myśl związana jest z nałogiem. Musisz zapalić, żeby nie być zdenerwowanym,  musisz się napić, żeby powstrzymać drżenie rąk i inny objawy nie picia, musisz zrobić wszystko, żeby znaleźć wymówkę do kontaktu z substancją. Nie jestem lekarzem uzależnień, nie jestem psychologiem, ani terapeutą, ale bacznie obserwuje moich znajomych i całą otaczającą mnie rzeczywistość. Nigdy nie twierdziłem, że narkotyki są czymś nieskończenie złym, a ludzi, którzy je biorą trzeba izolować i potępiać, wręcz przeciwne, uważam, że wszystko jest dla ludzi, jednak także we wszystkim konieczny jest umiar. Jak wiadomo ten umiar to pojęcie względne, a granicę pomiędzy "mogę" a "muszę" szybko się zacierają.

"Przerażające nokturny" fot. Olivia Bee

Otaczają mnie ludzie uzależnieni. Nie, nie, drogi czytelniku, nie same ćpuny. Uzależnienia są domeną ludzi, którzy chcą otwierać nowe niezbadane przejścia, które czasami prowadzą w otchłań. Kiedy zaczynamy naszą wędrówkę z podmiotem, który nas uzależnia jesteśmy jak czarnoksiężnik przywołujący demony, których czasem (lub z upływem czasu) nie da się kontrolować. Jak wpadamy w świat złudzeń swoich możliwości, tego, że jesteśmy w stanie skończyć, a z rana drąży nas jedna myśl, może nie być lekko. Nietzsche pomóż...

"Zniszczenie jakiegoś złudzenia nie prowadzi do żadnej prawdy, lecz powiększa naszą niewiedzę, rozszerza <> w jakiej żyjemy."

Bez innych, poza społeczeństwem

Ludzie boją się innych uzależnionych, w większości przypadków czują do nich niechęć, czasami odrazę. Nie ma się co dziwić, bo w zasadzie człowiek z natury woli funkcjonować w rzeczywistości, która jest mu na rękę i nie zawiera wynaturzeń, spełnia jego oczekiwania etyczne i moralne. Stąd też brak zrozumienia wobec tych, którzy wpadli w wir bycia "przywiązanym". 

Jak jest w Polsce? Działa u nas Monar, który pomaga ludziom wykluczonym, tym, od których większość się odwróciła. Kotański zrobił świetną robotę, a jego dzieło jest kontynuowane. Jednak w przypadku innych instytucji, osoba z problemami nie ma tak łatwo. Państwo ma gdzieś wszystkie osoby, które weszły na ścieżkę zatracenia w uzależnieniu. Władzy na rękę jest umieszczanie w więzieniach wszystkich, którzy posiadają substancje nielegalne, niezależnie od ich sytuacji i przeszłości. Nie ma w tym najmniejszego znamienia prewencji, leczenia oraz redukcji szkód. Problemy pozostają nierozwiązane i są powielane, traci na tym państwo, tracą uzależnieni. Tak bardzo potrzeba nam zmian i nowej polityki narkotykowej.

Problem uzależnień ma swój międzynarodowy wyraz, a świadczy o tym funkcjonowanie nobilitowanej grupy, którzy podeszli do tematu z zacięciem. Mowa o Światowej Komisji do spraw Polityki Narkotykowej, grupy składającej się z byłych prezydentów (od nas prezydent Kwaśniewski), premierów, pisarzy, intelektualistów, przedsiębiorców i działaczy społecznych. Oni wszyscy rozumieją, że konieczne jest skończenie z kryminalizacją, marginalizacją i stygmatyzacją osób uzależnionych, a wojna z narkotykami już dawno została przegrana i należy zaoferować opiekę zdrowotną i leczenie tym, którzy tego potrzebują.

Ktoś powie "Nie będziemy na ćpunów wydawali pieniędzy!", to spojrzenie jednopłaszczyznowe, choć nie tak odmienne od tego, które mają osoby uzależnione w kontakcie z substancją/sytuacją, od której są uzależnieni. Myślę, że takie głosy ucichną, gdy tylko uda się rozpocząć transformację globalnej polityki prohibicyjnej, zastąpić politykę i programy wynikające z ideologii i przekonań politycznych sensowną polityką podatkową i strategiami opartymi na nauce, trosce o zdrowie i bezpieczeństwo społeczne. Trzeba zrozumieć wszystkich uzależnionych, pozbyć się oślepiającej miłości własnej i egoizmu, wyciągając rękę do wszystkich, którzy przez swoje otoczenie, niewłaściwe decyzje lub krach w życiu znaleźli się w ciężkiej sytuacji życiowej. Inaczej będzie tak jak mówi filozof: "Ziemia ma skórę, a ta skóra ma choroby. Jedną z nich jest człowiek".

Szerzej na temat działalności prawnej, społecznej i politycznej w sprawie uzależnień pisałem jakiś czas temu TU.

Czytając i oglądając 

Z literatury krajowej warto przywołać czarną rzeczywistość ćpania przedstawioną przez Basię Rosiek w "Pamiętnikach narkomanki" - bardzo dosadny obraz miłości do heroiny. Trzeba tutaj także wspomnieć o dziele Anny Onichimowskiej "Hera moja miłość" opisującej losy Jacka i jego dziewczyny, którzy razem spadają w dół narkotyków.Takie pisanie miało chyba za zadanie tylko i wyłącznie pokazać odpowiedź na pytanie "co jeśli...", bo ciężko tutaj o głębszą analizę uzależnienia. Nie ma się co dziwić, bo kto z młodych ludzi sięga po pozycje naukowe, które rozkładają uzależnienie na czynniki pierwsze?

W filmie jeszcze kilkanaście lat temu kino polskie ukazywało czarne, mroczne i brudne wizje uzależnienia. Do czołówki dzieł kinematografii tamtej epoki można zaliczyć:
Później obraz narkotyków w społeczeństwie polskim zmienił swój wizerunek, a osoba uzależniona przestała być tylko i wyłącznie mieszkańcem Dworca Centralnego i nosicielem wirusa HiV. Przykładem zmiany podejścia jest film Andrzeja Seweryna "Kto nigdy nie żył..." z 2006 roku, opisujący historię księdza (Michał Żebrowski) pomagającego osobom uzależniony. Jednak nie chcę pisać tylko o narkotykach, bo ostatnie dzieła kinematografii takie jak "Pod Mocnym Aniołem" Jacka Smarzowskiego czy "Sala samobójców" Jana Komasa pokazują, że pożądanie ludzkie ma różne oblicza. Nie wszystkie są publiczne pokazywane, stąd wiele niezrozumienia wobec uzależnionych.



Wybór

Każdy człowiek ma wybór. Znowu banał? Niby tak, ale czasami decyzyjność zostaje ograniczona do zera, kiedy przez uzależnienia trafia się do więzienia lub zostaje się samemu z problemem. Żeby z czymś skończyć, trzeba się nauczyć procesów i pewnych schematów, a to bardzo indywidualna sprawa. Nie da się odciąć od uzależnienia całkowicie, bo z tył głowy zawsze pozostaną wspomnienia o tym, co było i tylko od nas samych zależeć będzie czy powrócimy do spadania w otchłań. 

Uwielbiam ludzi, szanuję ich, bez względu na to czy są od czegoś uzależnieni czy nie. Warto jest wysłuchać, co mają do powiedzenia, nawet jeżeli bezpośrednio to nas nie dotyczy. Lubię słuchać, bo historie mogą być zarówno przestrogą dla nas samych, jak ulgą dla naszych rozmówców. Każdy z nas chce być przecież szczęśliwy, nie wszyscy jednak jesteśmy w stanie wybrać właściwą drogę, żeby osiągnąć ten cel.

Maclndoe po wyjściu z nałogu, fot. Susan Stellin, jego dziewczyna