Żyjemy w świecie zmian, gdzie społeczeństwo wolnego czasu zmieniło się w społeczeństwo konsumpcji i rozmytych wartości. Napawamy się "tu i teraz" nie patrząc na to, co jest dalej oraz nie mając szacunku dla tego, co już było. Toksyny są dla nas żeby zapomnieć.

niedziela, 20 listopada 2011

Nakarmić kruki

Drogi czytelniku włącz video znajdujące się poniżej. Możesz przesłuchać całe bez czytania (choć nie wiem czy przywykłeś do takiej muzyki), albo możesz też zostawić, aby leciało podczas Twojej lektury mojego artykułu. Gotowy?


     Niektórzy mówią, że koniec jest blisko. To zarazem prawda i fałsz. Prawda dlatego, że wszystko co istnieje zmierza do jakiegoś bliżej nieokreślonego końca, lub zamknięcia w czasie. Sama otaczająca nas rzeczywistość podzielona jest na cykle, które kończą się i zaczynają, a ich główną cechą jest powtarzalność. Cykl narodzin i śmierci, cykliczność kadencji instytucji i stanowisk, cykl koniunktury gospodarczej, cykl obiegu wody w przyrodzie, czy cykl faz księżyca i tak dalej do końca długiej listy - te przykłady można mnożyć do późnej nocy. Prawdę, że koniec jest bliski można rozpatrywać na przykładzie pierwszego z przytoczonych przeze mnie cyklów. Śmierć kończy, albo wieńczy życie i analogicznie - istnienie bytu kończy się odejściem z wymiaru rzeczywistego, nieabstrakcyjnego. Nie zawsze jesteśmy świadomi takiej zależności, czasami budzimy się z przeświadczenia, że będziemy na to przygotowani. Okłamujemy się, że moment końca leży poza naszym rozumowaniem. Oszukujemy tymczasem samych siebie. To smutne, ale ludzkie.
   
     Wiedziałem, że mój dziadek umrze, ale nie wiedziałem, że nie zdążę się z nim przed śmiercią zobaczyć i że jego odejście nastąpi w szpitalu. Wiedziałem też, że mój kot, przyjaciel od 20 lat, kiedyś odejdzie do krainy Wiecznych Łowów, choć byłem naiwny i zignorowałem klepsydrę życia. Rodzimy się i umieramy to proza rzeczywistości a ten artykuł nie jest smutny nawet go tak nie odbieraj -  stwierdzam w nim ustalone od zawsze prawdy. Rodzimy się i umieramy - tego jestem pewien (choć przywołując prof. Rosatiego dodałbym tu jeszcze podatki).

     Premier Tusk także rozpoczął początek, tutaj już politycznego, cyklu kończąc tym samym poprzedni (musiała nastąpić bowiem uprzednia dymisja poprzedniego składu Rady Ministrów). Godzinne, konkretne i zdecydowane expose - cytuje i powtarzam polityków wypowiadających się przed wystąpieniem Tuska. Mam nadzieje, że wiele dobrych decyzji de facto bezmyślnie skrytykowanych i zignorowanych przez betonową opozycję, wejdzie w życie i poprawi finanse publiczne i przestrzeń obywatelską. Tak więc rozpoczął się 4 letni etap i tym razem postaram się być bardziej krytyczny i bardziej nieufny w ocenianiu poczynań premiera i ministrów. Od ubiegłego czwartku patrzę politykom w oczy przez szklany ekran telewizora i sprawdzam ich obietnice.

     Francis Fukuyama był w błędzie. Tak samo zresztą jak pomylą się (zapewne) Samuel Huntington (w pewnym stopniu) i George Friedman i inni futurystyczni twórcy dalekosiężnych prognoz międzynarodowych. Nie da się przecież przewidzieć tego co będzie za rok, nie mówiąc już o 90 latach (tu: G. Friedman, "Następne 100 lat"). Nawet sztab profesjonalistów od prognozowania nie jest w stanie wziąć pod uwagę tak wielu zmiennych na arenie międzynarodowej w takim okresie. Podobno można dobrze prognozować, kiedy analiza wybiega maksymalnie pół roku do przodu, choć jej trafność tez nie zawsze jest wiarygodna. Fukuyama tytułem swojej książki-eseju, który jest zarazem paradygmatem ("Koniec historii") wieszczy koniec spisywanych dziejów i panującego porządku, jest on jednak w błędzie. Miał jednak swoją szansę do zaprezentowania swojego stanowiska, jestem teraz jednym z dziesiątek badaczy, którzy je podważają. Historia trwa dalej i chciałoby się powiedzieć "ma się dobrze", niestety nie do końca tak jest. Cywilizacje ciągle znaczą ją krwawymi plamami. Co więcej, sama zapowiedź końca historii i końca świata była wieszczona od zarania dziejów przez wielu znanych ludzi, od samozwańczych proroków i wizjonerów, po naukowców i filozofów. Ludzie muszą w coś wierzyć skoro ich życie zawiera luki w pojmowaniu.
     Jest w owym końcu cień prawdy. Zawsze, gdy nastaje listopad, którego osobiście w naszych warunkach klimatycznych nienawidzę z całego serca, przeszywa mnie umysłowe roztargnienie i zawieszenie - przeżywam swój personalny koniec historii. A żyć i działać trzeba przecież dalej. Ten miesiąc w 11 dniu swojego cyklu był w tym roku osobliwy, szczególnie dla nas, Polaków. Ogromne grupy społeczne podzieliły się na strony: tych co stoją po prawej i po lewej stronie osi ideologii politycznej (wliczając oczywiście tych, którzy zgadzają się z ich opiniami). Nie powinno tak być, czy zapomnieliśmy co wydarzyło się tego dnia 92 lata temu i jak ważne było to dla naszego narodu? To był dla nas najważniejszy czas łączący się z końcem I Wojny Światowej. Szkoda tej ślepoty historycznej, tak wąskich horyzontów i nietolerancji, nie wspominając już o nakręcaniu całej zadymy przez media.
   
     Listopad to fragment cyklu całego roku, posiadający ciekawą właściwość, która jest charakterystyczna dla fragmentów cyklów - ten fragment pojawia się i znika. W tym roku również się skończy. Żal tylko, że bez mojego dziadka, czworonożnego przyjaciela i jeszcze nie teraz.

wtorek, 15 listopada 2011

Zmiany kadrowe w strukturach politycznych w Polsce i na świecie. Bye bye "Occupy Wall Street movement"

Benjamin R. Barber w Warszawie

Jako zawzięty "czytacz" autora, którego nazwisko znajduje się w tytule, pragnę was zaprosić na referat profesora będącego autorem książek takich jak: "Dżihad kontra McŚwiat", "Imperium strachu. Wojna, terroryzm i demokracja", czy "Skonsumowani". Co więcej o autorze? Cytując okładkę jednej z jego książek:

"Benjamin R. Barber, światowej sławy amerykański politolog międzynarodowej sławy, członek Demos i szef pozarządowej organizacji organizacji CivWorld, doradca liderów politycznych i społecznych w Stanach Zjednoczonych i Europie (m.in. byłych prezydentów: Billa Clintona i Romana Herzoga). Doradzał także Corporation for National Service, UNESCO, Parlamentowi Europejskiemu, Szwedzkiej Komisji Parlamentarnej ds. demokracji. Jest autorem 17 książek w tym bestsellera Dżihad kontra McŚwiat przetłumaczonego na 20 języków. Współpracuje jako stały korespondent z Harper's Magazine, The New York Times, The Washington Post, Le Nouvel Observateur, Die Zeit, El Pais, La Repubblica"


sobota, 12 listopada 2011

11 Listo-pała

     Czuje się dumny z Józefa Piłsudskiego, dlatego, że po 123 latach niewoli i zależności od narodowych państw, w 1918 roku oddał Polakom wolność i niepodległość. Ciekawe są również jego perypetie życiowe, w tym odbicie Marii Juszkiewicz (kobiety dla której zmienił wyzwanie) Romanowi Dmowskiemu, oraz jego wielożeństwo i stopniowe zdobywanie władzy, a ostatecznie przewrót majowy i autorytaryzm w wersji soft. O tym, w atmosferze zadymy i emocjonalnych hasłach nie pamięta już nikt.
     Z drugiej strony wstydzę się i jest mi żal bezrozumnych Polaków wczorajszych manifestacji. Zarówno po jednej jak i drugiej stronie. Choć nie powiem, strona "narodowa" (choć ten tytuł brzmi okropnie jako opis osób, które atakują swoich rodaków) wywołała o wiele więcej zniszczeń i przedstawiła mnogość pejoratywnie kojarzących się haseł i postaw, więc ich jak zwykle wstydzę się bardziej.

     Wszystko dlatego, że po 1989 roku nie ustalono dokładnie na szczeblach władzy jak wyglądać ma to "święto". Jego przebieg w postaci uroczystości państwowo-wojskowej nie daje większości grup społecznych kanalizacji ich rozbuchanych emocji i ambicji. Stąd grupy skrajne  po lewej, czy prawej stronie popadły w państwową (bo nie zagospodarowaną przez państwo) próżnię, które w takim stanie rzeczy same musiały wypełnić. Dlatego Polska, a w szczególności Warszawa, którą miałem (nie)przyjemność wczoraj odwiedzić, stała się w dniu 11 listopada miejscem walk ONR i Falangi z Antifą. Udział wzięło również wiele sympatyzujących organizacji popierających jedną, albo drugą stronę - każdy chce się jakoś otagować, lub oflagować.

     Chciałbym również zauważyć, że organizatorowie marszu mylili się - żadna ze stron nie była w stanie zapewnić pełnego bezpieczeństwa uczestnikom marszu, ponieważ ucierpieli ludzie i ich mienie. Nie było czegoś takiego jak bezpieczna strefa publiczna. I już na pewno nie zgodzę się, że bez żadnych zadrapań fizycznych, czy psychicznych można było być po stronie dziennikarzy TVN (spalone samochody, pobity reporter).



     Szkoda, że tak się dzieje i dziać się będzie. Sam jestem orędownikiem powstrzymywania się i balansu, a nie skrajności. Nie rozumiem więc głupoty chuliganów  niszczących cudze mienie i zdrowie w imię jakiejś nie akceptującej konfrontacji poglądowej ideologii. Nie rozumiem też mediów w Polsce, które winę spychają na poszczególne grupy: lewacy, kibole, nacjonaliści, Niemcy i Rosjanie, a nie na państwo i jego środki zapobiegawcze (każdy ma prawo do legalnej demonstracji i kontrdemonstracji). Najłatwiej jest zrzucić jednak na antysystemowców (którymi na pewno nie są Młodzież Wszechpolska, ONR i Falanga), którzy nie wypowiadają się dla mediów, lub na osoby z zagranicy, którzy po prostu nie mówią po Polsku. Gdzie więc miejsce dla haseł "równość, braterstwo i tolerancja"? Z jednej strony manifestacji widziałem i słyszałem takie własnie hasła, a pewna część wydarzeń odbywała się w warunkach zabawy (muzyka, śpiewanie, refleksje). Z drugiej hasła  bardziej radykalne, rdzennie polskie. Szkoda, że media nie pokazywały własnie tego(zabawy i muzyki po stronie "kolorowej niepodległej", jak i również trzonu marszu niepodległości (ok 20 tys. osób), który w sposób pokojowy chciał po prostu przejść do placu na Rozdrożu.

     Kocham Polskę, kocham Europę, a dalej cały świat. Najpierw jestem jednak Polakiem. Uciekając przed racami, kamieniami, butelkami i wszystkim co się da rzucić wstyd mi za moich rodaków i sąsiadów Polski. Chciałbym dać Tobie, drogi czytelniku relacje (wideo, foto) z dwóch stron manifestacji, które de facto są idealnym miejscem do głoszenia haseł, postaw i opinii, jednak nie było możliwości swobodnego wyjścia z "Kolorowej niepodległej" obstawionego kordonem policji i "bojówkami". Nie ukrywając przyznaje również, że bałem się o swoje zdrowie. 


Nie jestem w stanie zrozumieć takiej hekatomby nienawiści, emocji i zbydlęcenia. W czasach kiedy wygraliśmy z faszyzmem i komunizmem w Polsce, takie postawy powinny być marginalizowane. Wszyscy jesteśmy równi wobec siebie i wobec celebrowania 11 listopada.

czwartek, 10 listopada 2011

Z Polski i ze świata

Chciałbym dodać, że oczywiście nie jestem tak krytyczny wobec informacji telewizyjnych, czy telewizji samej w sobie jak G. Sartori, czy N. Postman i uważam, że nowe media spełniają wiele przydatnych społecznie funkcji - od rozrywki po integrację grup społecznych. Niemniej jednak w TV przekaz jest spłycony i ograniczony do obrazów i opinii, czytajmy więc więcej książek i gazet.

A co do Grecji, to wspominał o jej niezdyscyplinowaniu i "ciążeniu Unii" nawet Samuel Huntington w "Zderzeniu cywilizacji", rok 1996, s. 238:

"Często można było odnieść wrażenie, że greccy przywódcy z uporem godnym lepszej sprawy naruszają normy obowiązujące w świecie zachodnim i antagonizują zachodnie rządy. (...) Przewodnicząc Radzie Wspólnoty Europejskiej w 1994 roku doprowadziła innych jej członków do szału, a zachodnioeuropejscy politycy w prywatnych wypowiedziach stwierdzali, że jej obecność we Wspólnocie jest omyłką" 


Skoro każdy wiedział to dlaczego wcześniej nie wymyślono prawa zawieszenia członka WE/UE ?

sobota, 5 listopada 2011

Youth of the nation?

ad vocem: Serdecznie (nie)ubolewam nad partią narodowej prawicy, która w dniu wczorajszym straciła swoich "medialnych" członków - Cymańskiego, Kurskiego i Ziobrę. Po raz kolejny Prezes pokazał (tak jak zresztą pisałem kilka wpisów wcześniej) Z PREZESEM SIĘ NIE DYSKUTUJE. Powodzenia na nowej drodze życia.

***

Teraz wiem, że wiele rzeczy ulega zmianie, a ja mając 23 lata czuje się starszy niż kiedyś (myślałem, że to włącza się co najmniej po 40 roku życia). Jednak w moim wieku i również Twoim, drogi czytelniku nie ma nic złego, nic co przynosiłoby ujmę, czy wstyd. Powiem więcej, to nawet pozytywny aspekt cyklu życia.


Przez moją pyszałkowatość wylądowałem na mojej zaocznej uczelni na przedmiocie zastępczym o zagadkowej nazwie "Socjologia emocji". Zajęcia przeznaczone dla V roku socjologii przywitały mnie nie bez przyczyny - chciałem bowiem przepisać ocenę z przedmiotu, który kiedyś zaliczyłem (jako fakultatywny), a który z kolei pojawił się ponownie jako obowiązkowy w następnym semestrze, z wprowadzoną subtelną zmianą w tytule (jak dla mnie było to to samo). Na szczęście, czy na nieszczęście zamiast przepisania oceny i tym samym uzyskania okienka, co podczas zjazdów weekendowych jest błogosławieństwem, otrzymałem przedmiot czysto socjologiczny. A już myślałem, że na dobre uciekłem od socjologii, którą zmieniłem na politologię po I semestrze.
Na zajęciach z osobami, które "potrafią porozmawiać" i mają szeroką wiedzę (to w końcu ostatni rok socjologii) bardzo dobrze się dyskutuje, a synergia na którą składają się wiadomości odmienne od tych które ja sobie wpoiłem w ramach mojej edukacji jest wprost hipnotyczna.
Powracając jednak do tematu. Cieszę się, co ugruntowały zajęcia z przyszłymi socjologami, że mam tyle lat co teraz (i pewnie będę się cieszył kiedy dojdzie mi kilka wiosen więcej), bo czasy, w których dorastałem sprzyjały działaniom twórczym i rozwojowi pozytywnego indywidualizmu. Pamiętam dobrze moją szkołę podstawową, która byłą naprawdę porządnym doświadczeniem dla mnie jako ówczesnego kilkulatka -wbiła mi do zakutej głowy ważne paradygmaty i wzory. Bajki, które puszczano wtedy w telewizji miały niesamowicie pozytywną moc, bo były w nich szlachetne postacie, miały morał i szczęśliwe zakończenie, a bohaterowie sprawiali że były czymś więcej niż obecne błyskawiczne zlepki pikseli, jaskrawych kolorów, ambiwalentnych emocji i czasami przemocy. Wtedy wszystko było dostosowane do normalnego rozwoju dzieciaków. Nie martw się drogi czytelniku, to nie opowieść w stylu "a teraz sam jestem dziadkiem", oj nie. Dzisiejsi nastolatkowie nie mają się przeciwko czemu i komu buntować. 
Ich zamożni (mniej lub bardziej) rodzice nagradzają swoje pociechy najnowszą elektroniką, ciuchami, czy po prostu kasą bez żadnych zasług z ich strony. Kiedyś funkcjonowała nagroda za pożądane zachowanie, wg modelu "coś za coś", gdzie dostawało się za dobre oceny, pomoc rodzicom, czy świetne prace szkolne nagrody takie jak kieszonkowe, słodycze, gry na "Pegazusa", a co zamożniejsi obdarowywani byli grami na PC, lub PlayStation, czy Segę. Dziś jest inaczej, nie dość,że rodzice fundują dzieciom "wszystko za nic" to dodatkowo owe dzieci przez takie wychowanie izolują się od instytucji rodziny i grona rówieśników. Nie ma wspólnych wypadków, nie ma wspólnych posiłków, oglądania telewizji, rodzic i dziecko są tylko formalną rodziną. Dzisiejszy nastolatek XXI wieku mieszka w swoim pokoju, znajomi są instrumentalni, lub wirtualni, coraz rzadziej wychodzi "połazić", coraz mniej gra w gry zespołowe (sportowe, czy RPG). Żyjący w Polsce nastolatek to bardziej  Dominik z filmu "Sala Samobójców" niż Smyk z "Zabić drozda". Jednak takie "wyczerpanie materiału" ma wiele przyczyn, oto niektóre z nich:
  • brak wzorców i słabe autorytety
  • dostęp do wszelkich dóbr i usług
  • zapracowani rodzice
  • rozwój internetu (usług) i sieci oraz technologii komórkowych
  • wyścig szczurów od coraz niższych szczebli edukacji
  • brak działania bezinteresownego (poprzez takie właśnie wychowie)
  • brak nastoletniego buntu
  • uniformizacja stylu życia
  • "okablowanie"
Na samym końcu warto nawiązać do ostatniego wyszczególnienia. "Okablowanie" to inaczej nieodłączne towarzystwo sprzętu elektronicznego nastolatka przebywającego zarówno w domu jak i w strefie publicznej. Używanie wszystkich gadżetów ma za zadanie zasygnalizować wszystkim wokół komunikat "zostaw mnie w spokoju". Nie bez przyczyny to zjawisko ująłem w cudzysłowie, mozna być bowiem "okablowanym" bez żadnych kabli (smartphone'y, tablety, notebooki, e-readery, mp 3 itp.) i mieć setki znajomych bez wychodzenia z domu czego świetnym przykładem są portale społecznościowe, fora i chaty.
Problem młodych ma też drugie oblicze. Nastolatkowie z biedniejszych warstw społecznych przegrywają wyścig szczurów czasami już na samym starcie. Ich porażka warunkowana jest brakiem pieniędzy na rozwój, edukacje, dobre ubrania, gadżety i inne rzeczy, w przypadku których poprzeczkę konsumenta ustawiają ich zamożniejsi rówieśnicy (pragnienia pozostają podobne). Nie zaskakuje mnie więc widok biednych młodych ludzi, którzy aby cokolwiek poczuć będą sięgali w inną stronę niż rodzice czy edukacja, bardzo prawdopodobne że wpadną w wódę, czy dragi, a mniej uświadomione dziewczyny skończą z brzuchem. I tak jedni zostają "okablowani", a inni pozostają z pustym wzrokiem na ławkach, czy dworcach kolejowych do końca swojego życia. Wielie marki i korporacje przyklasną bogatym, a biednymi dzieciakami naprawdę niewielu się zainteresuje. Jeszcze raz więc podkreślam - cieszę się, że mam 23 lata i dobrze, że moi rodzice nie mieli hamulców żeby powiedzieć mi "nie" i dać w tyłek, gdy narozrabiałem.

wtorek, 1 listopada 2011

Moje dia de los muertos

     Pytanie rodem z podstawówki - czym dla Ciebie jest Święto Zmarłych? Czekaj, czekaj, a czy to to samo co Wszystkich Świętych ? Tak, to samo, tyle, że wtedy komuna zabraniała tak mówić i pisać, stąd odmienne nazewnictwo. Jednak powracając do pytania. Dla mnie Święto Zmarłych to wielki festyn, który w idealny sposób oddaje polski styl bycia. Nie to żebym się nie cieszył z tego święta (jakkolwiek to brzmi),bo przecież jest wolne i z rodziną można się spotkać, zjeść pańską skórkę no i oczywiście (to tez zwyczaj) się napić. Ale jaka jest funkcja całego "święta"? Czczenie grobów, w których leżą zmarli, zasmucanie się i wspominki. Jakie to polski i adekwatne do naszego życia. Ja tego jednak nie kupuje.

     Jeżeli urażę twoje uczucia w jakikolwiek sposób, drogi czytelniku to nie czytaj dalej. Dlaczego widoczny jest w naszej słowiańskiej tradycji zwyczaj kultu zwłok i rozpamiętywania przeszłości? Ciała, które od dawna gniją w ziemi nie mają nic wspólnego z osobami, które znaliśmy. To nic innego jak rytuał przyzywający cień przeszłości. Jeżeli ktoś umarł, to na zawsze pozostaje żywy w każdej osobie, która ją pamięta, która o zmarłym mówi, pozostaje aktywny we wszystkim co zrobił i stworzył za życia. Ciało nie żyje, serce nie bije. Cóż za marazm się wkradł do tego wpisu. Jednak ja właśnie tak to widzę i nie zamierzam się umartwiać każdą zmarłą osobą. Żyję w "tu i teraz" i przyjmuje to święto na meksykański sposób, gdzie w tym dniu łączą się dwa światy - żywych i umarłych. Wiem, że śmierć towarzyszy nam codziennie, a zmarli i tak już nie żyją więc cieszmy się i radujmy.

"Sednem Dia de los muertos nie są żal i refleksja. Najważniejsza jest bowiem szansa na dialog i kontakt z bliskimi, którzy odeszli ze świata ziemskiego do innego wymiaru rzeczywistości. Spotykając się przy barwnych i nasyconych ozdobami grobach, ludzie rozmawiają z duszami zmarłych a nawet opowiadają im, co nowego zdarzyło się , odkąd ich tutaj nie ma. Ta niesamowita tradycja podtrzymuje jednocześnie pewną rodzinną i kulturową jedność, umiejscawiając czas ziemski w  jakimś szerszym , boskim czasie wiecznym." 
M. Rojewska, Święto Zmarłych w Meksyku [online] http://www.miejsce-pamieci.pl/artykul-33/swieto-zmarlych-w-meksyku.html  

      Jednak tu, gdzie klimat i pompatyczna tradycja nie sprzyja "nabijaniu się ze śmierci" wszystko wygląda inaczej. Sam, aby zapomnieć o tej "podniosłej atmosferze" dzień wcześniej (a przypada to na zapożyczony ze Stanów Halloween) pije tyle, że następnego dnia czuje się jakbym uderzył głową w umywalkę podczas wyskoku. Polska to kraj gdzie Święto Zmarłych to kradzieże z grobów wszystkiego co można ponownie sprzedać, to również raj dla kieszonkowców, którzy rzucają się na wypchane portfele cmentarników. A z bliższej nam płaszczyzny - to ogromne korki i wypadki samochodowe, gdzie wielu pijanych w trupa kierowców zabiera do piekła (lub nieba) siebie i, co najgorsze, innych. 

     Przed cmentarzami festyn - od sprzedawców zniczy po pseudo Indian grających na lutni pana i kupców handlujących słodyczami. Udało mi się to nawet uchwycić w obiektywie mojego telefonu przed cmentarzem bródnowskim gdzie pomagałem cioci w "przedświątecznych przygotowaniach". Z tego co widziałem taki "karnawał" trwa wszędzie.


    Na cmentarzu też trzeba się pokazać, więc po pierwsze każdy zakłada najlepsze ciuchy, a po drugie (już na samym cmentarzu) co majętniejsi budują swoim bliskim zmarłym istne mauzolea-pomniki. Po co? Skoro kogoś się bardzo kochało nie trzeba tym epatować i oznajmiać przez owe pomniki wszystkim "bywalcom cmentarza" jak wygląda nasz stan kieszeni. Zaduma i refleksje na zewnątrz w dużym skrócie. Dobre sobie. Ze Świętem Zmarłych jak ze Świętem Zakochanych - zamiast kultywować pamięć o bliskim przez cały rok, to tylko w tym jednym (dwóch) dniu wszyscy dostają szału i robią wszystko na pokaz. Może kiedyś zmienię zdanie ale wtedy pewnie będę już stałym bywalcem cmentarza, no i mam nadzieje, że po śmierci mnie skremują i nikt nie będzie myślał raz w roku przy grobie "Edgar Czop? Kim on właściwie był?".

Wesołych Świąt ! (tradycją  Dia  de los muertos oczywiście)